Wyszłam z sceny i zauważyłam grupkę ludzi trzymających książki mojego autorstwa, gotujących się do ataku, który powszechnie nazywa się zdobyciem autografu. Nawet na scenie, odbierając nagrodę, nie czułam się tak usatysfakcjonowana jak teraz gdy w wielkich emocjach bazgrolę pierwsze w życiu autografy dla fanów. Zawsze myślałam, że napisanie książki udowadniającej, że bóg nie istnieje będzie wiązało się z wielką pogardą z strony kościoła lub obaleniem opisanych w niej mitów przez grupkę jakiś wielkich umysłów. Tak naprawdę nie wierzyłam do końca, gdy tydzień temu konkurs na książkę roku wygrała właśnie ta moja cienka gmatwanina futurystycznej psychologii i teologii. Po tych wszystkich błyskach z aparatów fotograficznych, odgarnianiu tłumu zombie pragnącego chociaż raz dotknąć kawałka mojej zasmarkanej chusteczki, która przez przypadek wypadła mi z torebki, chciałam po prostu odpocząć w własnym domu. Ze względu na szybki wzrost popularności oraz dopływ gotówki zaoferowano mi limuzynę. Wielki szef wydawnictwa o mały włos nie zgubił by swojego tupeciku, gdy zobaczył jak podjeżdża po mnie najzwyczajniejsza taksówka, bez żadnej ochrony ani przyciemnianych szyb. Z drugiej strony trochę żałowałam, że nie zgodziłam się na ten luksusowy przywilej, bo podczas mojego powrotu do domu prócz przebijania się przez uliczne korki natrafiłam na tłumienie demonstracji przeciwnej twierdzeniom z mojej książki. Patrzałam jak grupa ludzi trzymająca różne symbole religijne obrzuca policjantów kamieniami oraz zniszczone wystawy księgarni promujących moją książkę. Nie wiedziałam co robić więc siedziałam cicho na tylnim siedzeniu trzymając małą statuetkę, która z wyglądu przypominała ludzkie oko leżące na otwartej książce. Gdy taksówka zatrzymała się pod moim domem, kierowca odwrócił się, ja dałam mu pieniądze z napiwkiem za bezpiecznie przewiezienie. Już wyciągałam klucz do frontowych drzwi, gdy usłyszałam głos wołającego kierowcy. Podeszłam do samochodu i zapytałam:
-Pewnie chce pan autograf?
a on powiedział:
-Nie, nie chcę autografu. Chciałem się tylko pani zapytać: Czy wierzy pani w boga?
Całkowicie mnie zaskoczył i widząc moją głupią minę machnął ręką na pożegnanie i odjechał w dalszą trasę. Ja stałam bezmyślnie, jak posąg z całkowicie głupim wyrazem twarzy jeszcze przez chwilę się nie ruszałam, ale parę kropli zapowiadających deszcz obudziło mój instynkt samozachowawczy i ruszyłam z myślą o ciepłym kaloryferze, wiszącym pod parapetem w kuchni. Tak, lubię ciepło – a dopiero połowa jesieni. Musiałam to przetrwać. Kolejne parę dni niosły za sobą uciążliwe spotkania z czytelnikami oraz grupami uczonych. Wiedziałam, że to mnie wykończy fizycznie, ale starałam się być twarda. Jak to powiedział mi ojciec „Sławnym można być tylko raz i tylko przez moment. Reszta jest jak fala uderzeniowa i upadki odłamków sławy”.
Dopiero trzeciego dnia podczas porannego prysznica przypomniało mi się pytanie taksówkarza i jednocześnie myjąc włosy zaczęłam zastanawiać się dlaczego zadał mi takie pytanie i czy był jednym z tych, którzy odprawili by egzorcyzmy aby wygonić z mojego opętanego ciała złe duchy. Podczas wycierania i czesania włosów pomyślałam o mojej jedynej siostrze, która leży w szpitalu i czeka na operację. Życie nie było dla niej tak pomyślne jak dla mnie i jakieś cztery miesiące temu podczas wypadku samochodowego nabawiła się jakichś problemów z płucami. Pewnie jeszcze w tym tygodniu odwiedzę ją parę razy, ale mimo wszystko potrzeba mi czekać z dobrą nadzieją. Życzyłam jej w myślach udanej operacji i szybkiego powrotu do męża i córki.. i właśnie wtedy zrozumiałam, że mogłam się mylić. Zrobiło się ciemno przed oczami i upadłam na podłogę. Przez ciemność widziałam błyski w nieznanej oddali otchłani. Nagle zobaczyłam płonącą istotę lecącą wprost na mnie. Poczułam ciepło na brzuchu gdy przenikała przeze mnie. Ocknęłam się i zobaczyłam jak głowa mojego psa unosi się z mojego brzucha. Ten mały przyjaciel zawsze był dla mnie jak członek rodziny. Uśmiechnęłam się i jeszcze leżąc przytuliłam go. Wstając z podłogi dopiero zauważyłam, że przez cały czas spoczywałam na wznak, a jestem prawie pewna, że upadłam na podłogę całkowicie chaotycznie. Wróciła do mnie ta osłabiająca myśl. Skoro nie wierzę w boga, to gdzie trafiają wszystkie moje życzenia, prośby i modlitwy innych ludzi. Zrobiło mi się ciepło na sercu i pomyślałam, że może jakaś wyższa forma w wszechświecie przyjmuje to wszystko, ale czy można było by ją porównać do stwórcy świata. Po paru kolejnych przemyśleniach zegarek na ręce uświadomi mnie, że zemdlałam na trzy godziny i już dawno jestem spóźniona na spotkanie. Wstałam i czując dziwne oszołomienie podtrzymując się ściany zadzwoniłam po taksówkę. Byłam trochę zdziwiona, bo podjechał znów ten sam taksówkarz, który wprowadził mnie w zakłopotanie. Tym razem obeszło się bez słowa i przewiózł mnie w całkowitej ciszy. Weszłam do umówionego lokalu tylnym wejściem i gdy natrafiłam na mojego menagera wyprzedziłam go o słowo i błyskawicznie złapałam się za brzuch mówiąc lekko ironicznie:
-Byłam w łazience, wiesz chyba o co chodzi, z tego co wiem, to masz żonę.
Nie wiedziałam co dalej powiedzieć, za to on po krótkim zastanowieniu, bez słowa, szybko złapał mnie pod ramię i zaprowadził na salę spotkania. Zostałam przywitana gromkimi brawami oraz bukietem kwiatów. Znów poczułam lekką adrenalinę, ale tym razem towarzyszył jej także lekki ból głowy. Powiedziałam sobie w myślach, że dam radę i zaczęłam improwizować krótką przemowę. Na szczęście pamiętałam ulubione cytaty czytelników i potrafiłam odpowiedzieć bez wahania na większość zadanych mi pytań. Na sam koniec podczas pożegnania znów przypomniało mi się pytanie „czy wierzę w boga?” i na zastygłam milcząc. Tłum czekał aż dokończę mowę, a ja nie mogłam przecisnąć żadnego słowa przez krtań. Poczułam jak kropla potu spływa mi po plecach i czułam strach. Wnet ktoś z pod drzwi zaczął klaskać po czym cała sala jakby zrozumiała moją stresową sytuację i także zaczęła klaskać. Zanim ktoś z organizatorów pomógł mi zejść z podestu ujrzałam, że pod drzwiami stoi tamten kierowca taksówki. Resztę drogi przebyłam z menagerem. Czekała mnie jeszcze kolacja z organizatorami spotkania, ale myślałam tylko jak by odpocząć już od tego wszystkiego. Na całe szczęście ból głowy ustał, a po wszystkim menager zaproponował, że odwiezie mnie pod sam dom oraz jutro zawiezie mnie na lotnisko jako, że kolejne spotkanie odbędzie się w innym większym mieście. Na koniec dnia, zaraz po wejściu do domu położyłam się spać. To było coś o czym marzyłam.
Obudził mnie zaprogramowany budzik w telefonie i chociaż cisnęłam nim o ścianę, to nadal wydawał z siebie odgłosy melodyjki, która powinna nie dać spać mi dalej. Idąc pod prysznic zauważyłam, że wieczorem nie wsypałam karmy i nie wyprowadziłam psa i teraz patrząc na mnie z smutną miną dał mi do zrozumienia, że o nim zapomniałam. Wygrał i w pierwszej kolejności przed odwiedzeniem łazienki wypadłam z domu go wyprowadzić. Wróciłam plany potoczyły się dalej. Schodząc po schodach z psem na jednej ręce i z walizką w drugiej ręce zrozumiałam, że już nie chcę chodzić w obcasach i miałam nadzieję, że naprawią windę w naszym pionie lub nie będę musiała ubierać się w takie eleganckie ciuchy. Samochód stał już na dole. Wchodząc do środka przekazałam mojego psa menagerowi i z uśmiechem poprosiłam, żeby się nim zajął. Na co on powiedział, że liczy na to, że jestem silna i sobie poradzę na pierwszym spotkaniu bez jego obecności. Przejazd na lotnisko wydawał się czymś cudownym, biorąc pod uwagę, że musiałam podczas odprawy przejść przez wykrywacz metali i spinka trzymająca moje włosy oraz pasek do spódnicy musiały mnie opuścić. Z złością wsiadłam na pokład samolotu i przebyłam trzygodzinną podróż bez problemów. Problem przybył sam. Czekając na kogoś kto miał mnie odebrać otrzymałam wiadomość na telefon informującą mnie, o tym że osoba mająca mnie odebrać stoi w korku spowodowanym przez jakiś wypadek i mam dostać się jak najszybciej pod wskazany adres i to o własnych siłach. Przed terminalem stało parę taksówek, więc wsiadłam i podając adres, zażądałam jak najszybszego przejazdu. Po ominięciu paru ulic, gdy już stanęliśmy w małym korku spojrzałam w lusterko aby poprawić włosy i ku mojemu zdziwieniu zobaczyłam oczy kogoś kogo już poznałam. To był ten sam taksówkarz, który zadał wtedy pytanie o boga. Wrzasnęłam, a on się odwrócił. Już byłam pewna, że to on i jak najszybciej zaczęłam zabierać rzeczy krzycząc, że mnie śledzi. Gdy wychodziłam on powiedział tylko:
-Jak chcesz.
Stanęłam na chodniku i gdy samochody ruszyły starałam się złapać inną taksówkę. Widziałam już jakąś bez pasażera zbliżającą się do mnie. Nie zdążyłam wsiąść i jakaś ręka łapiąc mnie za bark ściągnęła mnie do poziomu płyt chodnika. Leżąc widziałam dwóch mężczyzn z wytatuowanymi symbolami religii na twarzy oraz ubraniami podobnymi do szat średniowiecznych zakonników. Zdążyłam zawołać tylko „Ratunku Fanatycy” gdzie w tym samym czasie jeden powiedział „Tak, to ona” i zaczął się modlić trzymając mnie mocno za szyję, a drugi wyjął z pod płaszcza spory żelazny łom i ciosem skierowany w moją głowę roztrzaskał ją o podłoże.
Śmierć nie jest mi obca..
Nie czułam już bólu..
Nie czułam już niczego, a jednak otworzyłam oczy. Byłam cała i zdrowa, a nawet naga. Stałam na środku skrzyżowania w całkowitej głuszy. Byłam zdezorientowana i przestraszona, a jednocześnie strach mnie nie paraliżował, a dawał mi siły aby iść. Nie miałam pojęcia dlaczego wybrałam taki a nie inny kierunek i wyruszyłam. Idąc mijałam porzucone samochody otwarte sklepy i zakłady. W każdym z nich działało wszystko jakby właśnie ktoś z tego korzystał. Po jakimś czasie z daleka zobaczyłam wysoki, szary mur w oddali. Skierowałam się w tamtą stronę i podchodząc zobaczyłam napisy namalowane krwią. Głosiły, że bóg umarł, że świat nie ma stwórcy i że cierpienie nie jest odkupieniem. Im bliżej muru stałam tym bardziej moje ciało odżywało, czując zimną temperaturę i dokuczający wiatr. Wyruszyłam wzdłuż dziwnej przeszkody i natrafiałam na inne napisy mówiące o utracie bliskich, o zbrodniach oraz kłamstwie. Dotarłam do bramy z olbrzymimi drewnianymi drzwiami od których emanowało miłe ciepło. Problemem był brak jakiejkolwiek klamki, więc spróbowałam popchnąć je aby otworzyły się do przodu. Nie dawało to skutku i postanowiłam zapukać. Głuche trzy puknięcia w drewno wysłuchały moich próśb i drzwi uchyliły się. Stał w nich tamten człowiek. Ten taksówkarz od którego uciekłam w ostatnich chwilach mojego życia. Jąkając się próbowałam złożyć jakieś zdanie i ostatecznie zapytałam:
-Gdzie jestem?
Na co on odpowiedział:
-W piekielnej otchłani, a jednocześnie przy drzwiach do czyśćca dusz..
c.d.n. (ciąg dalszy nastąpi)
-Pewnie chce pan autograf?
a on powiedział:
-Nie, nie chcę autografu. Chciałem się tylko pani zapytać: Czy wierzy pani w boga?
Całkowicie mnie zaskoczył i widząc moją głupią minę machnął ręką na pożegnanie i odjechał w dalszą trasę. Ja stałam bezmyślnie, jak posąg z całkowicie głupim wyrazem twarzy jeszcze przez chwilę się nie ruszałam, ale parę kropli zapowiadających deszcz obudziło mój instynkt samozachowawczy i ruszyłam z myślą o ciepłym kaloryferze, wiszącym pod parapetem w kuchni. Tak, lubię ciepło – a dopiero połowa jesieni. Musiałam to przetrwać. Kolejne parę dni niosły za sobą uciążliwe spotkania z czytelnikami oraz grupami uczonych. Wiedziałam, że to mnie wykończy fizycznie, ale starałam się być twarda. Jak to powiedział mi ojciec „Sławnym można być tylko raz i tylko przez moment. Reszta jest jak fala uderzeniowa i upadki odłamków sławy”.
Dopiero trzeciego dnia podczas porannego prysznica przypomniało mi się pytanie taksówkarza i jednocześnie myjąc włosy zaczęłam zastanawiać się dlaczego zadał mi takie pytanie i czy był jednym z tych, którzy odprawili by egzorcyzmy aby wygonić z mojego opętanego ciała złe duchy. Podczas wycierania i czesania włosów pomyślałam o mojej jedynej siostrze, która leży w szpitalu i czeka na operację. Życie nie było dla niej tak pomyślne jak dla mnie i jakieś cztery miesiące temu podczas wypadku samochodowego nabawiła się jakichś problemów z płucami. Pewnie jeszcze w tym tygodniu odwiedzę ją parę razy, ale mimo wszystko potrzeba mi czekać z dobrą nadzieją. Życzyłam jej w myślach udanej operacji i szybkiego powrotu do męża i córki.. i właśnie wtedy zrozumiałam, że mogłam się mylić. Zrobiło się ciemno przed oczami i upadłam na podłogę. Przez ciemność widziałam błyski w nieznanej oddali otchłani. Nagle zobaczyłam płonącą istotę lecącą wprost na mnie. Poczułam ciepło na brzuchu gdy przenikała przeze mnie. Ocknęłam się i zobaczyłam jak głowa mojego psa unosi się z mojego brzucha. Ten mały przyjaciel zawsze był dla mnie jak członek rodziny. Uśmiechnęłam się i jeszcze leżąc przytuliłam go. Wstając z podłogi dopiero zauważyłam, że przez cały czas spoczywałam na wznak, a jestem prawie pewna, że upadłam na podłogę całkowicie chaotycznie. Wróciła do mnie ta osłabiająca myśl. Skoro nie wierzę w boga, to gdzie trafiają wszystkie moje życzenia, prośby i modlitwy innych ludzi. Zrobiło mi się ciepło na sercu i pomyślałam, że może jakaś wyższa forma w wszechświecie przyjmuje to wszystko, ale czy można było by ją porównać do stwórcy świata. Po paru kolejnych przemyśleniach zegarek na ręce uświadomi mnie, że zemdlałam na trzy godziny i już dawno jestem spóźniona na spotkanie. Wstałam i czując dziwne oszołomienie podtrzymując się ściany zadzwoniłam po taksówkę. Byłam trochę zdziwiona, bo podjechał znów ten sam taksówkarz, który wprowadził mnie w zakłopotanie. Tym razem obeszło się bez słowa i przewiózł mnie w całkowitej ciszy. Weszłam do umówionego lokalu tylnym wejściem i gdy natrafiłam na mojego menagera wyprzedziłam go o słowo i błyskawicznie złapałam się za brzuch mówiąc lekko ironicznie:
-Byłam w łazience, wiesz chyba o co chodzi, z tego co wiem, to masz żonę.
Nie wiedziałam co dalej powiedzieć, za to on po krótkim zastanowieniu, bez słowa, szybko złapał mnie pod ramię i zaprowadził na salę spotkania. Zostałam przywitana gromkimi brawami oraz bukietem kwiatów. Znów poczułam lekką adrenalinę, ale tym razem towarzyszył jej także lekki ból głowy. Powiedziałam sobie w myślach, że dam radę i zaczęłam improwizować krótką przemowę. Na szczęście pamiętałam ulubione cytaty czytelników i potrafiłam odpowiedzieć bez wahania na większość zadanych mi pytań. Na sam koniec podczas pożegnania znów przypomniało mi się pytanie „czy wierzę w boga?” i na zastygłam milcząc. Tłum czekał aż dokończę mowę, a ja nie mogłam przecisnąć żadnego słowa przez krtań. Poczułam jak kropla potu spływa mi po plecach i czułam strach. Wnet ktoś z pod drzwi zaczął klaskać po czym cała sala jakby zrozumiała moją stresową sytuację i także zaczęła klaskać. Zanim ktoś z organizatorów pomógł mi zejść z podestu ujrzałam, że pod drzwiami stoi tamten kierowca taksówki. Resztę drogi przebyłam z menagerem. Czekała mnie jeszcze kolacja z organizatorami spotkania, ale myślałam tylko jak by odpocząć już od tego wszystkiego. Na całe szczęście ból głowy ustał, a po wszystkim menager zaproponował, że odwiezie mnie pod sam dom oraz jutro zawiezie mnie na lotnisko jako, że kolejne spotkanie odbędzie się w innym większym mieście. Na koniec dnia, zaraz po wejściu do domu położyłam się spać. To było coś o czym marzyłam.
Obudził mnie zaprogramowany budzik w telefonie i chociaż cisnęłam nim o ścianę, to nadal wydawał z siebie odgłosy melodyjki, która powinna nie dać spać mi dalej. Idąc pod prysznic zauważyłam, że wieczorem nie wsypałam karmy i nie wyprowadziłam psa i teraz patrząc na mnie z smutną miną dał mi do zrozumienia, że o nim zapomniałam. Wygrał i w pierwszej kolejności przed odwiedzeniem łazienki wypadłam z domu go wyprowadzić. Wróciłam plany potoczyły się dalej. Schodząc po schodach z psem na jednej ręce i z walizką w drugiej ręce zrozumiałam, że już nie chcę chodzić w obcasach i miałam nadzieję, że naprawią windę w naszym pionie lub nie będę musiała ubierać się w takie eleganckie ciuchy. Samochód stał już na dole. Wchodząc do środka przekazałam mojego psa menagerowi i z uśmiechem poprosiłam, żeby się nim zajął. Na co on powiedział, że liczy na to, że jestem silna i sobie poradzę na pierwszym spotkaniu bez jego obecności. Przejazd na lotnisko wydawał się czymś cudownym, biorąc pod uwagę, że musiałam podczas odprawy przejść przez wykrywacz metali i spinka trzymająca moje włosy oraz pasek do spódnicy musiały mnie opuścić. Z złością wsiadłam na pokład samolotu i przebyłam trzygodzinną podróż bez problemów. Problem przybył sam. Czekając na kogoś kto miał mnie odebrać otrzymałam wiadomość na telefon informującą mnie, o tym że osoba mająca mnie odebrać stoi w korku spowodowanym przez jakiś wypadek i mam dostać się jak najszybciej pod wskazany adres i to o własnych siłach. Przed terminalem stało parę taksówek, więc wsiadłam i podając adres, zażądałam jak najszybszego przejazdu. Po ominięciu paru ulic, gdy już stanęliśmy w małym korku spojrzałam w lusterko aby poprawić włosy i ku mojemu zdziwieniu zobaczyłam oczy kogoś kogo już poznałam. To był ten sam taksówkarz, który zadał wtedy pytanie o boga. Wrzasnęłam, a on się odwrócił. Już byłam pewna, że to on i jak najszybciej zaczęłam zabierać rzeczy krzycząc, że mnie śledzi. Gdy wychodziłam on powiedział tylko:
-Jak chcesz.
Stanęłam na chodniku i gdy samochody ruszyły starałam się złapać inną taksówkę. Widziałam już jakąś bez pasażera zbliżającą się do mnie. Nie zdążyłam wsiąść i jakaś ręka łapiąc mnie za bark ściągnęła mnie do poziomu płyt chodnika. Leżąc widziałam dwóch mężczyzn z wytatuowanymi symbolami religii na twarzy oraz ubraniami podobnymi do szat średniowiecznych zakonników. Zdążyłam zawołać tylko „Ratunku Fanatycy” gdzie w tym samym czasie jeden powiedział „Tak, to ona” i zaczął się modlić trzymając mnie mocno za szyję, a drugi wyjął z pod płaszcza spory żelazny łom i ciosem skierowany w moją głowę roztrzaskał ją o podłoże.
Śmierć nie jest mi obca..
Nie czułam już bólu..
Nie czułam już niczego, a jednak otworzyłam oczy. Byłam cała i zdrowa, a nawet naga. Stałam na środku skrzyżowania w całkowitej głuszy. Byłam zdezorientowana i przestraszona, a jednocześnie strach mnie nie paraliżował, a dawał mi siły aby iść. Nie miałam pojęcia dlaczego wybrałam taki a nie inny kierunek i wyruszyłam. Idąc mijałam porzucone samochody otwarte sklepy i zakłady. W każdym z nich działało wszystko jakby właśnie ktoś z tego korzystał. Po jakimś czasie z daleka zobaczyłam wysoki, szary mur w oddali. Skierowałam się w tamtą stronę i podchodząc zobaczyłam napisy namalowane krwią. Głosiły, że bóg umarł, że świat nie ma stwórcy i że cierpienie nie jest odkupieniem. Im bliżej muru stałam tym bardziej moje ciało odżywało, czując zimną temperaturę i dokuczający wiatr. Wyruszyłam wzdłuż dziwnej przeszkody i natrafiałam na inne napisy mówiące o utracie bliskich, o zbrodniach oraz kłamstwie. Dotarłam do bramy z olbrzymimi drewnianymi drzwiami od których emanowało miłe ciepło. Problemem był brak jakiejkolwiek klamki, więc spróbowałam popchnąć je aby otworzyły się do przodu. Nie dawało to skutku i postanowiłam zapukać. Głuche trzy puknięcia w drewno wysłuchały moich próśb i drzwi uchyliły się. Stał w nich tamten człowiek. Ten taksówkarz od którego uciekłam w ostatnich chwilach mojego życia. Jąkając się próbowałam złożyć jakieś zdanie i ostatecznie zapytałam:
-Gdzie jestem?
Na co on odpowiedział:
-W piekielnej otchłani, a jednocześnie przy drzwiach do czyśćca dusz..
c.d.n. (ciąg dalszy nastąpi)
Tagi:
"Zabawy martwych ludzi"
08.11.2011 o godz. 23:19
komentuj (3)
Bo życie prowadzi przez kręte i nieznane korytarze. I nie ważne czy stoisz na ziemi, czy lecisz samolotem, czy może płyniesz statkiem to i tak w jakimś miejscu w wszechświecie się narodziłeś, i prawdopodobnie możesz tam jeszcze wrócić..
chyba że.. chcesz poznać coś więcej niż dotąd widziałeś
Mam na imię Marcus. Trzy dni temu pochowałem moją matkę i teraz pozostałem sam na tej planecie. To miejsce, w które przeszło dwa wieki temu przybyła dwudziesto osobowa ekspedycja pozostało tylko dla mnie. Wiem z opowiadań rodziców, że około stu lat temu dwa małżeństwa z pięciu mieszkających tutaj zdradzały się nawzajem i ostatecznie wymordowały się wzajemnie. Pozostałe trzy, przez trzy pokolenia trafiły tylko na dwie kobiety, przy czym tylko jedna z nich była zdolna urodzić dziecko. I to ja jestem tym dzieckiem. Patrząc na tabliczkę – tą którą wbił tutaj mój dziadek sprzed czterech pokoleń – stwierdzam że, to najdalszy zakątek wszechświata. Stoję sam żyjący, bo przecież wszystko co mnie otacza to przestrzeń pełna całkowicie zmechanizowanych pól uprawnych, urządzeń tworzących chmury deszczowe, połaci elektrowni solarnych, filtrów powietrza i wody oraz wielkiej przeźroczystej kopuły wznoszącej się nad tą małą planetą. Tłumaczono mi już od najmłodszych lat, że gdyby nie ta kopuła to nic by tutaj nie przeżyło i że to spadek po naszej niewielkiej rodzinie, która poświęciła połowę swojego życia, aby stworzyć tutaj ten mały ekosystem.
Tak więc przez trzy dni jeszcze opłakiwałem matkę. Ale potem zastanawiałem się co dalej, co mnie czeka. Na szczęście matka pozostawiła mi parę wskazówek. Pierwszą z nich, z tego co napisała, trzymała w naszej kuchni w szafce z pustymi pojemnikami po żywności. I tak oto znalazłem drewniany pojemnik w kształcie długiej tuby. Napis na nim, już trochę wyblakły, głosił „Otworzyć tylko w razie niebezpieczeństwa”. Tak naprawdę to chyba nie wiedziałem przez te dwadzieścia parę lat co to niebezpieczeństwo, bo rodzice troszczyli się o mnie jak o jedyny i największy skarb – bo pewnie nim byłem. Naturalnie wiedziałem co to ciekawość, także szybko wyjąłem zawartość znaleziska i wtedy moim oczom ukazała się spora mapa wszechświata zapisana na papierze świetlnym. Prócz tego zawierała ona zaznaczoną drogę do miejsca wylotu całej naszej ekspedycji sprzed przeszło pięciuset lat. Moja wyobraźnia pracowała całą możliwą mocą i przetwarzała punkty, linie i krzywe umieszczone na wyświetlanej w trzech wymiarach miniaturce odkrytego świata. Ale przecież to nie wszystko. Pozostały jeszcze dwie wskazówki. Według instrukcji matki miałem skierować się do piwniczki w składziku obok domu. Z tego co pamiętam to chodziłem tam tylko po to aby przynieść warzywa przeznaczone na obiad, ale według instrukcji matki miałem poszukać przełącznika ukrytego za szafką. Wybiegłem z domu jak poparzony i wleciałem do składziku. Po zapaleniu światła mój wzrok przykuła jedyna szafka zawierająca stare narzędzia zapakowane w pojemniki przyśpieszające degradację materii. Moja ręka wyczuła ukryty za półką przełącznik i już po chwili uruchomiłem jakiś mechanizm. Teraz dopiero zrozumiałem dlaczego od małego ojciec tłumaczył abym nie zbliżał się do szybu wentylacyjnego. Nie stało by się mi nic prócz tego, że odkrył bym sekret. Przez uchyloną kratę wylotu wentylacyjnego zamrugało do mnie światełko i po chwili podążyłem niedługim tunelem prowadzącym przez mechanizmy filtrujące powietrze, aż doszedłem do drzwi kryjące drugą tajemnicę. Było to małe zatęchłe pomieszczenie pełne szkiców i wykresów wywieszanych na ścianach. Natomiast moim celem, jak się domyśliłem było stojące w rogu biurko z dwoma szufladami. W pierwszej znalazłem coś – jak mówiła mi matka – niepotrzebnego. Była to broń palna. W drugiej szufladzie wśród książek przygodowych natknąłem się na dziennik ojca. I to miał być mój cel. Przeszukałem pomieszczenie i po zabraniu paru drobiazgów skierowałem się na powierzchnię, aby w spokoju przeczytać cały dziennik ojca oraz parę notesów z poprzednich pokoleń. Zrobiłem sobie coś do zjedzenia i zasiadłem w jadalni łasy na jedzenie oraz nowe informacje. Czytałem dziennik aż do rana i notowałem wszystkie najważniejsze fakty i informacje w moim notesie. Były tam wskazówki dotyczące działań naukowych mojej rodziny oraz wspomnienia z rodzinnej planety moich już nie żyjących krewnych. Największym zaskoczeniem była dla mnie informacja na temat pierwszej podróży na tą planetę, która trwała prawie siedemset lat. Pisano tam o hibernacjach podczas podróży z prędkością światła oraz o miliardowych populacjach planety. Ponownie obudziłem się siedząc przy stole z głową obok notesu i zaraz powróciłem do mojej wielkiej tajemnicy. Zacząłem przeglądać notesy i z informacji o planecie wynikało, że jest ona częściowo pusta i w samym jej centrum umieszczono jakiś rodzaj rdzenia utrzymujący ją na orbicie najbliższego „samotnego słońca”. Nazwano je tak ponieważ posiadało ono tylko jedną małą planetę.
Mijały dni, a ja wciąż nie mogłem znaleźć ostatniej wskazówki od matki. Aż po prawie całym miesiącu po wertowaniu papierów i książek dotarło do mnie ostatnie i niezrozumiałe zdanie testamentu matki które głosiło „Zadbaj o szklarnie ojca”. Przecież wiedziałem już od lat dzieciństwa, że szklarnia ojca jest prawie pusta i posiada czerwonawy rodzaj szkła. Raczej nigdy nie ciągnęło mnie aby tam iść, ale tym razem trafiłem do opuszczonego i przyciemnionego szklanego domku. Były tam atrapy kwiatów, które z gorąca powysychały i zmarniały jakby były prawdziwie na wpół martwe, oraz na środku pomieszczenia stał solidny zegar słoneczny z wyciągniętym elementem do wyznaczania godzin. Podparłem się i czytałem trudne i niezrozumiałe napisy, które prawdopodobnie oznaczały pory dnia. Złapałem za brakujący element i włożyłem go na miejsce wyznaczone w środku. Nagle coś huknęło. Wszystkie szyby pękły pod wpływem jakiegoś zatrzęsienia ziemi ja znalazłem się pod deszczem z czerwonego szkła. Poczułem, że parę szkieł wbiło się w moje ciało, ale po chwili ból nie robił na mnie wrażenia, gdyż przed moimi oczami powoli otwierał się ogromny okrągły właz prowadzący pod ziemię. Musiałem jeszcze chwilę poczekać, gdyż podmuch kurzu zasłonił widok w całej okolicy. Po paru minutach gdy pył opadł moim oczom ukazał się podziemny hangar zawierający jakiś rodzaj statku międzygwiezdnego. Nigdy w życiu nie pomyślałem, że idąc przez ogród deptam po wielkim pomieszczeniu zawierającym tajemnicę sprzed przeszło wieku. Na brzegu leju znajdowała się drabinka, którą dostałem się na dno wyłożone grubą kratą. Tam natomiast w wnęce stała szafa z kombinezonami dla kosmonautów oraz szczegółowe instrukcje obsługi statku. To co znalazłem to tylko pierwszy człon całej olbrzymiej rakiety, która kiedyś przybyła tutaj z kompleksem mieszkalnym oraz hangarami roboczymi pełnymi maszyn do formowania klimatu, aby zapoczątkować nowe życie gdzieś w odległym zakątku wszechświata.
To była moja jedyna szansa. Zapoznałem się z instrukcjami oraz metodą poruszania się w kosmosie. Udało mi się uruchomić statek, ale nie mogłem wylecieć bez zapasów oraz potrzebnego paliwa. Na całe szczęście zrozumiałem nad czym pracował mój ojciec z moim dziadkiem i wiedziałem, że ich pomysł na alternatywne paliwo wodorowe powinien zdać egzamin. Przygotowałem się do odlotu, poszedłem raz jeszcze na polanę gdzie chowaliśmy wszystkich, którzy odeszli na tej małej plancie i po zapakowaniu wszystkich potrzebnych rzeczy ostatni raz spojrzałem na mój dom, po czym wszedłem do rakiety. Jedynym celem który znałem była planeta, z której dawno temu przybyto do tego zapomnianego zakątka świata. Wytarłem łzy i ustawiłem cel lotu. Instrukcja wyznaczyła mi około siedmiuset trzydziestu lat podróży przy czym nie będę spał tylko sześciu dni z całego lotu. Silniki potrzebowały paru godzin rozruchu, więc raz jeszcze bacznie posprawdzałem wszystkie ekrany i wskaźniki w kabinie. Wtedy uświadomiłem sobie, że jest w niej sześć miejsc. Cztery dla dorosłych osób oraz dwa boczne dla dzieci. Pomyślałem „To będzie długa podróż”. Nareszcie ukazał się komunikat oznajmiający gotowość do lotu. Wszystko działało poprawnie, więc włączyłem procedurę startową. Statek w momencie oderwania się od powierzchni wypalił otwór prowadzący wprost do jądra planety, a w chwili gdy przebił się przez kopułę zobaczyłem na ekranie z tylniej kamery jak mój dom oraz wszystko wokół ginie w płomieniach i po chwili zapada się z całą planetą ulegając implozji. Leciałem dwa dni. To były dwa najsmutniejsze dni w moim życiu, bo czułem świadomość, że już nie mam gdzie wrócić. Na początku trzeciego dnia ustawiłem czas hibernacji i położyłem się na bardzo długie spanie.
Mijały setki lat, a ja śniłem o przeszłości. Miewałem koszmary i z ogromną niemocą oraz świadomością żyłem w snach pełnych wspomnień oraz bólu. Naturalnie tak jak zaprogramowałem to urządzenie, tak i obudziło mnie łagodnie. Czułem się jakbym był zrobiony z waty i do tego nic nie widziałem przez parę godzin. Gdy zobaczyłem piękno kosmosu, takie jakiego nie dało się zobaczyć na obrzeżu galaktyki przesiedziałem sporo czasu przy małym okienku, aż do akomodacji oczu do panujących warunków. Ostatecznie po prawie dwunastu godzinach powoli zacząłem pierwszy posiłek po setkach lat. Wpierw bezsmak, a po paru kęsach jedzenie przypominające różnokolorowy budyń okazało się najlepszą rzeczą którą jadłem w moim życiu. Przede mną jeszcze trzy dni i dotrę do celu. Ze względu na luki w pamięci i czas jaki pozostał raz jeszcze przestudiowałem wszystkie notatki. Drugi raz w życiu zasnąłem podczas czytania dziennika ojca lecz tym razem nie obudziłem się sam, a obudził mnie sygnał komputera. Na ekranie radaru ukazał się widok kilkunastu maszyn lecących w kierunku z którego lecę. Po paru minutach na zbliżeniu z kamery zaobserwowałem dwanaście czarnych statków. Według pomiarów wszystkie były uszkodzone, a skaner oznajmił, że brak w nich jakiegokolwiek życia i zasilania. Do końca tego dnia zastanawiałem się co się z nimi stało. Zasnąłem.
To była najgłośniejsza pobudka w moim życiu. Wyleciałem z łóżka do komputera. Po drodze widziałem na wyświetlaczu, że statek gwałtownie zwolnił i chciałem dowiedzieć się co się dlaczego tak się dzieje. Ale zobaczyłem to przez szybę kokpitu. Planeta oznaczona jako cel mojej podróży była oddalona, mój statek wisiał prawie, że nie ruchomo. Na moich oczach sfera oznaczona przez radar jako „Ziemia” była pochłaniana przez ogromną gwiazdę podpisaną na radarze jako „Pierwsze słońce”.
Komputer wyświetlił napis „Cel nieosiągalny” i statek zatrzymał się w próżni kosmosu.
chyba że.. chcesz poznać coś więcej niż dotąd widziałeś
Mam na imię Marcus. Trzy dni temu pochowałem moją matkę i teraz pozostałem sam na tej planecie. To miejsce, w które przeszło dwa wieki temu przybyła dwudziesto osobowa ekspedycja pozostało tylko dla mnie. Wiem z opowiadań rodziców, że około stu lat temu dwa małżeństwa z pięciu mieszkających tutaj zdradzały się nawzajem i ostatecznie wymordowały się wzajemnie. Pozostałe trzy, przez trzy pokolenia trafiły tylko na dwie kobiety, przy czym tylko jedna z nich była zdolna urodzić dziecko. I to ja jestem tym dzieckiem. Patrząc na tabliczkę – tą którą wbił tutaj mój dziadek sprzed czterech pokoleń – stwierdzam że, to najdalszy zakątek wszechświata. Stoję sam żyjący, bo przecież wszystko co mnie otacza to przestrzeń pełna całkowicie zmechanizowanych pól uprawnych, urządzeń tworzących chmury deszczowe, połaci elektrowni solarnych, filtrów powietrza i wody oraz wielkiej przeźroczystej kopuły wznoszącej się nad tą małą planetą. Tłumaczono mi już od najmłodszych lat, że gdyby nie ta kopuła to nic by tutaj nie przeżyło i że to spadek po naszej niewielkiej rodzinie, która poświęciła połowę swojego życia, aby stworzyć tutaj ten mały ekosystem.
Tak więc przez trzy dni jeszcze opłakiwałem matkę. Ale potem zastanawiałem się co dalej, co mnie czeka. Na szczęście matka pozostawiła mi parę wskazówek. Pierwszą z nich, z tego co napisała, trzymała w naszej kuchni w szafce z pustymi pojemnikami po żywności. I tak oto znalazłem drewniany pojemnik w kształcie długiej tuby. Napis na nim, już trochę wyblakły, głosił „Otworzyć tylko w razie niebezpieczeństwa”. Tak naprawdę to chyba nie wiedziałem przez te dwadzieścia parę lat co to niebezpieczeństwo, bo rodzice troszczyli się o mnie jak o jedyny i największy skarb – bo pewnie nim byłem. Naturalnie wiedziałem co to ciekawość, także szybko wyjąłem zawartość znaleziska i wtedy moim oczom ukazała się spora mapa wszechświata zapisana na papierze świetlnym. Prócz tego zawierała ona zaznaczoną drogę do miejsca wylotu całej naszej ekspedycji sprzed przeszło pięciuset lat. Moja wyobraźnia pracowała całą możliwą mocą i przetwarzała punkty, linie i krzywe umieszczone na wyświetlanej w trzech wymiarach miniaturce odkrytego świata. Ale przecież to nie wszystko. Pozostały jeszcze dwie wskazówki. Według instrukcji matki miałem skierować się do piwniczki w składziku obok domu. Z tego co pamiętam to chodziłem tam tylko po to aby przynieść warzywa przeznaczone na obiad, ale według instrukcji matki miałem poszukać przełącznika ukrytego za szafką. Wybiegłem z domu jak poparzony i wleciałem do składziku. Po zapaleniu światła mój wzrok przykuła jedyna szafka zawierająca stare narzędzia zapakowane w pojemniki przyśpieszające degradację materii. Moja ręka wyczuła ukryty za półką przełącznik i już po chwili uruchomiłem jakiś mechanizm. Teraz dopiero zrozumiałem dlaczego od małego ojciec tłumaczył abym nie zbliżał się do szybu wentylacyjnego. Nie stało by się mi nic prócz tego, że odkrył bym sekret. Przez uchyloną kratę wylotu wentylacyjnego zamrugało do mnie światełko i po chwili podążyłem niedługim tunelem prowadzącym przez mechanizmy filtrujące powietrze, aż doszedłem do drzwi kryjące drugą tajemnicę. Było to małe zatęchłe pomieszczenie pełne szkiców i wykresów wywieszanych na ścianach. Natomiast moim celem, jak się domyśliłem było stojące w rogu biurko z dwoma szufladami. W pierwszej znalazłem coś – jak mówiła mi matka – niepotrzebnego. Była to broń palna. W drugiej szufladzie wśród książek przygodowych natknąłem się na dziennik ojca. I to miał być mój cel. Przeszukałem pomieszczenie i po zabraniu paru drobiazgów skierowałem się na powierzchnię, aby w spokoju przeczytać cały dziennik ojca oraz parę notesów z poprzednich pokoleń. Zrobiłem sobie coś do zjedzenia i zasiadłem w jadalni łasy na jedzenie oraz nowe informacje. Czytałem dziennik aż do rana i notowałem wszystkie najważniejsze fakty i informacje w moim notesie. Były tam wskazówki dotyczące działań naukowych mojej rodziny oraz wspomnienia z rodzinnej planety moich już nie żyjących krewnych. Największym zaskoczeniem była dla mnie informacja na temat pierwszej podróży na tą planetę, która trwała prawie siedemset lat. Pisano tam o hibernacjach podczas podróży z prędkością światła oraz o miliardowych populacjach planety. Ponownie obudziłem się siedząc przy stole z głową obok notesu i zaraz powróciłem do mojej wielkiej tajemnicy. Zacząłem przeglądać notesy i z informacji o planecie wynikało, że jest ona częściowo pusta i w samym jej centrum umieszczono jakiś rodzaj rdzenia utrzymujący ją na orbicie najbliższego „samotnego słońca”. Nazwano je tak ponieważ posiadało ono tylko jedną małą planetę.
Mijały dni, a ja wciąż nie mogłem znaleźć ostatniej wskazówki od matki. Aż po prawie całym miesiącu po wertowaniu papierów i książek dotarło do mnie ostatnie i niezrozumiałe zdanie testamentu matki które głosiło „Zadbaj o szklarnie ojca”. Przecież wiedziałem już od lat dzieciństwa, że szklarnia ojca jest prawie pusta i posiada czerwonawy rodzaj szkła. Raczej nigdy nie ciągnęło mnie aby tam iść, ale tym razem trafiłem do opuszczonego i przyciemnionego szklanego domku. Były tam atrapy kwiatów, które z gorąca powysychały i zmarniały jakby były prawdziwie na wpół martwe, oraz na środku pomieszczenia stał solidny zegar słoneczny z wyciągniętym elementem do wyznaczania godzin. Podparłem się i czytałem trudne i niezrozumiałe napisy, które prawdopodobnie oznaczały pory dnia. Złapałem za brakujący element i włożyłem go na miejsce wyznaczone w środku. Nagle coś huknęło. Wszystkie szyby pękły pod wpływem jakiegoś zatrzęsienia ziemi ja znalazłem się pod deszczem z czerwonego szkła. Poczułem, że parę szkieł wbiło się w moje ciało, ale po chwili ból nie robił na mnie wrażenia, gdyż przed moimi oczami powoli otwierał się ogromny okrągły właz prowadzący pod ziemię. Musiałem jeszcze chwilę poczekać, gdyż podmuch kurzu zasłonił widok w całej okolicy. Po paru minutach gdy pył opadł moim oczom ukazał się podziemny hangar zawierający jakiś rodzaj statku międzygwiezdnego. Nigdy w życiu nie pomyślałem, że idąc przez ogród deptam po wielkim pomieszczeniu zawierającym tajemnicę sprzed przeszło wieku. Na brzegu leju znajdowała się drabinka, którą dostałem się na dno wyłożone grubą kratą. Tam natomiast w wnęce stała szafa z kombinezonami dla kosmonautów oraz szczegółowe instrukcje obsługi statku. To co znalazłem to tylko pierwszy człon całej olbrzymiej rakiety, która kiedyś przybyła tutaj z kompleksem mieszkalnym oraz hangarami roboczymi pełnymi maszyn do formowania klimatu, aby zapoczątkować nowe życie gdzieś w odległym zakątku wszechświata.
To była moja jedyna szansa. Zapoznałem się z instrukcjami oraz metodą poruszania się w kosmosie. Udało mi się uruchomić statek, ale nie mogłem wylecieć bez zapasów oraz potrzebnego paliwa. Na całe szczęście zrozumiałem nad czym pracował mój ojciec z moim dziadkiem i wiedziałem, że ich pomysł na alternatywne paliwo wodorowe powinien zdać egzamin. Przygotowałem się do odlotu, poszedłem raz jeszcze na polanę gdzie chowaliśmy wszystkich, którzy odeszli na tej małej plancie i po zapakowaniu wszystkich potrzebnych rzeczy ostatni raz spojrzałem na mój dom, po czym wszedłem do rakiety. Jedynym celem który znałem była planeta, z której dawno temu przybyto do tego zapomnianego zakątka świata. Wytarłem łzy i ustawiłem cel lotu. Instrukcja wyznaczyła mi około siedmiuset trzydziestu lat podróży przy czym nie będę spał tylko sześciu dni z całego lotu. Silniki potrzebowały paru godzin rozruchu, więc raz jeszcze bacznie posprawdzałem wszystkie ekrany i wskaźniki w kabinie. Wtedy uświadomiłem sobie, że jest w niej sześć miejsc. Cztery dla dorosłych osób oraz dwa boczne dla dzieci. Pomyślałem „To będzie długa podróż”. Nareszcie ukazał się komunikat oznajmiający gotowość do lotu. Wszystko działało poprawnie, więc włączyłem procedurę startową. Statek w momencie oderwania się od powierzchni wypalił otwór prowadzący wprost do jądra planety, a w chwili gdy przebił się przez kopułę zobaczyłem na ekranie z tylniej kamery jak mój dom oraz wszystko wokół ginie w płomieniach i po chwili zapada się z całą planetą ulegając implozji. Leciałem dwa dni. To były dwa najsmutniejsze dni w moim życiu, bo czułem świadomość, że już nie mam gdzie wrócić. Na początku trzeciego dnia ustawiłem czas hibernacji i położyłem się na bardzo długie spanie.
Mijały setki lat, a ja śniłem o przeszłości. Miewałem koszmary i z ogromną niemocą oraz świadomością żyłem w snach pełnych wspomnień oraz bólu. Naturalnie tak jak zaprogramowałem to urządzenie, tak i obudziło mnie łagodnie. Czułem się jakbym był zrobiony z waty i do tego nic nie widziałem przez parę godzin. Gdy zobaczyłem piękno kosmosu, takie jakiego nie dało się zobaczyć na obrzeżu galaktyki przesiedziałem sporo czasu przy małym okienku, aż do akomodacji oczu do panujących warunków. Ostatecznie po prawie dwunastu godzinach powoli zacząłem pierwszy posiłek po setkach lat. Wpierw bezsmak, a po paru kęsach jedzenie przypominające różnokolorowy budyń okazało się najlepszą rzeczą którą jadłem w moim życiu. Przede mną jeszcze trzy dni i dotrę do celu. Ze względu na luki w pamięci i czas jaki pozostał raz jeszcze przestudiowałem wszystkie notatki. Drugi raz w życiu zasnąłem podczas czytania dziennika ojca lecz tym razem nie obudziłem się sam, a obudził mnie sygnał komputera. Na ekranie radaru ukazał się widok kilkunastu maszyn lecących w kierunku z którego lecę. Po paru minutach na zbliżeniu z kamery zaobserwowałem dwanaście czarnych statków. Według pomiarów wszystkie były uszkodzone, a skaner oznajmił, że brak w nich jakiegokolwiek życia i zasilania. Do końca tego dnia zastanawiałem się co się z nimi stało. Zasnąłem.
To była najgłośniejsza pobudka w moim życiu. Wyleciałem z łóżka do komputera. Po drodze widziałem na wyświetlaczu, że statek gwałtownie zwolnił i chciałem dowiedzieć się co się dlaczego tak się dzieje. Ale zobaczyłem to przez szybę kokpitu. Planeta oznaczona jako cel mojej podróży była oddalona, mój statek wisiał prawie, że nie ruchomo. Na moich oczach sfera oznaczona przez radar jako „Ziemia” była pochłaniana przez ogromną gwiazdę podpisaną na radarze jako „Pierwsze słońce”.
Komputer wyświetlił napis „Cel nieosiągalny” i statek zatrzymał się w próżni kosmosu.
Tagi:
"Zabawy martwych ludzi"
Podobno ciekawość to pierwszy stopień do piekła, ale jak sądzę ludzka ciekawość dawno przerosła oczekiwania samego diabła..
Jak przystało na naukowca, miałem wielkie plany na przyszłość. Zawsze chciałem wylecieć poza tę małą planetę. Wzbić się ponad chmury, zobaczyć te wszystkie gwiazdy i spojrzeć na wszystkich z góry. W poprzednim miesiącu nasze badania przyniosły nieoczekiwane wyniki. Odkryliśmy nowy pierwiastek o ogromnej mocy. Co prawda było to zaledwie kilkanaście sekund, ale zmieniły one myśl techniczną na tyle, że za parę godzin od tej chwili wyruszam z większą częścią naszej grupy badawczej w podróż na orbitę. Odbędzie się ona w pojeździe napędzanym przez eksperymentalne paliwo, które udało się wytworzyć na podstawie naszego odkrycia. Przez ostatnie dwadzieścia dni każda część tego statku kosmicznego przebyła drogę przez wszystkie laboratoria testowe w naszym ośrodku badawczym i w wyniku celujących wyników zostanie dziś oddana po raz pierwszy do użytku maszyna latająca. Zostaniemy wysłani na orbitę planety. Stałem przez chwilę z Sarą i naszym synkiem, opowiadałem im o tym cudownym odkryciu. Jak się domyślam przez ostatni miesiąc mówiłem tylko o tym, ale jak pewnie gdyby nie zafascynowanie małego Karola to Sara chodziła by już z zatyczkami w uszach. Dobrze wiem, że ona boi się o mnie za każdym razem gdy wymyślam w pracy jakieś nowe odkrycie. Dla niej to jak magia, a ona boi się magii. Wystarczy jej naciśnięcie przycisku pilota od klimatyzacji i już zastanawia się jak to się dzieje, że na odległość kontroluje przepływem ciepłego i chłodnego powietrza, a dopiero co oderwanie się od ziemi przy pomocy czegoś zupełnie jej nieznanego i niezrozumiałego. Ostatnie piętnaście minut przed przygotowaniami. Pozostawiam całusa na czole syna i ściskam mu rękę, żonie daje porządnego całusa w usta, a ona wtulając się we mnie zaczyna płakać. Zostaję parę minut za długo, ale jak się okazało nie tylko nam przedłużyło się pożegnanie. W sterylnej kabinie zaczynamy się przebierać w kombinezony przeznaczone na podróż. Widzę przez okienko jak do wnętrza rakiety chowają małą spiżarkę z jedzeniem dla astronautów i już czuję ten mdły smak, do którego musiałem się przyzwyczajać przez ostatnie dwa tygodnie, trzy posiłki dziennie. Stoję ubrany po szyję w śmiesznie wyglądający strój w kolorze fioletowym i zwalczam ostatnie smutki poprzez rozwiązywanie łamigłówek matematycznych. Udajemy się z załogą do windy i po wjechaniu na poziom wejścia. Spoglądamy wszyscy wypatrując swoich bliskich wśród oddalonego tłumu. Ostatnie spojrzenie w niebo z poziomu ziemi i już zasiadam przed konsolą bezpieczeństwa w drugim module statku. Konsola jest już włączona i wszystko wygląda wręcz idealnie – jak na symulatorze. Wszyscy już siedzą, a kapitan, tak jak obiecał, włącza nam nasz ulubiony utwór z pracowni, który towarzyszył nam od samego początku wspólnej pracy. W Momocie gdy muzyka ucichła, kapitan powiedział przez głośnik:
-Niech bóg ma nas w swojej opiece.
Silniki napędzane przez nowe paliwo pracowały niesamowicie cicho i od momentu zakończenia odliczania pierwszy i jedyny taki mały wstrząs poczułem gdy przebijaliśmy się przez atmosferę. Po paru minutach na ułamek sekundy zgasły wszystkie światła łącznie z awaryjnymi i jak myślę wszystkich serca zamarły na tą chwilę. Zaraz wszystko działało poprawnie. Badania stabilności nie wykraczały nawet poza najmniejsze odchylenia. Zrobiliśmy 3/4 obrotu na orbicie i pomyślałem, że za dwie godziny będę musiał się zdrzemnąć. Ale jednak ku mojemu zdziwieniu na drugim ekranie ukazał się komunikat SKAŻENIE i po wciśnięciu przycisku zaakceptowania informacji na ekranie ukazały się dwie wiadomości. Pierwszą było określenie miejsca skażenia – był to zbiornik paliwa, druga informacja była dla mnie zaskoczeniem – typ skażenia komputer określił jako „skażenie umysłu”. Po chwili stał przy mnie kapitan i mój najbliższy współpracownik - Jack. Ich miny wyglądały na bardziej zaskoczone, niż zaniepokojone. Nie zdążyłem wybrać możliwości rozwiązania problemu, a już pokazała się kolejna wiadomość – WYCIEK PALIWA. W jednej chwili cała przednia szyba pokryła się z zewnątrz zielonkawą warstwą żyjącą niczym roślina. Z głośnika było słychać krzyki pochodzące z laboratorium położonego najbliżej zbiornika z paliwem. Kapitan rozkazał odizolować tamtą część statku i po trzech sekundach komputer zamknął wszystkie drzwi prowadzące do wskazanych pomieszczeń. Krzyki z głośnika ustały, ale tym razem światła zgasły permanentnie i zaświeciło się jedynie dziesięć z możliwych dwustu lamp awaryjnych. Komputery przestały częściowo działać lub spowolniły swoją prędkość do prawie równiej zeru. Ja, kapitan, nawigator i Jack pozostaliśmy sami w sterowni. Wyszliśmy na korytarz i poczuliśmy smród palonego mięsa. W krótkim momencie drzwi z odizolowanego pomieszczenia zostały wypchnięte w naszą stronę. Jack na moich oczach roztrzaskał się między ścianą, a napierającymi na niego z ogromną siłą drzwiami, podczas gdy nawigator krzyczał w panice, kapitan po zbliżeniu się do otworze po drzwiach pokrył się purpurową warstwą pół-płynnej żywej tkanki czegoś co wypełzło naprzeciw niemu. Nie patrząc do końca jak trawi go ta „istota” szybko odwróciłem się i wołając nawigatora wszedłem do kabiny obok. Ten stał jak sparaliżowany więc ze względu na zbyt duże zagrożenie zamknąłem drzwi. Na moje szczęście znalazłem się w pomieszczeniu zawierającym przejście do jednej z kapsuł ratunkowych. Wsiadłem bez wahania i włączyłem panel startowy, który na szczęście sam zaprojektowałem. Po chwili silnik odpalił, a ja zwróciłem mój wzrok na małą zieloną plamkę pokrywającą zewnętrzną stronę kokpitu kapsuły. Modliłem się, aby to coś nie było tym co zabiło przed chwilą całość naszej załogi. Komputer przedstawił czas lotu i przewidziane miejsce lądowania. To będzie jakieś dwanaście kilometrów od bazy z której startowaliśmy. Wszystko szło po mojej myśli, aż do chwili gdy komputer automatycznie włączył osłonę wysuwaną na czas przelotu przez górne warstwy atmosfery. Widziałem jak płomienie tańczą wokół maszyny. Plamka na szybie wydawała się naciskać coraz mocniej i dopiero gdy przebiła dziurę do wnętrza poczułem jak w ciągu kilku sekund spalam się żywcem. Cała kapsuła stanęła w ogniu i gwałtownie przyśpieszała spadając w stronę ziemi.
Spadała rozżarzona, pozostawiała po sobie lśniący ślad.
Było popołudnie Sara stojąc na ganku zawołała do bawiącego się w ogrodzie syna:
-To spadająca gwiazda, zamknij oczy i pomyśl życzenie, to na pewno się spełni.
Mały Karol zatrzymał się i pomyślał:
Niech tata wróci jak najszybciej.
Jak przystało na naukowca, miałem wielkie plany na przyszłość. Zawsze chciałem wylecieć poza tę małą planetę. Wzbić się ponad chmury, zobaczyć te wszystkie gwiazdy i spojrzeć na wszystkich z góry. W poprzednim miesiącu nasze badania przyniosły nieoczekiwane wyniki. Odkryliśmy nowy pierwiastek o ogromnej mocy. Co prawda było to zaledwie kilkanaście sekund, ale zmieniły one myśl techniczną na tyle, że za parę godzin od tej chwili wyruszam z większą częścią naszej grupy badawczej w podróż na orbitę. Odbędzie się ona w pojeździe napędzanym przez eksperymentalne paliwo, które udało się wytworzyć na podstawie naszego odkrycia. Przez ostatnie dwadzieścia dni każda część tego statku kosmicznego przebyła drogę przez wszystkie laboratoria testowe w naszym ośrodku badawczym i w wyniku celujących wyników zostanie dziś oddana po raz pierwszy do użytku maszyna latająca. Zostaniemy wysłani na orbitę planety. Stałem przez chwilę z Sarą i naszym synkiem, opowiadałem im o tym cudownym odkryciu. Jak się domyślam przez ostatni miesiąc mówiłem tylko o tym, ale jak pewnie gdyby nie zafascynowanie małego Karola to Sara chodziła by już z zatyczkami w uszach. Dobrze wiem, że ona boi się o mnie za każdym razem gdy wymyślam w pracy jakieś nowe odkrycie. Dla niej to jak magia, a ona boi się magii. Wystarczy jej naciśnięcie przycisku pilota od klimatyzacji i już zastanawia się jak to się dzieje, że na odległość kontroluje przepływem ciepłego i chłodnego powietrza, a dopiero co oderwanie się od ziemi przy pomocy czegoś zupełnie jej nieznanego i niezrozumiałego. Ostatnie piętnaście minut przed przygotowaniami. Pozostawiam całusa na czole syna i ściskam mu rękę, żonie daje porządnego całusa w usta, a ona wtulając się we mnie zaczyna płakać. Zostaję parę minut za długo, ale jak się okazało nie tylko nam przedłużyło się pożegnanie. W sterylnej kabinie zaczynamy się przebierać w kombinezony przeznaczone na podróż. Widzę przez okienko jak do wnętrza rakiety chowają małą spiżarkę z jedzeniem dla astronautów i już czuję ten mdły smak, do którego musiałem się przyzwyczajać przez ostatnie dwa tygodnie, trzy posiłki dziennie. Stoję ubrany po szyję w śmiesznie wyglądający strój w kolorze fioletowym i zwalczam ostatnie smutki poprzez rozwiązywanie łamigłówek matematycznych. Udajemy się z załogą do windy i po wjechaniu na poziom wejścia. Spoglądamy wszyscy wypatrując swoich bliskich wśród oddalonego tłumu. Ostatnie spojrzenie w niebo z poziomu ziemi i już zasiadam przed konsolą bezpieczeństwa w drugim module statku. Konsola jest już włączona i wszystko wygląda wręcz idealnie – jak na symulatorze. Wszyscy już siedzą, a kapitan, tak jak obiecał, włącza nam nasz ulubiony utwór z pracowni, który towarzyszył nam od samego początku wspólnej pracy. W Momocie gdy muzyka ucichła, kapitan powiedział przez głośnik:
-Niech bóg ma nas w swojej opiece.
Silniki napędzane przez nowe paliwo pracowały niesamowicie cicho i od momentu zakończenia odliczania pierwszy i jedyny taki mały wstrząs poczułem gdy przebijaliśmy się przez atmosferę. Po paru minutach na ułamek sekundy zgasły wszystkie światła łącznie z awaryjnymi i jak myślę wszystkich serca zamarły na tą chwilę. Zaraz wszystko działało poprawnie. Badania stabilności nie wykraczały nawet poza najmniejsze odchylenia. Zrobiliśmy 3/4 obrotu na orbicie i pomyślałem, że za dwie godziny będę musiał się zdrzemnąć. Ale jednak ku mojemu zdziwieniu na drugim ekranie ukazał się komunikat SKAŻENIE i po wciśnięciu przycisku zaakceptowania informacji na ekranie ukazały się dwie wiadomości. Pierwszą było określenie miejsca skażenia – był to zbiornik paliwa, druga informacja była dla mnie zaskoczeniem – typ skażenia komputer określił jako „skażenie umysłu”. Po chwili stał przy mnie kapitan i mój najbliższy współpracownik - Jack. Ich miny wyglądały na bardziej zaskoczone, niż zaniepokojone. Nie zdążyłem wybrać możliwości rozwiązania problemu, a już pokazała się kolejna wiadomość – WYCIEK PALIWA. W jednej chwili cała przednia szyba pokryła się z zewnątrz zielonkawą warstwą żyjącą niczym roślina. Z głośnika było słychać krzyki pochodzące z laboratorium położonego najbliżej zbiornika z paliwem. Kapitan rozkazał odizolować tamtą część statku i po trzech sekundach komputer zamknął wszystkie drzwi prowadzące do wskazanych pomieszczeń. Krzyki z głośnika ustały, ale tym razem światła zgasły permanentnie i zaświeciło się jedynie dziesięć z możliwych dwustu lamp awaryjnych. Komputery przestały częściowo działać lub spowolniły swoją prędkość do prawie równiej zeru. Ja, kapitan, nawigator i Jack pozostaliśmy sami w sterowni. Wyszliśmy na korytarz i poczuliśmy smród palonego mięsa. W krótkim momencie drzwi z odizolowanego pomieszczenia zostały wypchnięte w naszą stronę. Jack na moich oczach roztrzaskał się między ścianą, a napierającymi na niego z ogromną siłą drzwiami, podczas gdy nawigator krzyczał w panice, kapitan po zbliżeniu się do otworze po drzwiach pokrył się purpurową warstwą pół-płynnej żywej tkanki czegoś co wypełzło naprzeciw niemu. Nie patrząc do końca jak trawi go ta „istota” szybko odwróciłem się i wołając nawigatora wszedłem do kabiny obok. Ten stał jak sparaliżowany więc ze względu na zbyt duże zagrożenie zamknąłem drzwi. Na moje szczęście znalazłem się w pomieszczeniu zawierającym przejście do jednej z kapsuł ratunkowych. Wsiadłem bez wahania i włączyłem panel startowy, który na szczęście sam zaprojektowałem. Po chwili silnik odpalił, a ja zwróciłem mój wzrok na małą zieloną plamkę pokrywającą zewnętrzną stronę kokpitu kapsuły. Modliłem się, aby to coś nie było tym co zabiło przed chwilą całość naszej załogi. Komputer przedstawił czas lotu i przewidziane miejsce lądowania. To będzie jakieś dwanaście kilometrów od bazy z której startowaliśmy. Wszystko szło po mojej myśli, aż do chwili gdy komputer automatycznie włączył osłonę wysuwaną na czas przelotu przez górne warstwy atmosfery. Widziałem jak płomienie tańczą wokół maszyny. Plamka na szybie wydawała się naciskać coraz mocniej i dopiero gdy przebiła dziurę do wnętrza poczułem jak w ciągu kilku sekund spalam się żywcem. Cała kapsuła stanęła w ogniu i gwałtownie przyśpieszała spadając w stronę ziemi.
Spadała rozżarzona, pozostawiała po sobie lśniący ślad.
Było popołudnie Sara stojąc na ganku zawołała do bawiącego się w ogrodzie syna:
-To spadająca gwiazda, zamknij oczy i pomyśl życzenie, to na pewno się spełni.
Mały Karol zatrzymał się i pomyślał:
Niech tata wróci jak najszybciej.
Tagi:
"Zabawy martwych ludzi"
Jedni lubią zapach ryby, inni mają gorącą krew, a jeszcze inna grupa ludzi zapętliła się w życiu. No cóż, ja należę do tej trzeciej grupy. Wszystko wygląda dość dobrze, prócz tego że obchodzimy dzisiaj wigilię bożego narodzenia. Jak co roku w dzień tego chrześcijańskiego święta, spotykam się z rodziną, wspólnie śpiewamy kolędy i obdarowujemy się prezentami. To naprawdę cudowny dzień w roku.. tylko ja przez ostatnie dwa lata powtarzam to dzień w dzień.
To było tak.. Rano wziąłem prysznic, po tym wspólne śniadanko z rodziną, na chwilę wyskoczyłem do pracy – bo to jedyne miejsce gdzie najpewniej mogłem schować prezenty dla żony i dzieci , po przyjeździe stroiliśmy wspólnie drzewko. Do tego momentu wszystko było dobrze. Po tym poczułem parę ukłuć w okolicy serca, ale po paru minutach minęły i zignorowałem je. Pod wieczór moja najukochańsza zabierała dzieci na podwórze, gdzie wypatrywali pierwszej gwiazdki, a ja w tym czasie miałem za zadanie podłożyć wszystkie prezenty pod choinkę. Następnie dzieciaki po zaśpiewaniu piosenek otrzymywały zapakowane w kolorowy papier, wymarzone zabawki. Wtedy znów zaczynałem czuć kłucie w sercu i opuszczałem ten świat umierając na zawał.
Nagle się budzę i wszystko wygląda tak samo, jakby czas się cofnął. Mimo tego, że wiem co mnie czeka, prawie co dzień równo o 19:32 umieram na zawał. Sam przez te masę dni próbowałem popełnić samobójstwo, okaleczałem się, podpalałem się, zabijałem w obłędzie własną rodzinę i wciąż wiedziałem, że i tak obudzę się następnego dnia rano i nikt prócz mnie nie będzie nic pamiętał. Namawiałem i wylatywałem z rodziną do najbliższych krajów, pierw wydawałem całe nasze oszczędności na prezenty i zachcianki rodziny, po stu pięćdziesięciu dniach znudziło mi się to wszystko i kolejne dni spędzałem w kasynach oraz domach publicznych, rabowałem świąteczne skarbonki, oraz włamywałem się do sklepów i banków..
..i zawsze, ale to zawsze najpóźniej o 19:32 umierałem na zawał.
Przez niecałe pięćdziesiąt ostatnich dni staram się pozbyć obłędu, który prawie całkowicie mnie pochłonął. Gdy pomyślę, że jutro znów mam spojrzeć w twarz własnej żony oraz patrzeć na uśmiechy naszych dzieci to robi mi się niedobrze. Gdy tylko widzę ją, to przypomina mi się te kilkanaście dni w których dzień w dzień zdradzałem lub okłamywałem, zabijałem lub kradłem..
No tak, ale to już czas.. spojrzałem na zegarek i wiem że już 19:30, jeszcze dwie minuty i będę martwy..
Umieram leżąc na plaży..
Budzę się, u siebie w domu..
..ale mamy dziś pierwszy dzień świąt.
Wyskakuję z łóżka i tak jakby pierwszy raz się to zdarzyło, budzę żonę pocałunkiem i mówię:
„Wesołych Świąt Kochanie”
To było tak.. Rano wziąłem prysznic, po tym wspólne śniadanko z rodziną, na chwilę wyskoczyłem do pracy – bo to jedyne miejsce gdzie najpewniej mogłem schować prezenty dla żony i dzieci , po przyjeździe stroiliśmy wspólnie drzewko. Do tego momentu wszystko było dobrze. Po tym poczułem parę ukłuć w okolicy serca, ale po paru minutach minęły i zignorowałem je. Pod wieczór moja najukochańsza zabierała dzieci na podwórze, gdzie wypatrywali pierwszej gwiazdki, a ja w tym czasie miałem za zadanie podłożyć wszystkie prezenty pod choinkę. Następnie dzieciaki po zaśpiewaniu piosenek otrzymywały zapakowane w kolorowy papier, wymarzone zabawki. Wtedy znów zaczynałem czuć kłucie w sercu i opuszczałem ten świat umierając na zawał.
Nagle się budzę i wszystko wygląda tak samo, jakby czas się cofnął. Mimo tego, że wiem co mnie czeka, prawie co dzień równo o 19:32 umieram na zawał. Sam przez te masę dni próbowałem popełnić samobójstwo, okaleczałem się, podpalałem się, zabijałem w obłędzie własną rodzinę i wciąż wiedziałem, że i tak obudzę się następnego dnia rano i nikt prócz mnie nie będzie nic pamiętał. Namawiałem i wylatywałem z rodziną do najbliższych krajów, pierw wydawałem całe nasze oszczędności na prezenty i zachcianki rodziny, po stu pięćdziesięciu dniach znudziło mi się to wszystko i kolejne dni spędzałem w kasynach oraz domach publicznych, rabowałem świąteczne skarbonki, oraz włamywałem się do sklepów i banków..
..i zawsze, ale to zawsze najpóźniej o 19:32 umierałem na zawał.
Przez niecałe pięćdziesiąt ostatnich dni staram się pozbyć obłędu, który prawie całkowicie mnie pochłonął. Gdy pomyślę, że jutro znów mam spojrzeć w twarz własnej żony oraz patrzeć na uśmiechy naszych dzieci to robi mi się niedobrze. Gdy tylko widzę ją, to przypomina mi się te kilkanaście dni w których dzień w dzień zdradzałem lub okłamywałem, zabijałem lub kradłem..
No tak, ale to już czas.. spojrzałem na zegarek i wiem że już 19:30, jeszcze dwie minuty i będę martwy..
Umieram leżąc na plaży..
Budzę się, u siebie w domu..
..ale mamy dziś pierwszy dzień świąt.
Wyskakuję z łóżka i tak jakby pierwszy raz się to zdarzyło, budzę żonę pocałunkiem i mówię:
„Wesołych Świąt Kochanie”
Tagi:
"Zabawy martwych ludzi"
Otworzył się właz, a ja pomyślałem – ah, to już dzisiaj. Bo dziś mój podopieczny otrzymał zezwolenie na wyjście. Po niecałych trzydziestu sześciu latach siedzenia w podziemnym bunkrze mały czujnik wystający kilkanaście centymetrów nad ziemią przekazał informacje, że skażenie i promieniowanie w swoich dawkach spadły do dopuszczalnego. Tak , to już tyle czasu, od błyskawicznej wojny. Została ona tak nazwana z powodu wyniszczenia siedemdziesięciu ośmiu procent ludzkości w ciągu zaledwie pięciu godzin. Generalnie przetrwały tylko jednostki, które nie miały żadnej styczności z wirusem wypuszczonym z orbity na rozkaz przywódcy grupy terrorystycznej zwanej jako „Unia czystości”. To było coś niesamowitego, jako że wojna toczyła się między zachodem, a wschodem i unia wtargnęła w bronią masowej zagłady jako trzecia i zwycięska strona. A wracając do mojego podopiecznego – Maksa – to właśnie jako pierwszy człowiek w tej erze pozna nowy zewnętrzny świat. Nie tylko ja tutaj jestem - nad włazem są i inni ciekawscy, którzy zlecieli się zobaczyć tego śmiałka. Ja osobiście wierzę w niego i wiem, że może dzięki niemu uda mi się odkupić. Chociaż z ostatnio słyszanych plotek podobno stwórca przyszykował na „pierwszego” jakąś próbę i przyznam, że jednak ciut się o to wszystko martwię.
Właz opadł z hukiem na fioletową trawę, a z tunelu wyłoniła się ubrana na żółto postać. Zauważyłem jego niepewność i dałem mu mały znak. Na całe szczęście zadarł głowę do góry dość szybko, bo zebrani już zaczynali narzekać na jego powolne ruchy. Ten mały ruch głowy napełnił wszystkich sporą dawką emocji. W tym momencie Maks ujrzał białe słońce, które promieniami przebijało ciemne niebiesko-brązowe obłoczki. To jego uśmiech zasiał w nas ziarna nadziei. Zleciałem powoli i przystanąłem przed nim. Z świadomością, że mnie nie widzi kroczyłem obok niego, a zaraz na nami leciała grupa gapiów. On po przejściu kilkudziesięciu metrów wyciągnął jakieś urządzenie i dla pewności badał skład atmosfery. Na słowa „nie ma” cała nasza gromadka ujrzała kolejny uśmiech i wszyscy wiedzieliśmy, że moje szanse są coraz większe. Przesłałem mu troszkę pewności siebie i już za chwilę patrzyliśmy jak z lekkim strachem odpina gumowe zaczepy płaszcza i zdejmuje kaptur oraz maskę ochronną. Pierwszy wdech tym powietrzem troszkę go osłabił. Pobladł na twarzy, ale jego organizm po paru kolejnych dawkach tlenu przystosował się do czystszego powietrza.
Jego wędrówka trwała prawie pół ziemskiej doby, ale dotarł do miasta które kiedyś było jego domem. Na pierwszym rozwidleniu ulic zobaczył zapuszczony i zarośnięty bluszczem sklep z słodyczami. Zauważyliśmy łzę spływającą mu po policzku. Teraz przypominam sobie, to było dziesięć lat po przydzieleniu mi jego duszy. Tam on, wtedy dziesięcioletni chłopiec ostatni raz przed wyniszczeniem zajadał się watą cukrową. To był ten dzień, w którym jego rodzice będący w mieszkaniu znajdującym się o przecznice dalej, pojechali do schronu drugim podstawionym autobusem. Mały Maks jechał pierwszym – jedynym który dość szybko dotarł na miejsce. Wtedy grupa dwudziestu osób dostała się do schronu, ale do dziś przeżyło tylko siedemnaścioro z nich.
Jego kolejnym celem było mieszkanie jego rodziców. Mijaliśmy po drodze wrak autobusu, którym kiedyś jechali jego rodzice, ale nawet po mojej zaczepce i jego spojrzeniu, on nie był świadomy, że to właśnie ten pojazd nie zdążył i to wtedy został osierocony. Jeszcze przed dotarciem do domu, jego uczucia wydusiły parę łez na widok placu zabaw dla dzieci. Dotarł wreszcie do blokowiska i znalazł to o czym marzył od czasu zamknięcia w bunkrze. Wygrzebał wyblakły breloczek z przypiętymi kluczami i otworzył drzwi, które dawno temu pomagał montować własnemu ojcu. Cały czas było to jednak mało dla ludzkiego umysłu, bo największą barierą do przejścia było przekroczenie progu własnego mieszkania. Razem z tą grupą gapiów obserwowaliśmy jak opierając się lub siedząc przez parę godzin płakał i coś w jego wnętrzu nie pozwalało mu przekroczyć tej bariery. Po wejściu jego oddech zwolnił, i przechodząc przez mieszkanie wszedł do swojego pokoju. Mimo grubej warstwy kurzu i małego życia, które zamieszkało wnętrza wszystkich domowisk wyglądało tutaj prawie identycznie gdy był tu ostatnio. Jako, że przez szyby nie było za dużo widać, otworzył okno prowadzące na mały balkonik. Zatęchłe powietrze zmieszało się z świeżym, a Maks oparł się o barierkę balkonu. W tym samy momencie pękła ona, jako że tylko z zewnątrz drewno wyglądało dobrze. Trzask przestraszył go i w panice spadałby już z dziesiątego piętra budynku, ale wyciągnąłem dłoń i w tej samej chwili zamieniliśmy się miejscami. Widziałem w ostatnich chwilach jak Maks z zdziwieniem cofa się w głąb pokoju, a ja sam czułem jak grawitacja zaczęła na mnie działać. Spadałem po raz drugi. Nie uderzyłem o ziemię, ale zniknąłem w błysku światła..
Bóg dał mi szansę.. Udało się!
A było to tak:
Na początku poprzedniej ery, ja w wieku czterdziestu lat ze względu na, jak się później dowiedziałem, fałszywą informację o śmierci żony i córki w wypadku samochodowym, osiwiałem oraz dostałem ciężkiej depresji w ciągu trzech godzin – tyle czasu po otrzymaniu tej informacji. Kolejnym krokiem, który okazał się dość drastyczną informacją dla jednak żyjącej rodziny, było moje samobójstwo. Skoczyłem z siódmego piętra bloku..
Nie przeżyłem.. i udało się otrzymać kolejne życie.
Stając przed obliczem boga usłyszałem zarzut nie do przebicia, ale jednak dano mi szansę w postaci opiekuna. Wtedy w chwili poczęcia chłopca otrzymałem pierwszy znak na rozpoczęcie mojej pokuty.
Minęło trochę czasu i udało mi się wkupić w łaski nieba.
Gapie stojący obok – to anioły które zawiodły..
..pozostały na wieczność w czyśćcu – na ziemi.
Właz opadł z hukiem na fioletową trawę, a z tunelu wyłoniła się ubrana na żółto postać. Zauważyłem jego niepewność i dałem mu mały znak. Na całe szczęście zadarł głowę do góry dość szybko, bo zebrani już zaczynali narzekać na jego powolne ruchy. Ten mały ruch głowy napełnił wszystkich sporą dawką emocji. W tym momencie Maks ujrzał białe słońce, które promieniami przebijało ciemne niebiesko-brązowe obłoczki. To jego uśmiech zasiał w nas ziarna nadziei. Zleciałem powoli i przystanąłem przed nim. Z świadomością, że mnie nie widzi kroczyłem obok niego, a zaraz na nami leciała grupa gapiów. On po przejściu kilkudziesięciu metrów wyciągnął jakieś urządzenie i dla pewności badał skład atmosfery. Na słowa „nie ma” cała nasza gromadka ujrzała kolejny uśmiech i wszyscy wiedzieliśmy, że moje szanse są coraz większe. Przesłałem mu troszkę pewności siebie i już za chwilę patrzyliśmy jak z lekkim strachem odpina gumowe zaczepy płaszcza i zdejmuje kaptur oraz maskę ochronną. Pierwszy wdech tym powietrzem troszkę go osłabił. Pobladł na twarzy, ale jego organizm po paru kolejnych dawkach tlenu przystosował się do czystszego powietrza.
Jego wędrówka trwała prawie pół ziemskiej doby, ale dotarł do miasta które kiedyś było jego domem. Na pierwszym rozwidleniu ulic zobaczył zapuszczony i zarośnięty bluszczem sklep z słodyczami. Zauważyliśmy łzę spływającą mu po policzku. Teraz przypominam sobie, to było dziesięć lat po przydzieleniu mi jego duszy. Tam on, wtedy dziesięcioletni chłopiec ostatni raz przed wyniszczeniem zajadał się watą cukrową. To był ten dzień, w którym jego rodzice będący w mieszkaniu znajdującym się o przecznice dalej, pojechali do schronu drugim podstawionym autobusem. Mały Maks jechał pierwszym – jedynym który dość szybko dotarł na miejsce. Wtedy grupa dwudziestu osób dostała się do schronu, ale do dziś przeżyło tylko siedemnaścioro z nich.
Jego kolejnym celem było mieszkanie jego rodziców. Mijaliśmy po drodze wrak autobusu, którym kiedyś jechali jego rodzice, ale nawet po mojej zaczepce i jego spojrzeniu, on nie był świadomy, że to właśnie ten pojazd nie zdążył i to wtedy został osierocony. Jeszcze przed dotarciem do domu, jego uczucia wydusiły parę łez na widok placu zabaw dla dzieci. Dotarł wreszcie do blokowiska i znalazł to o czym marzył od czasu zamknięcia w bunkrze. Wygrzebał wyblakły breloczek z przypiętymi kluczami i otworzył drzwi, które dawno temu pomagał montować własnemu ojcu. Cały czas było to jednak mało dla ludzkiego umysłu, bo największą barierą do przejścia było przekroczenie progu własnego mieszkania. Razem z tą grupą gapiów obserwowaliśmy jak opierając się lub siedząc przez parę godzin płakał i coś w jego wnętrzu nie pozwalało mu przekroczyć tej bariery. Po wejściu jego oddech zwolnił, i przechodząc przez mieszkanie wszedł do swojego pokoju. Mimo grubej warstwy kurzu i małego życia, które zamieszkało wnętrza wszystkich domowisk wyglądało tutaj prawie identycznie gdy był tu ostatnio. Jako, że przez szyby nie było za dużo widać, otworzył okno prowadzące na mały balkonik. Zatęchłe powietrze zmieszało się z świeżym, a Maks oparł się o barierkę balkonu. W tym samy momencie pękła ona, jako że tylko z zewnątrz drewno wyglądało dobrze. Trzask przestraszył go i w panice spadałby już z dziesiątego piętra budynku, ale wyciągnąłem dłoń i w tej samej chwili zamieniliśmy się miejscami. Widziałem w ostatnich chwilach jak Maks z zdziwieniem cofa się w głąb pokoju, a ja sam czułem jak grawitacja zaczęła na mnie działać. Spadałem po raz drugi. Nie uderzyłem o ziemię, ale zniknąłem w błysku światła..
Bóg dał mi szansę.. Udało się!
A było to tak:
Na początku poprzedniej ery, ja w wieku czterdziestu lat ze względu na, jak się później dowiedziałem, fałszywą informację o śmierci żony i córki w wypadku samochodowym, osiwiałem oraz dostałem ciężkiej depresji w ciągu trzech godzin – tyle czasu po otrzymaniu tej informacji. Kolejnym krokiem, który okazał się dość drastyczną informacją dla jednak żyjącej rodziny, było moje samobójstwo. Skoczyłem z siódmego piętra bloku..
Nie przeżyłem.. i udało się otrzymać kolejne życie.
Stając przed obliczem boga usłyszałem zarzut nie do przebicia, ale jednak dano mi szansę w postaci opiekuna. Wtedy w chwili poczęcia chłopca otrzymałem pierwszy znak na rozpoczęcie mojej pokuty.
Minęło trochę czasu i udało mi się wkupić w łaski nieba.
Gapie stojący obok – to anioły które zawiodły..
..pozostały na wieczność w czyśćcu – na ziemi.
Tagi:
"Zabawy martwych ludzi"
Mam dwadzieścia sześć lat i pół godziny temu przypadkowo uderzyłem się o drzwi w toalecie. W tamtej chwili nieświadomy wszystkiego zapomniałem części zdarzeń, faktów oraz rzeczy. Wiem tylko, że w tym momencie siedzę w poczekalni na lotnisku i wpatruję się w kobietę siedzącą naprzeciw mnie. Dokładnie oglądam jej bordowe włosy, szlachetnie wyniesiony nos, rubinowe kolczyki, smukłe usta oraz założone pod kolor sukni krągłe zielone korale. To moja Wenus. Jednak czemu tu siedzę? Mój samolot odleciał jakieś dziesięć minut temu, a ja po prostu o tym zapomniałem. Ona zauważa moje spojrzenia i po chwili zalewa swoje policzki rumieńcami. Teraz patrzymy sobie w oczy i zamieramy w bezdechu. Wszystko wokół staje się obojętne. Zwracam uwagę na wystający z jej torebki grzbiet atlasu świata. W moich marzeniach jest ona samotną podróżniczką. Kimś kto szuka swojego przeznaczenia. Ja nie pamiętam, że za trzy tygodnie mój ślub, więc w jednej chwili klękam przed tą kobietą i oświadczam się jej. Ona wygląda na zadowoloną i wcale nie okazuje zaskoczenia. Nie rozumiem dlaczego wtedy spłynęła mi łza po policzku. Nie znam swojego wcześniejszego życia. Ona nie odpowiada, ale kiwa twierdząco głową. Moja narzeczona jest w trzecim miesiącu ciąży, a dom który czekał na mnie odszedł właśnie w niepamięć. To co mam w głowie jest zupełnym chaosem. Po chwili ona wstaje i łapie mnie za rękę ciągnąc do kasy. Zaślepiony czymś – jakby brakiem trosk.. kupujemy bilety na jedną z tych egzotycznych wysp i po godzinie siedzę już w samolocie przy niej. Nie myślałem tak jak ja, tak więc zapomniałem zabrać moich bagaży. Ten samolot ulega awarii i jako pierwsi wyskakujemy przez wyjście ewakuacyjne. Maszyna jeszcze przez sześć minut wznosi się w powietrzu i eksploduje. My dryfując na pontonie docieramy do dzikiej wysepki, gdzie zamieszkaliśmy nad strumieniem i razem spędzamy resztę życia..
Po sześciu latach zapytałem jak ona ma na imię..
Minte
Po sześciu latach zapytałem jak ona ma na imię..
Minte
Tagi:
"Zabawy martwych ludzi"
Byłem wyspany jak nigdy w życiu. Śniło mi się, że moja fundacja uzbierała dwukrotnie więcej pieniędzy i będzie można zakupić aż sześć maszyn do transfuzji krwi. Na dodatek, nie spóźniłem się na autobus oraz nie zapomniałem śniadania do pracy. Ten dzień wydawał się być taki cudowny. Ale to nie wszystko, dodatkowo zaraz po pracy śpieszący się samochód o mały włos mnie nie potrącił lecz podczas gwałtownego hamowania na zakręcie minął mnie o centymetry i nie zauważył, że z bagażnika wypadła mu spora skórzana walizka. Jako, że, nikogo innego w pobliżu nie było, zabrałem ją i otwierając ją w domu znalazłem w wnętrzu ogromną sumę pieniędzy oraz list, w którym napisano, że każdy kto znajdzie się w posiadaniu jakiejkolwiek części spadku Santiniego, pozostanie przeklęty na wieki. Przeanalizowałem to na podstawie mojej wiary i uczciwości, w skutku czego przeznaczyłem dziewięćdziesiąt pięć procent tego znaleziska jako dotację na fundację. Jeszcze tego samego dnia wieczorem podpisaliśmy wszystkie dokumenty i złożyliśmy zamówienie na maszyny do transfuzji. Ja sam kolejnego dnia kupiłem sobie nową komodę oraz egzotyczny kwiat ogrodowy. Wszystko wyglądało pięknie – zamówione maszyny zaraz po dostawie do szpitala zaczęły pracę na wysokich obrotach, a ja cieszyłem się z nowych nabytków.
Dopiero jakieś trzy miesiące później stało się coś dziwnego. Wszystkie osoby po transfuzji z nowych maszyn zapadły w śpiączkę, przez co ja nie mogłem spać. Z początku myślałem, że to z zdenerwowania lecz po dwóch dniach bez snu poczułem jak mój organizm w zupełności odmawia współpracy. Po tygodniu wyglądałem jak chodzący trup i mimo to, że odpoczywałem nie śpiąc, a leżąc, to wciąż czułem jak potrzebuję normalnego zaśnięcia.
Przez kolejne dni moja praca wyglądała okropnie. Brałem ogromne dawki witamin, aby ciało nie dało odczuć po sobie, że jest jednak zmęczone. Po miesiącu przyzwyczaiłem się do bólów będących efektem ogólnego wyczerpania i osłabienia. Jednak nie to było najgorsze, bo prócz tych wiecznych boleści lekarz u którego robiłem cotygodniowy przegląd stwierdził, iż moje ciało zaczęło gnić od środka. Dokładnie to moja wątroba chciała zupełnie wykończyć moje niewyspane ciało. Codzienne naświetlania i regeneracje komórek trwały przez długie miesiące. Ja sam o mało nie wpadłem w obłęd, leżąc przez prawie siedem miesięcy bez snu przykuty wycięczeniem do łóżka. To były najgorsze dni mojego życia.
Trwało to niedługo, względem tego czasu w którym uciekałem od cywilizacji. Bo jeszcze parę dni temu uciekłem w nocy ze szpitala. Wyglądając jak chodzący trup wyślizgnąłem się schodami ewakuacyjnymi i opierając się o wszystko po drodze wyprowadziłem moje ciało poza miasto. Ta droga była cierpieniem, którego już nie czułem. Przez ból nie czułem prawie wcale mojego ciała. Tylko czasami lekkie pulsowanie i kłucie w wątrobie. Słońce wstające około szóstej rano powitało mnie – leżącego na polanie parę kilometrów za miastem. Zdawało by się, że to cud, i jak w ogóle dotarłem tak daleko. Ale nie miałem na to wytłumaczenia. Nie obchodziło mnie już nic, prócz nasilającego się bólu wątroby. Wtedy przestałem się czołgać i z trudem obróciłem się na plecy. Spojrzałem na siebie. Na skórze w miejscu gdzie znajduje się wątroba ujrzałem czarną i półpłynną plamę, która już żyła własnym życiem. Po paru minutach gdy doszło to do mojego umysłu, świadomie umarłem..
Dlatego będę czcił ten sen i dziękował bogu. Bo to on wyrwał mnie z czteroletniej śpiączki, a po przebudzeniu się zrozumiałem, że to cud. Zapadłem w tę czteroletnią wędrówkę mając raka wątroby.. obudziłem się bez raka, na pół godziny przed dokonaniem kontrolowanej śmierci mojej osoby. Otwierając oczy zobaczyłem trzech lekarzy – specjalistów, którzy ze względu na postęp mojego raka oraz śpiączkę dostali od mojej rodziny zgodę na zatrzymanie moich czynności życiowych. Ale ja wciąż żyję!
..tylko zastanawiam się czy to nie kolejny sen..
Dopiero jakieś trzy miesiące później stało się coś dziwnego. Wszystkie osoby po transfuzji z nowych maszyn zapadły w śpiączkę, przez co ja nie mogłem spać. Z początku myślałem, że to z zdenerwowania lecz po dwóch dniach bez snu poczułem jak mój organizm w zupełności odmawia współpracy. Po tygodniu wyglądałem jak chodzący trup i mimo to, że odpoczywałem nie śpiąc, a leżąc, to wciąż czułem jak potrzebuję normalnego zaśnięcia.
Przez kolejne dni moja praca wyglądała okropnie. Brałem ogromne dawki witamin, aby ciało nie dało odczuć po sobie, że jest jednak zmęczone. Po miesiącu przyzwyczaiłem się do bólów będących efektem ogólnego wyczerpania i osłabienia. Jednak nie to było najgorsze, bo prócz tych wiecznych boleści lekarz u którego robiłem cotygodniowy przegląd stwierdził, iż moje ciało zaczęło gnić od środka. Dokładnie to moja wątroba chciała zupełnie wykończyć moje niewyspane ciało. Codzienne naświetlania i regeneracje komórek trwały przez długie miesiące. Ja sam o mało nie wpadłem w obłęd, leżąc przez prawie siedem miesięcy bez snu przykuty wycięczeniem do łóżka. To były najgorsze dni mojego życia.
Trwało to niedługo, względem tego czasu w którym uciekałem od cywilizacji. Bo jeszcze parę dni temu uciekłem w nocy ze szpitala. Wyglądając jak chodzący trup wyślizgnąłem się schodami ewakuacyjnymi i opierając się o wszystko po drodze wyprowadziłem moje ciało poza miasto. Ta droga była cierpieniem, którego już nie czułem. Przez ból nie czułem prawie wcale mojego ciała. Tylko czasami lekkie pulsowanie i kłucie w wątrobie. Słońce wstające około szóstej rano powitało mnie – leżącego na polanie parę kilometrów za miastem. Zdawało by się, że to cud, i jak w ogóle dotarłem tak daleko. Ale nie miałem na to wytłumaczenia. Nie obchodziło mnie już nic, prócz nasilającego się bólu wątroby. Wtedy przestałem się czołgać i z trudem obróciłem się na plecy. Spojrzałem na siebie. Na skórze w miejscu gdzie znajduje się wątroba ujrzałem czarną i półpłynną plamę, która już żyła własnym życiem. Po paru minutach gdy doszło to do mojego umysłu, świadomie umarłem..
Dlatego będę czcił ten sen i dziękował bogu. Bo to on wyrwał mnie z czteroletniej śpiączki, a po przebudzeniu się zrozumiałem, że to cud. Zapadłem w tę czteroletnią wędrówkę mając raka wątroby.. obudziłem się bez raka, na pół godziny przed dokonaniem kontrolowanej śmierci mojej osoby. Otwierając oczy zobaczyłem trzech lekarzy – specjalistów, którzy ze względu na postęp mojego raka oraz śpiączkę dostali od mojej rodziny zgodę na zatrzymanie moich czynności życiowych. Ale ja wciąż żyję!
..tylko zastanawiam się czy to nie kolejny sen..
Tagi:
"Zabawy martwych ludzi"
Jak każdego siódmego dnia tygodnia, wróciłam z świątyni i przed przygotowywaniem obiadu dla mnie i mojego kota, konsumuje małe słodkości zakupione podczas drogi powrotnej w osiedlowym sklepie. Tym razem to mały marcepanowy batonik oblany czekoladą oraz butelka soku wiśniowego. Siedzę sobie w kuchni i odrywam kawałek batonika aby podzielić się nim z jedynym współlokatorem. Kot niechętnie obwąchał i szturchnął łapką leżący na podłodze smakołyk. Futrzak odchodząc z dumą od nietkniętego kawałka uniósł ogon i powędrował na przedpokój, a ja niechętnie nachylam się aby zrobić coś z nieprzyjętym podarunkiem. W momencie gdy już prawie miałam go wyrzucić zauważyłam błysk światła z przedpokoju. Wystraszony czymś kot wleciał do kuchni, a ja opuszczonym wzrokiem ruszyłam sprawdzić co ten mały szkodnik znów zbroił. Mimo to, że po paru już latach przyzwyczaiłam się do jego żartów, ale i tak muszę sprawdzić co tym razem na mnie czeka. Jak nigdy stanęłam w progu przedpokoju, a przede mną stała nieznana mi kobieta, ubrana w płócienną sukienkę i zdawało się, że wręcz na mnie czeka. Byłam pewna, że zamknęłam drzwi na dwa zamki, i że ten dzień będzie spokojny. Myliłam się. Niewiedzą co zrobić zapytałam „Jesteś złodziejem?” i poczułam ogarniający mnie strach. Ona przymrużyła oczy i odpowiedziała „Nie jestem złodziejem, jestem bogiem” – na co ja parsknęłam śmiechem, przytrzymując dłoń na własnych ustach. Po krótkiej wymianie zdań na temat mojego mieszkania, gdy byłam już zdenerwowana zbyt celnymi i prostymi odpowiedziami na moje pytania, nadal stałam rozkojarzona, a ona zadała mi pytanie, które wręcz mnie zaskoczyło. „Czy mi pomożesz?” ..a ja na to „O boże!” , ale kiwnęłam głową na tak..
Tak więc po kilkunastu minutach wymyślania zażądałam „Jako, że jesteś bogiem to spełnij moje marzenie”. Machnęła ręką mówiąc „I tak dobrze, że we mnie wierzysz” i po wypowiedzeniu ostatniej sylaby obie stałyśmy na plaży w tropikach. Jak to się potocznie mówi – szczęka mi opadła. Zaczęłam dotykać piasku i pluskać się w wodzie. To było tak wspaniałe, że zapomniałam o tym, że wciąż mam na sobie jeansy i koronkowy podkoszulek. Po paru minutach spojrzałam, a ona stała i patrząc się na moje szczęście, czekała aż jej pomogę. Westchnęłam i nagle stałam w mojej kuchni, nadal brudna od plażowego piasku oraz pachnąca słoną wodą. Spojrzała na moje tęskniące spojrzenie i powiedziała tak „To było by zbyt proste, abym dawała ludziom to czego by chcieli. Właśnie zrobiłam jedyny raz wyjątek, gdzie podczas całego, jak dotąd, czasu gdy ludzie władają ziemią, nie musiałam, a nawet nie chciałam tego robić. Sęk w tym, że po pięciu tysiącach lat życia ludzkości, gdzie dla ciebie mamy właśnie 2865 rok nowej ery, ja schodzę po przemyśleniach akurat do twojego domu i proszę cię o pomoc.” Zamurowało mnie i siadłam na krześle, ale nie zdążyłam nic powiedzieć bo ona znów zaczęła. „Ten świat jest wręcz dedykowany wam, ludziom. Tyle, że jeszcze pięćset lat temu wiara dawała mi siłę i sama wierzyłam w ludzi. Przez wasze technologie i ułatwienia macie wszystko co byście chcieli. Pozbyliście się głodu, chorób i biedy. Ale Ty wciąż masz zwierze domowe bez nadajnika, ostatni na świecie koc zrobiony przez człowieka i wiarę we mnie.. co prawda na dnie serca.. ale wciąż we mnie wierzysz”. Zasugerowałam od razu „Przecież byłam dziś w świątyni i było tam ze trzysta osób”, ale ona tłumaczyła dalej „Myślisz o ludziach chodzących tam dla siebie, dla innych ludzi lub z przymusu. I wiem, że to smutne, ale jesteś ostatnią osobą, która dziś była tam z mojego powodu. I teraz ja jestem tutaj, przy tobie i proszę cię o pomoc. Jak widzisz, mogę dać ludziom wszystko, ale nie mogę kazać im wierzyć na siłę i tu zaczyna się moja propozycja”.
Zaczęła mi opowiadać o osobach, które w przeszłości posyłała jako swoje dzieci, aby były mesjaszami dla ludzkości. O tym jak krzyżowano, zabijano, okłamywano oraz kuszono ich ciała oraz dusze. O tym, że ostatni, którego posłała zawiódł przez nadużycie narkotyków i o tym, że ja mam być następnym i oby nie ostatnim. Moje myśli krążyły szybko i po chwili zorientowałam się, że mam zostać zbawicielem świata i nawrócić ludzi do boga. Ona dotykając mnie za ramię powiedziała, że nie potrafi myśleć jak człowiek, bo jest bogiem, że pozostawia mi szczyptę boskiej mocy oraz sama wierzy, że mi się powiedzie. Zniknęła w błysku..
Bo zaraz po tym jak przestudiowałam w internecie wszystkie dostępne pisma nazwane świętymi lub po prostu opowiadające o naszej religii, siadłam z zamysłem zaplanowania jakiegoś logicznego i zarazem boskiego planu nawrócenia ludzkości. Nagle na stół wskoczył kot i powiedział „Może zacznij od prostych ludzi, na przykład kogoś kto kieruje maszynami w fabryce samochodów”. Moje zdumienie po chwili zamieniło się w odpowiedź na mój problem i nie myśląc o tym, że powiedział to kot skupiłam się na jakimś cudzie lub czymś co pomoże mi przenieść się do jakiejś fabryki. Zamknęłam oczy i pomyślałam. I gdy już je otworzyłam stałam w fabryce samochodów, a kilkanaście metrów ode mnie stał nieogolony facet – potencjalny kandydat na pierwszego nawróconego. Podeszłam parę metrów, a ten słysząc moje kroki odwrócił się i powiedział „Co pani tu robi?” , po czym krzyknął „Uważaj!” ale było już za późno. Automatycznie zaprogramowana maszyna poruszyła olbrzymim tłokiem miażdżąc moją czaszkę i pozostawiła na ścianie tylko krwawy ślad po moim umyśle. Poczułam, że jestem unoszącą się duszą. Stałam w tym samym miejscu. Tamten facet wymiotował, a stojący obok demon pod postacią mojego kota powiedział
„Tak umiera bóg”.
Tak więc po kilkunastu minutach wymyślania zażądałam „Jako, że jesteś bogiem to spełnij moje marzenie”. Machnęła ręką mówiąc „I tak dobrze, że we mnie wierzysz” i po wypowiedzeniu ostatniej sylaby obie stałyśmy na plaży w tropikach. Jak to się potocznie mówi – szczęka mi opadła. Zaczęłam dotykać piasku i pluskać się w wodzie. To było tak wspaniałe, że zapomniałam o tym, że wciąż mam na sobie jeansy i koronkowy podkoszulek. Po paru minutach spojrzałam, a ona stała i patrząc się na moje szczęście, czekała aż jej pomogę. Westchnęłam i nagle stałam w mojej kuchni, nadal brudna od plażowego piasku oraz pachnąca słoną wodą. Spojrzała na moje tęskniące spojrzenie i powiedziała tak „To było by zbyt proste, abym dawała ludziom to czego by chcieli. Właśnie zrobiłam jedyny raz wyjątek, gdzie podczas całego, jak dotąd, czasu gdy ludzie władają ziemią, nie musiałam, a nawet nie chciałam tego robić. Sęk w tym, że po pięciu tysiącach lat życia ludzkości, gdzie dla ciebie mamy właśnie 2865 rok nowej ery, ja schodzę po przemyśleniach akurat do twojego domu i proszę cię o pomoc.” Zamurowało mnie i siadłam na krześle, ale nie zdążyłam nic powiedzieć bo ona znów zaczęła. „Ten świat jest wręcz dedykowany wam, ludziom. Tyle, że jeszcze pięćset lat temu wiara dawała mi siłę i sama wierzyłam w ludzi. Przez wasze technologie i ułatwienia macie wszystko co byście chcieli. Pozbyliście się głodu, chorób i biedy. Ale Ty wciąż masz zwierze domowe bez nadajnika, ostatni na świecie koc zrobiony przez człowieka i wiarę we mnie.. co prawda na dnie serca.. ale wciąż we mnie wierzysz”. Zasugerowałam od razu „Przecież byłam dziś w świątyni i było tam ze trzysta osób”, ale ona tłumaczyła dalej „Myślisz o ludziach chodzących tam dla siebie, dla innych ludzi lub z przymusu. I wiem, że to smutne, ale jesteś ostatnią osobą, która dziś była tam z mojego powodu. I teraz ja jestem tutaj, przy tobie i proszę cię o pomoc. Jak widzisz, mogę dać ludziom wszystko, ale nie mogę kazać im wierzyć na siłę i tu zaczyna się moja propozycja”.
Zaczęła mi opowiadać o osobach, które w przeszłości posyłała jako swoje dzieci, aby były mesjaszami dla ludzkości. O tym jak krzyżowano, zabijano, okłamywano oraz kuszono ich ciała oraz dusze. O tym, że ostatni, którego posłała zawiódł przez nadużycie narkotyków i o tym, że ja mam być następnym i oby nie ostatnim. Moje myśli krążyły szybko i po chwili zorientowałam się, że mam zostać zbawicielem świata i nawrócić ludzi do boga. Ona dotykając mnie za ramię powiedziała, że nie potrafi myśleć jak człowiek, bo jest bogiem, że pozostawia mi szczyptę boskiej mocy oraz sama wierzy, że mi się powiedzie. Zniknęła w błysku..
Bo zaraz po tym jak przestudiowałam w internecie wszystkie dostępne pisma nazwane świętymi lub po prostu opowiadające o naszej religii, siadłam z zamysłem zaplanowania jakiegoś logicznego i zarazem boskiego planu nawrócenia ludzkości. Nagle na stół wskoczył kot i powiedział „Może zacznij od prostych ludzi, na przykład kogoś kto kieruje maszynami w fabryce samochodów”. Moje zdumienie po chwili zamieniło się w odpowiedź na mój problem i nie myśląc o tym, że powiedział to kot skupiłam się na jakimś cudzie lub czymś co pomoże mi przenieść się do jakiejś fabryki. Zamknęłam oczy i pomyślałam. I gdy już je otworzyłam stałam w fabryce samochodów, a kilkanaście metrów ode mnie stał nieogolony facet – potencjalny kandydat na pierwszego nawróconego. Podeszłam parę metrów, a ten słysząc moje kroki odwrócił się i powiedział „Co pani tu robi?” , po czym krzyknął „Uważaj!” ale było już za późno. Automatycznie zaprogramowana maszyna poruszyła olbrzymim tłokiem miażdżąc moją czaszkę i pozostawiła na ścianie tylko krwawy ślad po moim umyśle. Poczułam, że jestem unoszącą się duszą. Stałam w tym samym miejscu. Tamten facet wymiotował, a stojący obok demon pod postacią mojego kota powiedział
„Tak umiera bóg”.
Tagi:
"Zabawy martwych ludzi"
Zginęłam z ukochanym w wypadku z przypadku, ale jednocześnie osierociłam mojego syna. Wszystko było by dobrze gdyby tam przy bramie do raju nie było wiadomo całej prawdy o każdym z nas. Bo jak to w opowiadaniach bywa, po śmierci znaleźliśmy się w tunelu i szliśmy sobie w stronę światła.. ale tylko mój ukochany z łzą na policzku przeszedł przez bramę prowadzącą w zaświaty. Strażnik przez wejściem przypomniał mi, że dziecko które urodziłam zostało poczęte przez innego mężczyznę, niedługo po zawarciu przysięgi temu, z którym tu trafiłam – czyli tak zwanie „dałam dupy” – dwuznacznie. Strażnik podsumował mnie wtedy bardzo prosto – nadał mi status „potępiona”..
..ale chciała bym opowiedzieć wam moją historię. Opowiedzieć o moim życiu.. o moim życiu po śmierci. O tym jak stałam się kimś ważnym. O tym, że zaraz po nadaniu mi tego statusu, trafiłam do innego świata. O tym gdzie trafiają ludzie potępieni. Możecie to nazwać piekłem chociaż jak dla mnie dużo nie różni się od tego świata, w którym spędziłam życie w worku mięsa i kości – zwanym potocznie ciałem ludzkim. Po odesłaniu mnie do tego pośmiertnego życia znalazłam się w jakiejś krypcie w momencie odnalezienia jej przez poziemną cywilizację..
Ściana runęła, a w otworze ukazały się trzy mordki spoglądające z ciekawością na nowe odkrycie. Jeden z odkrywców popatrzał na sufit i z podnieceniem na twarzy wpadł do środka oglądając wszystkie ściany. Dwoje pozostałych nie wyglądało na zaskoczonych i spokojnie wkroczyło do wnętrza. Trafili wreszcie na wyrzeźbioną w skale twarz nieznanego stworzenia. To byłam ja i jak na razie zorientowałam się, że zostałam zaklęta w kamień, i że nie mogę się ruszyć. Czułam się okropnie bo mimo takiego stanu, jakimś cudem odczuwałam ich łapki obmacujące mój nos. I dopiero w chwili gdy chciano ułamać mi kawałek skalnego nosa i pomyślałam z złością „więc to jest moja kara” cała trójka odskoczyła przestraszona. Tak , słyszą mnie – jestem w stanie przemówić przez kamienne usta, ale gdy chciałam zacząć zasypywać ich gradem pytań, było już za późno. Uciekali w tunelu tak szybko i głośno, że zrezygnowałam z wołania.
Przez pewien czas nie myślałem wcale, ale stwierdziłam że bezterminowo jestem zamknięta w kawałku skały i pozostaje mi tylko myślenie i mówienie do siebie. Rozglądałam się dość długo i zrozumiałam moje położenie. To jakiś prastary grobowiec, ściany mają kolor brudnej cegły, a stworzone na nich malowidła przedstawiają jakieś bóstwo. Najbardziej drażniło mnie tutaj, że wciąż panuje półmrok i nie wiadomo, która godzina, ani czy mamy dzień czy noc. Po długim jak dla mnie czasie podczas gdy przypominałam sobie piosenki i nuciłam w głuchą komnatę zauważyłam zielonkawe światło w wykopanym tunelu. Po chwili słyszałam uderzanie w bębny i ujrzałam w wejściu grupkę stworków. Na przedzie stał najwyższy i trzymał klejnot, z którego wydobywały się promienie zielonego światła. Nagle zatrzymali się niosący ciało jakiegoś innego stworzenia, a bębnijże zamilkli i ustawili się przy ścianach od wejścia do połowy długości komnaty. Zapanowała cisza, a ja oglądałam przedstawienie. Położyli martwe ciało zaraz przed moją kamienną postacią i wbili w nie świecący kamień, który nie przebijając skóry po prostu wchłonął się do gnijącego mięsa. W tym momencie zabłysło całe ciało, a ja mogłabym przysiąc, że poczułam jak mrugam oczyma. Światło zaczęło pulsować i ogarniać całe moje pole widzenia. Poczułam, że coś jest nie tak, ale było już za późno..
To było jak sen, bo mogła bym przysiąc, że śniłam. Gdy poczułam, że otwieram oczy skalne powieki częściowo się skruszyły i przybrały złożoną, ale półpłynną formę. Siedział przede mną tylko ten stworek, który ostatnim razem przypominał kupę mięsa i tlił się zielonym światłem, a ja chcąc zapytać „co tu robi” poczułam jak otwieram skalne usta. On na to odpowiedział tak „Sprowadzono mnie bym cię zabił, ale szczerze mówiąc jedynym wyjściem jakie biorę pod uwagę jest zamiana”. Nie ogarniając umysłem tego zdania bez zastanawiania zgodziłam się i ostatnią literę wyrażenia „zgadzam się” powiedziałam już jako naga i brudna kobieta siedząca naprzeciw wyrzeźbionej postaci śmiejącej się tak bardzo, że kamienna twarz kruszyła się i jednocześnie jej półpłynne elementy twardniały tak szybko, że po ostatnim zaśmianiu zobaczyłam i usłyszałam jak kamienny nos odpada i rozbija się o podłoże. Po chwili milczenia i zrozumienia mojej nowej postaci, stojąc w grobowcu ledwo co wyższym ode mnie usłyszałam słowa od kamiennej twarzy „Teraz ty masz w sobie klejnot życia i władzę nad tym ludem, ale wiedz, że starczy ci on na krótko. Mi się nie udało z wiedźmą pustyni, ale ty masz świeże ciało i za bardzo nie masz wyjścia.. tak więc życzę powodzenia, bo w tej postaci nie mam siły utrzymać się za długo” i w tej chwili cała kamienna twarz obróciła się w gruz i z ogromnym hałasem runęła i rozprysła się po podłodze.
Co prawda, raczej nie w tamtym czasie i na pewno nie w miejscu, w którym żyłam, ale już byłam świadoma, że wróciłam duszą do nowego ciała. Dopiero wtedy poczułam chłód tego pomieszczenia. Teraz półmrok przyprawiał mnie o dreszcze, a do tego jeszcze świadomość, że te małe, owłosione i dziwaczne stworki pewnie wrócą zobaczyć co tu zaszło nie przestawała mnie stresować. Na moje nieszczęście gdy się odwróciłam jeden z nich obwąchiwał moją dłoń i to tym razem ja odskoczyłam panicznie. Był to przywódca tej gromadki, najwyższy – czyli sięgał mi do pasa. Zaczął mówić dziwnie i niezrozumiale, ale zaczęłam wyłapywać pojedyncze słowa i przyjęłam, że to co wymawia pomiędzy tymi słowami to nic innego jak nabieranie powietrza w celu wydobycia z siebie czegoś zrozumiałego. Powiedział mi, że teraz jestem tutaj władcą skoro pokonałam poprzedniego boga to na pewno zdołam sobie poradzić z olbrzymami. Po krótkiej wymianie słów nachylona szłam w tunelu prowadzącym do ich leży. Mogła bym nazwać to miasteczkiem wydrążonym w skałach, bo w moich oczach właśnie tak to wyglądało. Przeszliśmy obok części leży i dotarliśmy do olbrzymiej wnęki z górą na środku. Skalny sufit był pokryty małymi żółtymi kryształkami, które delikatnie pulsowały ciepłym światłem. Ale najbardziej zaciekawiła mnie kamienna drabinka która lekko wystawała z wąskiego przejścia umieszczonego centralnie nad szczytem wzniesienia. Było widać tam stałe czerwonawe światło padające na umieszczoną na szczycie stertę kości.
Wokół zebrały się wszystkie stworzonka, niektóre miały proste dłutka lub młoteczki, inne kawałki skał powiązane korzeniami służące za zabawki, a co poniektóre ubrania stworzone z płatów żywicznych. Ja stałam na środku wraz z przywódcą, który oświadczał wszystkim zgromadzonym, że jestem wybrańcem i otworzę wyjście na powierzchnię. Opowiadał coś o tym, że przysłał mnie sam bóg, i że jestem ostatnim wysłańcem, który przyniesie dobrobyt oraz wprowadzi równowagę, o tym jak olbrzym chwycił jego brata i cisnął w stronę gwiazdy podczas pierwszej próby wydostania się na powierzchnie. Wtedy ostatni raz go widział i tamtego dnia płakał bardzo długo. Jako, że nie miałam zamiaru i tak zostawać w tej norze jeszcze zanim skończył mówić jak w transie, ja stałam już na szczycie wzniesienia i spoglądałam w tunel, Zanim tam wlazłam obwinęłam się dużym płatem żywicznym, który był czyimiś drzwiami, związałam go na końcach sznurem z korzeni. Machnęłam im jeszcze ręką i część chyba wiedziała co to ma znaczyć bo zauważyłam kilkanaście łapek machających mi na pożegnanie. Czerwone światło lekko parzyło moją skórę, ale nie przeszkadzało mi to w wspinaniu się po drabinie prowadzącej wprost do włazu z czerwoną lampką działającą jak te świecące się kryształy. W tym momencie byłam bardziej zaszokowana niż kiedy zaklęto mnie w skałę. Pchnęłam ręką drewnianą klapę i znalazłam się w pomieszczeniu normalnej wysokości. Wyglądało to na spiżarnie. Pod ścianą stały worki pełne jakiś owoców, a pod sufitem suszyło się coś co wyglądało jak grzyby położone na podwieszanych siatkach. Powoli wydostałam się z okrągłej wnęki w podłodze i przez nieuwagę zahaczyłam nogą o klapę, która spadła łamiąc się w pół. A co najgorsze chyba ktoś to usłyszał, bo po chwili usłyszałam wysoki kobiecy głos „znów te szkodniki”. Nie zdążyłam przesunąć połamanych części, aby w panice zleźć do tej nory i otworzyły się drzwi. Stała w nich kobieta ubrana podobnie do mnie i trzymająca w ręku książkę. Nie zdążyłam nic powiedzieć bo gdy powiedziała jedno słowo ja upadłam jakbym zasnęła w bardzo krótkiej chwili.
Obudziłam się z bólem głowy. Leżałam na podłodze, a dokładniej na książkach. Jeden kryształ podwieszony na suficie dawał dość silne światło. Tamta kobieta stała nade mną i czytała. Gdy zaczęłam się podnosić ona spojrzała na mnie i poczułam jak unoszę się bezwładnie nad powierzchnią. Chciałam coś zrobić, ale zrozumiałam że nie mogę poruszyć rękoma, ani nogami. Rzuciła krótkie zdanie rozpoczynając dialog
-Jeśli jesteś kolejnym bogiem, to po prostu cię zabiję
Ja odpowiedziałam jej na to
-Jestem potępiona, daj mi szansę
Ona wzruszyła ramionami i powiedziała
-Zdam ci zagadkę; wyglądasz na człowieka, także będzie to ludzka zagadka. Jeśli odpowiesz prawidłowo zabiorę kryształ z twojego ciała i pozwolę ci istnieć, jednak jeśli nie zgadniesz zabiję cię i zamknę twoją duszę w jednym z moich kryształów abyś po wieczność oświetlała moją bibliotekę.
Skinęłam głową i wytężyłam słuch.
Ona uśmiechnęła się i zaczęła mówić
-Co to takiego, nie zamoczysz go wodą, nie spalisz ogniem, jeśli uderzysz to go nie zaboli, podepczesz to nie zwróci na ciebie uwagi, a i sam bóg nie jest w stanie go podnieść?
Podniosłam głowę i zaczęłam myśleć. Myślałam jak nigdy wcześniej, no bo jednak od tego zależy moja przyszłość, a nie chcę być lampką tej cwanej wiedźmy. Opuściłam głowę, pojrzałam na podłoże i odpowiedziałam: CIEŃ ..i w tej samej chwili poczułam ogromny ból w klatce piersiowej. Wydobył się z niej czysty kryształ i przeleciał wprost w dłoń kobiety. Tak jak mi obiecała, pozostałam przy życiu.. może nie przy życiu. Bo kryształ dawał mi życie. Ja istniałam już tylko jako martwa i wygnana z raju. Nagle usłyszałam wycie z bólu, a ona powiedziała tak „Pozwalam ci istnieć i właśnie zamieniłam twój lud w nieumarłych, abyś nie czuła się inna, zaraz cię odeślę do grobowca i już nigdy tu nie wrócisz”.
Ona otworzyła książkę i napisała
„Usychała łagodnie i z gracją,
jak przystało na królową umarłych”
Pokazała mi to i powiedziała
-to o tobie, czuj się dumna
Światło zabłysnęło i oślepiło mnie.
Nagle znalazłam się w grobowcu otoczona przez armię martwych, ale nadal chodzących karłów. I tak oto dostałam życie wieczne.. życie?
..ale chciała bym opowiedzieć wam moją historię. Opowiedzieć o moim życiu.. o moim życiu po śmierci. O tym jak stałam się kimś ważnym. O tym, że zaraz po nadaniu mi tego statusu, trafiłam do innego świata. O tym gdzie trafiają ludzie potępieni. Możecie to nazwać piekłem chociaż jak dla mnie dużo nie różni się od tego świata, w którym spędziłam życie w worku mięsa i kości – zwanym potocznie ciałem ludzkim. Po odesłaniu mnie do tego pośmiertnego życia znalazłam się w jakiejś krypcie w momencie odnalezienia jej przez poziemną cywilizację..
Ściana runęła, a w otworze ukazały się trzy mordki spoglądające z ciekawością na nowe odkrycie. Jeden z odkrywców popatrzał na sufit i z podnieceniem na twarzy wpadł do środka oglądając wszystkie ściany. Dwoje pozostałych nie wyglądało na zaskoczonych i spokojnie wkroczyło do wnętrza. Trafili wreszcie na wyrzeźbioną w skale twarz nieznanego stworzenia. To byłam ja i jak na razie zorientowałam się, że zostałam zaklęta w kamień, i że nie mogę się ruszyć. Czułam się okropnie bo mimo takiego stanu, jakimś cudem odczuwałam ich łapki obmacujące mój nos. I dopiero w chwili gdy chciano ułamać mi kawałek skalnego nosa i pomyślałam z złością „więc to jest moja kara” cała trójka odskoczyła przestraszona. Tak , słyszą mnie – jestem w stanie przemówić przez kamienne usta, ale gdy chciałam zacząć zasypywać ich gradem pytań, było już za późno. Uciekali w tunelu tak szybko i głośno, że zrezygnowałam z wołania.
Przez pewien czas nie myślałem wcale, ale stwierdziłam że bezterminowo jestem zamknięta w kawałku skały i pozostaje mi tylko myślenie i mówienie do siebie. Rozglądałam się dość długo i zrozumiałam moje położenie. To jakiś prastary grobowiec, ściany mają kolor brudnej cegły, a stworzone na nich malowidła przedstawiają jakieś bóstwo. Najbardziej drażniło mnie tutaj, że wciąż panuje półmrok i nie wiadomo, która godzina, ani czy mamy dzień czy noc. Po długim jak dla mnie czasie podczas gdy przypominałam sobie piosenki i nuciłam w głuchą komnatę zauważyłam zielonkawe światło w wykopanym tunelu. Po chwili słyszałam uderzanie w bębny i ujrzałam w wejściu grupkę stworków. Na przedzie stał najwyższy i trzymał klejnot, z którego wydobywały się promienie zielonego światła. Nagle zatrzymali się niosący ciało jakiegoś innego stworzenia, a bębnijże zamilkli i ustawili się przy ścianach od wejścia do połowy długości komnaty. Zapanowała cisza, a ja oglądałam przedstawienie. Położyli martwe ciało zaraz przed moją kamienną postacią i wbili w nie świecący kamień, który nie przebijając skóry po prostu wchłonął się do gnijącego mięsa. W tym momencie zabłysło całe ciało, a ja mogłabym przysiąc, że poczułam jak mrugam oczyma. Światło zaczęło pulsować i ogarniać całe moje pole widzenia. Poczułam, że coś jest nie tak, ale było już za późno..
To było jak sen, bo mogła bym przysiąc, że śniłam. Gdy poczułam, że otwieram oczy skalne powieki częściowo się skruszyły i przybrały złożoną, ale półpłynną formę. Siedział przede mną tylko ten stworek, który ostatnim razem przypominał kupę mięsa i tlił się zielonym światłem, a ja chcąc zapytać „co tu robi” poczułam jak otwieram skalne usta. On na to odpowiedział tak „Sprowadzono mnie bym cię zabił, ale szczerze mówiąc jedynym wyjściem jakie biorę pod uwagę jest zamiana”. Nie ogarniając umysłem tego zdania bez zastanawiania zgodziłam się i ostatnią literę wyrażenia „zgadzam się” powiedziałam już jako naga i brudna kobieta siedząca naprzeciw wyrzeźbionej postaci śmiejącej się tak bardzo, że kamienna twarz kruszyła się i jednocześnie jej półpłynne elementy twardniały tak szybko, że po ostatnim zaśmianiu zobaczyłam i usłyszałam jak kamienny nos odpada i rozbija się o podłoże. Po chwili milczenia i zrozumienia mojej nowej postaci, stojąc w grobowcu ledwo co wyższym ode mnie usłyszałam słowa od kamiennej twarzy „Teraz ty masz w sobie klejnot życia i władzę nad tym ludem, ale wiedz, że starczy ci on na krótko. Mi się nie udało z wiedźmą pustyni, ale ty masz świeże ciało i za bardzo nie masz wyjścia.. tak więc życzę powodzenia, bo w tej postaci nie mam siły utrzymać się za długo” i w tej chwili cała kamienna twarz obróciła się w gruz i z ogromnym hałasem runęła i rozprysła się po podłodze.
Co prawda, raczej nie w tamtym czasie i na pewno nie w miejscu, w którym żyłam, ale już byłam świadoma, że wróciłam duszą do nowego ciała. Dopiero wtedy poczułam chłód tego pomieszczenia. Teraz półmrok przyprawiał mnie o dreszcze, a do tego jeszcze świadomość, że te małe, owłosione i dziwaczne stworki pewnie wrócą zobaczyć co tu zaszło nie przestawała mnie stresować. Na moje nieszczęście gdy się odwróciłam jeden z nich obwąchiwał moją dłoń i to tym razem ja odskoczyłam panicznie. Był to przywódca tej gromadki, najwyższy – czyli sięgał mi do pasa. Zaczął mówić dziwnie i niezrozumiale, ale zaczęłam wyłapywać pojedyncze słowa i przyjęłam, że to co wymawia pomiędzy tymi słowami to nic innego jak nabieranie powietrza w celu wydobycia z siebie czegoś zrozumiałego. Powiedział mi, że teraz jestem tutaj władcą skoro pokonałam poprzedniego boga to na pewno zdołam sobie poradzić z olbrzymami. Po krótkiej wymianie słów nachylona szłam w tunelu prowadzącym do ich leży. Mogła bym nazwać to miasteczkiem wydrążonym w skałach, bo w moich oczach właśnie tak to wyglądało. Przeszliśmy obok części leży i dotarliśmy do olbrzymiej wnęki z górą na środku. Skalny sufit był pokryty małymi żółtymi kryształkami, które delikatnie pulsowały ciepłym światłem. Ale najbardziej zaciekawiła mnie kamienna drabinka która lekko wystawała z wąskiego przejścia umieszczonego centralnie nad szczytem wzniesienia. Było widać tam stałe czerwonawe światło padające na umieszczoną na szczycie stertę kości.
Wokół zebrały się wszystkie stworzonka, niektóre miały proste dłutka lub młoteczki, inne kawałki skał powiązane korzeniami służące za zabawki, a co poniektóre ubrania stworzone z płatów żywicznych. Ja stałam na środku wraz z przywódcą, który oświadczał wszystkim zgromadzonym, że jestem wybrańcem i otworzę wyjście na powierzchnię. Opowiadał coś o tym, że przysłał mnie sam bóg, i że jestem ostatnim wysłańcem, który przyniesie dobrobyt oraz wprowadzi równowagę, o tym jak olbrzym chwycił jego brata i cisnął w stronę gwiazdy podczas pierwszej próby wydostania się na powierzchnie. Wtedy ostatni raz go widział i tamtego dnia płakał bardzo długo. Jako, że nie miałam zamiaru i tak zostawać w tej norze jeszcze zanim skończył mówić jak w transie, ja stałam już na szczycie wzniesienia i spoglądałam w tunel, Zanim tam wlazłam obwinęłam się dużym płatem żywicznym, który był czyimiś drzwiami, związałam go na końcach sznurem z korzeni. Machnęłam im jeszcze ręką i część chyba wiedziała co to ma znaczyć bo zauważyłam kilkanaście łapek machających mi na pożegnanie. Czerwone światło lekko parzyło moją skórę, ale nie przeszkadzało mi to w wspinaniu się po drabinie prowadzącej wprost do włazu z czerwoną lampką działającą jak te świecące się kryształy. W tym momencie byłam bardziej zaszokowana niż kiedy zaklęto mnie w skałę. Pchnęłam ręką drewnianą klapę i znalazłam się w pomieszczeniu normalnej wysokości. Wyglądało to na spiżarnie. Pod ścianą stały worki pełne jakiś owoców, a pod sufitem suszyło się coś co wyglądało jak grzyby położone na podwieszanych siatkach. Powoli wydostałam się z okrągłej wnęki w podłodze i przez nieuwagę zahaczyłam nogą o klapę, która spadła łamiąc się w pół. A co najgorsze chyba ktoś to usłyszał, bo po chwili usłyszałam wysoki kobiecy głos „znów te szkodniki”. Nie zdążyłam przesunąć połamanych części, aby w panice zleźć do tej nory i otworzyły się drzwi. Stała w nich kobieta ubrana podobnie do mnie i trzymająca w ręku książkę. Nie zdążyłam nic powiedzieć bo gdy powiedziała jedno słowo ja upadłam jakbym zasnęła w bardzo krótkiej chwili.
Obudziłam się z bólem głowy. Leżałam na podłodze, a dokładniej na książkach. Jeden kryształ podwieszony na suficie dawał dość silne światło. Tamta kobieta stała nade mną i czytała. Gdy zaczęłam się podnosić ona spojrzała na mnie i poczułam jak unoszę się bezwładnie nad powierzchnią. Chciałam coś zrobić, ale zrozumiałam że nie mogę poruszyć rękoma, ani nogami. Rzuciła krótkie zdanie rozpoczynając dialog
-Jeśli jesteś kolejnym bogiem, to po prostu cię zabiję
Ja odpowiedziałam jej na to
-Jestem potępiona, daj mi szansę
Ona wzruszyła ramionami i powiedziała
-Zdam ci zagadkę; wyglądasz na człowieka, także będzie to ludzka zagadka. Jeśli odpowiesz prawidłowo zabiorę kryształ z twojego ciała i pozwolę ci istnieć, jednak jeśli nie zgadniesz zabiję cię i zamknę twoją duszę w jednym z moich kryształów abyś po wieczność oświetlała moją bibliotekę.
Skinęłam głową i wytężyłam słuch.
Ona uśmiechnęła się i zaczęła mówić
-Co to takiego, nie zamoczysz go wodą, nie spalisz ogniem, jeśli uderzysz to go nie zaboli, podepczesz to nie zwróci na ciebie uwagi, a i sam bóg nie jest w stanie go podnieść?
Podniosłam głowę i zaczęłam myśleć. Myślałam jak nigdy wcześniej, no bo jednak od tego zależy moja przyszłość, a nie chcę być lampką tej cwanej wiedźmy. Opuściłam głowę, pojrzałam na podłoże i odpowiedziałam: CIEŃ ..i w tej samej chwili poczułam ogromny ból w klatce piersiowej. Wydobył się z niej czysty kryształ i przeleciał wprost w dłoń kobiety. Tak jak mi obiecała, pozostałam przy życiu.. może nie przy życiu. Bo kryształ dawał mi życie. Ja istniałam już tylko jako martwa i wygnana z raju. Nagle usłyszałam wycie z bólu, a ona powiedziała tak „Pozwalam ci istnieć i właśnie zamieniłam twój lud w nieumarłych, abyś nie czuła się inna, zaraz cię odeślę do grobowca i już nigdy tu nie wrócisz”.
Ona otworzyła książkę i napisała
„Usychała łagodnie i z gracją,
jak przystało na królową umarłych”
Pokazała mi to i powiedziała
-to o tobie, czuj się dumna
Światło zabłysnęło i oślepiło mnie.
Nagle znalazłam się w grobowcu otoczona przez armię martwych, ale nadal chodzących karłów. I tak oto dostałam życie wieczne.. życie?
Tagi:
"Zabawy martwych ludzi"
Luiza już od młodych lat interesowała się parapsychologią i zjawiskami paranormalnymi. Człowiek którego poślubiła i z którym zamieszkała był kiedyś znachorem, jednak po niefortunnym wypadku w górach, wybudzony w szpitalu, zamiast magicznej świadomości okazał się odrodzić na nowo jako prawnik. Mimo tego że nadal spali w tym samym łóżku, Luiza nie potrafiła zbliżyć się do śpiącego po prawej stronie męża, a bała się pokochać tego nowego człowieka - biurokratę i snoba. Nie wierzyła, że to było jej pisane i wydawała olbrzymie sumy pieniędzy na sprzedajnych szamanów i wizjonerów aby dowiedzieć się gdzie jest tamten mąż, którego kocha. Mijały lata, a ona niezbyt szczęśliwa nie chcąc krzywdzić bliskiego jej człowieka podróżowała z nim po całym globie z nadzieją, że wróci tamten znachor do którego wciąż czuła bliskość.
Dopiero pewnego dnia gdy mąż nie wrócił na noc i zasypiała sama, nieświadomie usnęła na drugiej stronie posłania. Chwilę po przeniesieniu się w krainę snów ujrzała, że leży na tym samym łóżku lecz w miejscu gdzie w realnym świecie usnęła spoczywał jej maż, a ona wtulona czuła, że to człowiek, którego kochała i wreszcie odnalazła. Od tamtej pory sypiała tylko w czasie gdy jej mąż nie leżał na łóżku. Stało się to obsesją jej duszy i uzależnieniem dla ciała. Po zdarzeniu, gdy po raz pierwszy przebudziła się widząc, że mąż leży przy niej, zrodziła się w niej niechęć do tego człowieka. Przeszła wewnętrznie ogromne zmiany, jej psychika zatracała się dla snu, a ciało marniało z każdą bezsenną chwilą.
Po paru miesiącach odmawiania jakiejkolwiek pomocy lub ukrywania słabości jej życiowy partner wydawał się dla niej tylko niechcianym zwierzęciem towarzyszącym jej w bezsenne dni. Właśnie wtedy podczas nieobecności zapracowanego męża przy pomocy paru robotników z sklepu meblowego, wniesiono nowe łóżko, a stare przeniesiono na strych. Tego samego dnia Luiza udała się do apteki i nie płacąc wyniosła osiem opakowań tabletek usypiających oraz woreczek do kroplówki. Gdy wróciła mąż zatelefonował z wiadomością dłuższego pozostania w firmie, a jej umysł knuł już plan odejścia w świat snów.
Rozrobiła pół litra witamin podawanych dożylnie z ukradzionymi tabletkami i leżąc na poddaszu, na tamtym starym łóżku podłączyła mieszankę przez cienką rurkę kroplówki.
Przez pierwsze dziesięć minut nie czuła żadnej różnicy, ale po tym czasie odpłynęła w sen w ogromnym bólu głowy.
30minut
– wymioty przez sen
40minut
– chwilowe zatrzymanie akcji serca
55minut
– śpiączka
110minut
– zaczęłam śnić
290minut
– śmierć
2lata 3mieśiące 6dni 7godzin 13minut
– nowi właściciele domu odkrywają ciało martwej Luizy na poddaszu
Dopiero pewnego dnia gdy mąż nie wrócił na noc i zasypiała sama, nieświadomie usnęła na drugiej stronie posłania. Chwilę po przeniesieniu się w krainę snów ujrzała, że leży na tym samym łóżku lecz w miejscu gdzie w realnym świecie usnęła spoczywał jej maż, a ona wtulona czuła, że to człowiek, którego kochała i wreszcie odnalazła. Od tamtej pory sypiała tylko w czasie gdy jej mąż nie leżał na łóżku. Stało się to obsesją jej duszy i uzależnieniem dla ciała. Po zdarzeniu, gdy po raz pierwszy przebudziła się widząc, że mąż leży przy niej, zrodziła się w niej niechęć do tego człowieka. Przeszła wewnętrznie ogromne zmiany, jej psychika zatracała się dla snu, a ciało marniało z każdą bezsenną chwilą.
Po paru miesiącach odmawiania jakiejkolwiek pomocy lub ukrywania słabości jej życiowy partner wydawał się dla niej tylko niechcianym zwierzęciem towarzyszącym jej w bezsenne dni. Właśnie wtedy podczas nieobecności zapracowanego męża przy pomocy paru robotników z sklepu meblowego, wniesiono nowe łóżko, a stare przeniesiono na strych. Tego samego dnia Luiza udała się do apteki i nie płacąc wyniosła osiem opakowań tabletek usypiających oraz woreczek do kroplówki. Gdy wróciła mąż zatelefonował z wiadomością dłuższego pozostania w firmie, a jej umysł knuł już plan odejścia w świat snów.
Rozrobiła pół litra witamin podawanych dożylnie z ukradzionymi tabletkami i leżąc na poddaszu, na tamtym starym łóżku podłączyła mieszankę przez cienką rurkę kroplówki.
Przez pierwsze dziesięć minut nie czuła żadnej różnicy, ale po tym czasie odpłynęła w sen w ogromnym bólu głowy.
30minut
– wymioty przez sen
40minut
– chwilowe zatrzymanie akcji serca
55minut
– śpiączka
110minut
– zaczęłam śnić
290minut
– śmierć
2lata 3mieśiące 6dni 7godzin 13minut
– nowi właściciele domu odkrywają ciało martwej Luizy na poddaszu
..tak, wiem że chciałeś dobrze. Namówiłeś mnie wtedy na kupno kubka z napisem „Najukochańszej Mamie”. No cóż, stało się.. wy ludzie i tak nie pojmiecie tej różnicy.. a zresztą nie dziwię się, że ona się obraziła. Nie dość, że nie jest moją matką, to do tego nie może zajść w ciąże. A jak już ci opowiadałam, na naszej planecie to wygląda trochę inaczej.. każdy mężczyzna z naszej cywilizacji umiera podczas zapłodnienia kobiety. Ona natomiast po sześćdziesięciu dniach rodzi bliźniaki – dziewczynkę i chłopca – po czym po niecałych jedenastu godzinach umiera. U nas nie ma matek, ani ojców, babć, ani dziadków. My oddajemy życie, aby je tworzyć. Ja za to nie czuję się ani obywatelką ziemi – skąd pochodzi mój ojciec, ani rodowitą parilijanką, skąd pochodziła i gdzie zmarła moja matka – aby wydać mnie na świat jako jedynaka. Bycie takim odmieńcem – pierwszym w historii naszych planet jest bardzo dziwne.. a ta przybrana, bezpłodna „matka” , która jest ziemianką chociaż się stara, to chyba nie potrafi mnie przytulić jakbym była jej córką – cokolwiek to znaczy.
..tylko zastanawiam się, czy w przyszłości, sama będę mogła być matką dłużej niż te kilkanaście godzin.
..tylko zastanawiam się, czy w przyszłości, sama będę mogła być matką dłużej niż te kilkanaście godzin.
Młoda Anna, tak długo jak żyje nie pamięta by niedowład nóg bardzo jej przeszkadzał. Był czwarty dzień października, a jej matka pracowała właśnie ciężko, aby cała rodzina miała co jeść. Ojciec stał naprzeciw dziewczynki i prowadził indywidualny tryb nauczania dla córki. Lekcja ojczystego języka dla ośmioletniej Anny była ogromnym przeżyciem ponieważ co dzień poznawała kilkanaście nowych słów. Ze względu na niezbyt częste spotkania z nielicznym gronem takich przyjaciół „od serca”, rzadko kiedy wyrzucała z siebie smutek i żal. Wychowana w świadomości, że bóg wysłucha wszystkich jej smutków spowiadała się do niego dokładnie co tydzień.. lecz on jej nie słuchał. Zagnieżdżone w niej zło, gromadzone przez dziecięcy umysł rosło w siłę. Mimo wszczepionego w nią dobra, co jakiś czas miewała noce pełne strasznych snów.. jednak były one tak niezwykłe, jako że czuła, że uczestnicząc w nich czuje swoje nogi, potrafi chodzić, jakby za sprawą jakichś upiorów.
Jej życie toczyło się w zwykłym ciągu wydarzeń nawiedzanych co jakiś czas przez nocne demony. Dopiero w wieku dwudziestu-dwóch lat gdy tragiczna śmierć jej ojca szarpnęła jej życiem odczuła złość i siłę. Gniew skierowany był ku bogu, któremu nie mogła wybaczyć odebrania jednego z rodziców. Siła w niej potęgowała się narastającym gniewem. Wtedy to on ujrzał duszę potępioną, pełną żalu i smutku. Ze względu na jej zaufanie do boga z dziecięcych lat i wiele wiary w marzenia zesłał Annie pocieszyciela. Był to mężczyzna, w którym młoda kobieta zakochała się z wzajemnością i smutki ukryły się za powłoką miłości. Jednak posłaniec ten był tylko człowiekiem i co jakiś czas popełniał błędy – jako że nie ma istot nieomylnych i nawet sam bóg mógł się mylić.
Kolejne pięć lat dało parze ludzi szansę na lepsze życie i cudem Anna zrodziła im córkę, której dała na imię Marta. Bóg w swym zachwycie i zadowoleniu po pewnym czasie wniknął w swojego posłańca, aby na skórze człowieka odczuć zmienioną nienawiść Anny jako żyjącą aktualnie miłość. W jednym momencie uśpił duszę i umysł mężczyzny i przeniknął w jego ciało. Na jego nieszczęście nie wziął pod uwagę, że ukochany Anny właśnie prowadził samochód w którym młodzi rodzice z dzieckiem oraz matką Anny wybierali się na wakacje. Nieznajomość obsługi pojazdu sprawiła iż bóg jako kierowca spowodował wypadek, którego nikt z podróżnych nie przeżył. Mimo tego że umarł sam bóg, na pogrzeb nikt nie przyszedł.
Jej życie toczyło się w zwykłym ciągu wydarzeń nawiedzanych co jakiś czas przez nocne demony. Dopiero w wieku dwudziestu-dwóch lat gdy tragiczna śmierć jej ojca szarpnęła jej życiem odczuła złość i siłę. Gniew skierowany był ku bogu, któremu nie mogła wybaczyć odebrania jednego z rodziców. Siła w niej potęgowała się narastającym gniewem. Wtedy to on ujrzał duszę potępioną, pełną żalu i smutku. Ze względu na jej zaufanie do boga z dziecięcych lat i wiele wiary w marzenia zesłał Annie pocieszyciela. Był to mężczyzna, w którym młoda kobieta zakochała się z wzajemnością i smutki ukryły się za powłoką miłości. Jednak posłaniec ten był tylko człowiekiem i co jakiś czas popełniał błędy – jako że nie ma istot nieomylnych i nawet sam bóg mógł się mylić.
Kolejne pięć lat dało parze ludzi szansę na lepsze życie i cudem Anna zrodziła im córkę, której dała na imię Marta. Bóg w swym zachwycie i zadowoleniu po pewnym czasie wniknął w swojego posłańca, aby na skórze człowieka odczuć zmienioną nienawiść Anny jako żyjącą aktualnie miłość. W jednym momencie uśpił duszę i umysł mężczyzny i przeniknął w jego ciało. Na jego nieszczęście nie wziął pod uwagę, że ukochany Anny właśnie prowadził samochód w którym młodzi rodzice z dzieckiem oraz matką Anny wybierali się na wakacje. Nieznajomość obsługi pojazdu sprawiła iż bóg jako kierowca spowodował wypadek, którego nikt z podróżnych nie przeżył. Mimo tego że umarł sam bóg, na pogrzeb nikt nie przyszedł.
I. Odmienny stan przyjaźni
Nie zrozumiałem twoich słów, a zresztą jak można w tak bestialski sposób rujnować życie tej drugiej połowy.. pewnie do końca życia będę pamiętać gdy opowiadałaś, jak najpierw by zamknąć jego usta kładłaś palec na jego usta, później dorośliście i pocałunkiem uciszałaś jego głos.. po tych czterech latach w uniesieniach potrafiłaś zakończyć to uderzając go pięścią w twarz.. no a teraz! kupujesz jakieś zabawki zatykające usta, służące do zabaw sado-maso tylko po to by przestał mówić. Stoję przy tobie w tym sklepie, a ty jeszcze dobierasz kolor tego „uciszacza”. Na koniec pożyczasz pieniądze, ponieważ twój portfel posiadał tylko połowę potrzebnej gotówki, upierasz się by zakupić pozłacaną kulkę umieszczoną na skórzanym pasku, kosztującą prawie tyle co całe wyposażenie waszej kuchni, włączając w to meble i żyrandol.. podaję kasjerowi kartę kredytową i z pełną świadomością odbieram rachunek na wysokość całej mojej miesięcznej pensji. Na szczęście, a może i nie.. nie odczuwam tego przelewu kasy, jako że mam bardzo lekkie podejście do materialnych rzeczy. Odprowadzając cię do domu widzę jak wrzucasz obrączkę ze ślubu oraz dzisiejszy zakup do koszyka jakiegoś bezdomnego i czuję jakby diamentowa szpilka wbijała się bezpośrednio w moją czaszkę drażniąc przy tym jakiś uśpiony zwój mózgu odpowiadający za materialny świat. W takim momencie tracę jakiekolwiek zdanie na temat umysłu ludzkiego. Troszkę mnie to przerasta..
II. Magiczna smycz
Siedząc na fotelu u psychologa i słucham o tym jak opowiada o swojej żonie siedzącej całymi dniami w ogródku oraz żali się, że już prawie pół roku próbuje rozwiązać problemy powiązane z oschłością życia seksualnego w ich małżeństwie. Kolejny raz wydaje mi się, że trafiam do ludzi potrzebujących, ale przez to zamiast pomóc sobie pomagam im. Po dwugodzinnej rozmowie ten człowiek jeszcze potrafi mi powiedzieć, abym udał się do kasy i zapłacił za wizytę. Czekając w długiej kolejce oglądam transmisje wyświetlaną w telewizorze podwieszonym pod sufitem poczekalni. A tam trzy szympansy z jakimiś magicznymi smyczami na szyjach, mówiąc ludzkimi głosami szkalują jakąś gwiazdę filmów porno. Przy okienku młoda brunetka strzelając balonami z gumy do żucia prosi mnie o papierek z numerkiem rachunku i widząc, że wyciągam kartę płatniczą, uśmiechając się wskazuje palcem na przyklejoną kartkę z napisem oznajmiającym iż terminal kart jest dziś nieczynny. Wydziobałem ostatnie resztki pieniędzy, opróżniając portfel pozostawiłem go zupełnie pustym. Schodząc po schodach przychodni widzę jak trzy kobiety okradają leżącą na chodniku narkomankę „w swoim świecie”. Idąc dalej zastanawiałem się gdzie zgubiłem mój podręczny zestaw ołówków, który zawsze trzymałem w wewnętrznej kieszeni kurtki przeciwdeszczowej. Chciałem przejść te trzy godziny do domu w spokoju, ale ostatecznie w ramach zapobiegania przestępczości w godzinach wieczornych wróciłem do domu taksówką i szybko położyłem się spać.
III. Kobieta?
Ze względu na to, że wstaję bardzo wcześnie by nie spóźnić się do pracy, to i bardzo wczesną porą idę przez miasto. Dziś zadecydowałem, że wybiorę się przez park miejski. Kalendarzowa jesień zaczyna się dopiero za tydzień, ale ja już podziwiam barwny dywan, który okrywał wszystkie parkowe ścieżki. Ten dzień zapowiadał się najspokojniej z całego ubiegłego miesiąca.. słońce oddawało jeszcze ostatnie tchnienia lata, a w połączeniu z odbiciami światła powstałymi na rosie pokrywającej dywan liści podążałem miedziano-złotym szlakiem.. aż do teraz.. Zauważyłem wtedy postać leżącej wśród liści rudowłosej kobiety przepasanej kawałkami jakiś szmat. Pomyślał bym, że to skutek upadku moralnego, ale duży tatuaż na ramieniu przypominający krzyż opleciony wstęgą pisma runicznego dał mi do myślenia, tak więc postarałem się delikatnie obudzić nieznajomą. Nic nadzwyczajnego nie stało się do czasu gdy po obudzeniu się podparłem ręką jej plecy w miejscu prawej łopatki. Przestraszony nietypowym ruchem w tym miejscu na ciele odskoczyłem, a ona uśmiechnęła się tak przyjaźnie, że nie potrafiłem ogarnąć tych paru chwil. Byłem pewny, że to nie było złudzenie albo podobne uczucie spowodowane lekkim niewyspaniem. Ogarnęła mnie chwilowa euforia ciekawości. Nie wiedziałem co powiedzieć, więc przez kolejny moment spoglądałem jak powstająca na nogi kobieta wydziela lekkie białawe światło w miejscu gdzie starałem się ją podeprzeć. Powiedziała tylko: Musisz być dobrą istotą..
..zarumieniłem się na policzkach.
IV. Anielica?
Po przedzwonieniu do pracy z informacją o konieczności wzięcia sobie dnia urlopu postanowiłem zaspokoić moją ciekawość i zaprowadziłem kobietę do swojego mieszkania. Moje zaskoczenie na jakże odważne zachowanie nieznajomej sprawiło, że ja poczułem lekki strach. Podczas całej drogi oboje milczeliśmy i dopiero po przepuszczeniu jej przodem i przejściu przez próg drzwi wejściowych zapytałem czy ma ochotę na kubek gorącego kakao, ale odpowiedz świadcząca o nieznajomości tego typu napoju wyciągnęła z moich ust stwierdzenie „To na pewno cię rozgrzeje”. Po wstawieniu garnuszka z mlekiem osłupiałem widząc jak ona bada całe otoczenie. Wydawała się taka zagubiona, a jednocześnie pewna siebie w każdym ruchu. Nagle jej wzrok zatrzymał się na pamiątkowej fotografii z mojego rozpoczęcia pierwszej klasy. Po chwili odwróciła się w moją stronę i zapytała „Dlaczego nie ma cię na tym obrazku?”. Moje zaskoczenie skumulowało się i odpowiedziałem jej „Byłem wtedy chory.. Grypa” , na co ona powiedziała „Co to znaczy - być chorym?”, ale ja stałem jak sparaliżowany. Wróciłem do siebie po tym jak mleko zaczęło kipieć. Gdy podałem jej lekko ostudzone kakao, jeszcze przed popiciem zapytałem o te świetliste miejsca na jej plecach, a jej odpowiedź najbardziej przypominała opisem skrzydła, co rozbudziło moją ciekawość. Zadawałem sporo pytań, ale część odpowiedzi była dla mnie zupełnie niezrozumiała. Wiem już jedno – mimo, że ma ludzką postać ona nie jest człowiekiem. Z czasem nadszedł wieczór i poinformowałem ją, że może u mnie zostać na jakiś czas, ale teraz musze położyć się spać, jako że jutro już koniecznie muszę się pojawić w pracy. Po tym stwierdzeniu jej twarz wpierw wydawała się zaskoczona, aż nagle jakby coś sobie uświadomiła i z smutną miną powiedziała „Jeszcze przed tutejszym świtem moja siostra zacznie osądzać ludzkość i cokolwiek nazywasz pracą nie będzie miało wtedy żadnego znaczenia”. Zaraz po tym oznajmiła, że nie będzie spać, ale wyciągnąłem dla niej koc oraz długą bawełnianą koszulę, która świetnie nadała by się dla niej na koszulę nocną. Poczułem zmęczenie. Po obmyciu się położyłem się i zasnąłem jak zabity..
Obudził mnie ryk syreny alarmowej. Spojrzałem na zegar pokazujący kilkanaście minut po północy. Za chwilę w drzwiach stanęła ona.. chociaż pięknie wyglądała ubrana jedynie w tamtą długą koszulę, to nie dała mi długo się zastanawiać, stanowczo chwyciła mnie za rękę i wyprowadziła z domu, który parę sekund później implodował w ciemną kulę unoszącą się ponad powierzchnią ziemi. Nagle chmury przykryły całe niebo, a na ziemię zaczął spadać świetlisty i słony deszcz. I ostatnie co słyszałem zanim zemdlałem, to ona mówiła „Jestem trzecią córką Amiriel i ręczę za tą istotę swym duchem..” a wtedy moje oczy przykrył płaszcz cienia.
V. Piekło piętro wyżej..
Zbudziłem się leżąc na czymś sypkim, niczym plażowy piasek. Wstałem i rozejrzałem się wokoło, ale tu panował półmrok. W powietrzu unosił się zapach krwi co sprawiało, że wciąż odczuwałem niesmak jakbym chwilę wcześniej zwymiotował. Nagle wystraszony zwróciłem uwagę na amulet zwisający na mojej piersi. Zainteresowany nowym nabytkiem złapałem jasny kamień zdobiący wykończenie przedmiotu. W momencie zetknięcia z moją skórą rozbłysnął on białym światłem i oświetlił pobliską okolicę. Zapewne rosło tu kiedyś parę drzew, ale teraz przypominały zwęglone i poplamione ludzką krwią resztki tamtego życia. Ziemia miała szary kolor, a kałuże przypominały plamy ropy, które nawet na większej powierzchni nie odbijały niczego wokół. Wszystko wydawało się martwe.. prócz mnie. Spojrzałem na wbudowany w zegarek kompas, ale co najmniej trzy razy na sekundę wyznaczał północ w odległych od siebie kierunkach. Ze względu na zupełną nieznajomość miejsca w które się dostałem, wybrałem losowo kierunek będący nową drogą prowadzącą do nieokreślonego miejsca i wyruszyłem. Po dwóch godzinach tułaczki zauważyłem, że wcale nie jestem zmęczony czy głodny, a wędrując wśród tych przeklętych drzew mam wrażenie jakbym chodził wkoło. Trochę z niedowierzaniem zatrzymałem się, ponieważ spostrzegłem w oddali unoszący się nad ziemią niski słup czerwonego światła. Jako że od czasu znalezienia amuletu była to pierwsza okazja do zobaczenia czegoś innego niż to ponure otoczenie dość szybkim krokiem ruszyłem do dziwnego zjawiska. Zbliżając się dopiero zorientowałem się, że jest to jakiś runiczny krąg bijący w górę świecącym na czerwono gazem. Po środku klęczał mężczyzna z twarzą skrzywioną z bólu oraz rękoma zakrywającymi swoje uszy. I chociaż podszedłem bardzo blisko to wydawało mi się jakby wcale nie zwrócił na mnie uwagi. Bardzo ostrożnie sprawdziłem czy aby gaz wydostający się z powierzchni run nie jest gorący, jako że najbardziej przypominał mi parę wodną. Zbliżając delikatnie rękę nie skrzywdziłem się wcale, ale na dłoni pozostał osad wyglądający na skrzepniętą ludzką krew. Zdziwiony i przestraszony chciałem rozejrzeć się wokoło czy nie znalazło by się coś do rzucenia w krąg, aby odwrócić uwagę tamtego człowieka lecz zaraz po tym jak się odwróciłem zobaczyłem, że stoję twarzą w twarz z jakimś cienistym pomiotem demona przypominającym człowieka opływającego krwią i otoczonego przez zawirowania cienistych szarf. Stanąłem jak sparaliżowany, ale gdy ten rozłożył olbrzymie skrzydła złożone z czarnych i krwistych piór to nie wiedziałem sam czy umieram z przerażenia czy tylko mdleję..
Chyba upadłem..
VI. Pomiędzy niebem, a ziemią.
Obudziło mnie uderzenie w głowę. Nadal leżałem tam gdzie upadłem lecz nie było już tego upiora. Był za to leżący na mnie człowiek wyglądający prawię jak ja sam, wyjątkiem był brak oczu w oczodołach który wzbudził we mnie kolejną dawkę strachu, która w następstwie spowodowała, że szybko odepchnąłem go i stanąłem na równe nogi. Ten leżał i majaczył coś o tym abym pomógł mu wstać, ale po wcześniejszych zdarzeniach nie miałem zamiaru ryzykować tak szybko. Powiedział nagle „Jestem twoim wzrokiem i widzę tylko wtedy gdy ty zamykasz oczy, tak więc zamknij je lub pomóż mi wstać”. Chwilę się zastanawiałem i już pomyślałem o tym by na chwilę zamknąć oczy, ale jednak zdecydowałem, że jednak pomogę mu wstać. Podziękował mi i od razu zaczął mi tłumaczyć, że „anielica” której pomogłem wstawiła się za mnie podczas sądu ostatecznego i warunkiem mojego powrotu do życia na pozostałościach świata jest przejście pewnych prób. Zupełnie skołowany zacząłem zadawać pytania i wywnioskowałem, że wylądowałem w jakimś wymiarze w rodzaju miejsca odkupienia. Dalej słuchałem jak mój pomocnik, będący moim wzrokiem opowiadał, że jako jak na razie tylko my dwoje przeszliśmy próby i pozostaje jeszcze pomóc innemu człowiekowi, a dokładniej klęczącemu tutaj zmysłowi jego mowy. Tylko pomoc w tym przypadku przyniesie szansę na powtórną szansę życia na ziemi. Długo myślałem zanim wpadłem na pomysł, aby zdjąć dłonie zakrywające jego uszy. Po wytłumaczeniu mojemu „wzrokowi”, że będę co sekundę mrugać oczyma aby ten mógł coś widzieć podeszliśmy przez krwawy obłok i w momencie gdy oboje równocześnie odsłoniliśmy uszy tego męczennika z jego ust wydostał się ogłuszający krzyk i w parę sekund podczas nasilającego się bólu w głowie sam zakryłem swoje uszy i ogłuszony omdlałem w bólu.
VII. Kolejny sen?
Tym razem obudziłem się na ziemi, której jeszcze nie znałem. Miasto legło w ruinach, palące się niegasnącym ogniem drzewa oświetlały martwą okolicę. W zasięgu wzroku nie zauważyłem ani jednego żywego człowieka i tak naprawdę poczułem się podobnie jak w tamtym poprzednim mrocznym i martwym świecie, który dawał mi szansę aby powrócić do tego szalonego i także martwego świata. I dopiero gdy zobaczyłem, że z oddali dąży ku mnie anielica, której zawdzięczam życie uśmiechnąłem się chociaż na chwilę. Podążyłem naprzeciw kroczącemu ku mnie zbawicielowi. Z entuzjazmem spojrzałem na jej kamienną twarz i przez chwilę poczułem przerażenie, jakby to była kolejna próba. Na całe szczęście ona tylko podała mi amulet z tamtego świata i powiedziała „Zapomniałeś go zabrać, a przecież jeszcze ci się przyda”. Zaraz po tym zniknęła w oślepiającym błysku światła, a ja poczułem jak zimny wiatr schładza moje ciało. Zaczął padać deszcz, a ja wyruszyłem do miejsca które ostatnio nazywałem domem. Zastałem tam stertę gruzu zamiast domu i mimo to, że byłem prawie pewny, że właśnie tak będzie, to jednak wciąż miałem nadzieję na coś więcej. Chwilę później nie wierzyłem własnym oczom, ale spod ruin dochodził jakiś głos i zaraz po tym parę kroków dalej ruszyła się deska i opornie wysunęła się zakrwawiona ręka. Od razu ruszyłem z pomocą i zacząłem przerzucać cegły i deski aby wyciągnąć ocalałego człowieka. Wciąż nie widziałem twarzy ani nóg, ale zapierając się pociągnąłem za obie już wystające ręce jednocześnie wyciągając postać, aż ze zbyt dużą łatwością jak na taką sytuację. Zamiast ocalałego zobaczyłem wstającego w odrażającym śmiechu upiora, który przeraził mnie w ostatnim świecie do którego trafiłem. Tym razem nie omdlałem ze strachu, ale odwróciłem się i zacząłem uciekać. Po parunastu sekundach uciekania pomiędzy gruzami poczułem jakby zmrożone powietrze błyskawicznie otacza moje stopy unieruchamiając moją osobę, a z kłębu szarych płomieni wynurza się krwawa ręka zrywająca amulet z mojej szyi. Zimno szybko rozeszło się w górę i poczułem, że zamarzam. Nie wiem czy mogę nazwać to snem..
VIII. Poczucie winy.
Jeszcze przez parę godzin nie mogłem otworzyć oczu z powodu bólu, ale czułem jak otula mnie ciepłymi skrzydłami anielica opowiadając mi o „konflikcie serc”, o tym że teraz upiór teraz ma jej serce i nie pozostanie jej inna możliwość niż wymienić się z nim na jego prawdziwe serce, aby odzyskać własne. Wtedy zrozumiałem, że tamten amulet jest jej sercem i wtuliłem się mocniej po czym ona zamilkła. Gdy otworzyłem już oczy to zorientowałem się, że lecimy właśnie w gęstej mgle na grzebiecie olbrzymiego płonącego białym ogniem stworzenia, które przypominało mi białego bajkowego feniksa. Domyśliłem się, że nasza podróż dobiega końca gdy zobaczyłem ogromną szpiczastą górę zrobioną z szarych płomieni i otoczoną przez chmarę demonicznych chochlików. Latały one wciąż atakując i odgryzając sobie nawzajem kończyny, które zaraz po chwili odrastały na nowo by skrzywdzić lub znów zostać pożarte. Był to straszny widok gdy co chwila tryskała z nich czarna krew, ale tylko do czasu gdy zwróciły się w naszą stronę. Poczułem jak anielica łapie mnie mocno i w chwilę przed zderzeniem z demoniczną hordą lecącą w wprost na nas odskoczyła i omijając wszystkie bestie przeleciała susem wprost na szczyt szarej góry. W locie widziałem tylko jak biały feniks ginie spalając ze sobą większość pożerających go głodnych demonów. Zacząłem krzyczeć ze strachu gdy zorientowałem się, że na szycie góry widnieje pędzący z zawrotną prędkością wir czarnych chmur. Ona trzymając mnie mocno wleciała w sam środek tego piekielnego oka i po chwili gdy krzyknęła coś w nieznanym dla mnie języku poczułem jak ciepłe światło otacza moje ciało, a ona wypuszcza mnie z rąk. Spadam..
IX. Cena życia .. cena serca.
Cały czas czułem, że lecę w dół, a białe światło oślepia mnie, ale jednocześnie daje mi odczucie bezpieczeństwa. Jeszcze parę sekund i czuję jak lekko uderzam o coś twardego, a świetlana osłona znika z mojego ciała. To miejsce w którym teraz się znajduję wygląda najmniej przyjaźnie z wszystkich widzianych w moim życiu. Ziemia jest szara i jałowa, wokół leżą kości różnych stworzeń, a półmrok jaki tu panuje sprawia, że czuję się zupełnie zagubiony. Ledwo co wstałem, a już widzę jak na ciemnym i wysokim niebie powoli rozświetla się punkt. Z czasem przechodzi w świetlisty okrąg i niebo rozstępuje się w tamtym miejscu, a anielica spada z ogromną prędkością w kierunku martwej równiny. Nagle huk i grzmot towarzyszy uderzeniu o ziemię, a w powietrze wzbija się surowy szary piach i sterta połamanych kości jednocześnie tworząc krater o wielkiej powierzchni. Biegnę przez deszcz odłamków i kurzu w miejsce upadku. Gdy staję na krawędzi monstrualnego krateru nagle cały pył opada jak zaczarowany, a wokół zamiera cały hałas. Jedyne co teraz się porusza to moje serce oraz narastająca czarna jak smoła plama powstająca na niebie. Przebijając chmury z szponem skierowanym wprost na anielicę zlatuje upiór tak wielki, że sama ona nie większa jest od jego pięści. Czarny, wciąż opływający krwią, która zaraz po upadku na ziemię wsiąka bez śladu, jego skrzydła zasłaniają cały krater, a oczy płoną czerwonymi płomieniami. Już unosi złapaną anielicę w cienistym uścisku pięści.. aż tu z nieba zlatuje biały feniks i palącym światłem wlatuje wprost w skrzydła upiornej bestii. W okropnym krzyku i bólu wypuszcza kobietę z dłoni i obracając się wije się w białych płomieniach oplatających go i walczących z szarymi wstęgami płomieni jego skrzydeł. Już prawie przy niej stoję, a ona w ostatku sił podpierając się, w pół klęcząc przebija swoją pierś, gdzie ukryła serce upiora i wyjmuje je.. czarne jak smoła, demoniczne serce ..krzyczy „Upiorze, królu demonów.. życie za życie , serce za serce” promień światła kieruje się z wbitego w ciało demona amuletu wprost na ciało anielicy, a ja staję na jego drodze i tylko słyszę jej krzyk. Upadam martwy..
X. Łza..
Moje życie, za życie demona..
Moje serce za serce anioła..
To tutaj mnie znalazł. Wstałam i ze zdziwieniem zorientowałam się, że jego już nie było. Tatuaż znikł, a ja znów leżę wśród jesiennych liści. Tylko jego już nie będzie. Oddał mi swoje życie. Płaczę i obcieram łzy z policzków swoimi włosami...
Nie zrozumiałem twoich słów, a zresztą jak można w tak bestialski sposób rujnować życie tej drugiej połowy.. pewnie do końca życia będę pamiętać gdy opowiadałaś, jak najpierw by zamknąć jego usta kładłaś palec na jego usta, później dorośliście i pocałunkiem uciszałaś jego głos.. po tych czterech latach w uniesieniach potrafiłaś zakończyć to uderzając go pięścią w twarz.. no a teraz! kupujesz jakieś zabawki zatykające usta, służące do zabaw sado-maso tylko po to by przestał mówić. Stoję przy tobie w tym sklepie, a ty jeszcze dobierasz kolor tego „uciszacza”. Na koniec pożyczasz pieniądze, ponieważ twój portfel posiadał tylko połowę potrzebnej gotówki, upierasz się by zakupić pozłacaną kulkę umieszczoną na skórzanym pasku, kosztującą prawie tyle co całe wyposażenie waszej kuchni, włączając w to meble i żyrandol.. podaję kasjerowi kartę kredytową i z pełną świadomością odbieram rachunek na wysokość całej mojej miesięcznej pensji. Na szczęście, a może i nie.. nie odczuwam tego przelewu kasy, jako że mam bardzo lekkie podejście do materialnych rzeczy. Odprowadzając cię do domu widzę jak wrzucasz obrączkę ze ślubu oraz dzisiejszy zakup do koszyka jakiegoś bezdomnego i czuję jakby diamentowa szpilka wbijała się bezpośrednio w moją czaszkę drażniąc przy tym jakiś uśpiony zwój mózgu odpowiadający za materialny świat. W takim momencie tracę jakiekolwiek zdanie na temat umysłu ludzkiego. Troszkę mnie to przerasta..
II. Magiczna smycz
Siedząc na fotelu u psychologa i słucham o tym jak opowiada o swojej żonie siedzącej całymi dniami w ogródku oraz żali się, że już prawie pół roku próbuje rozwiązać problemy powiązane z oschłością życia seksualnego w ich małżeństwie. Kolejny raz wydaje mi się, że trafiam do ludzi potrzebujących, ale przez to zamiast pomóc sobie pomagam im. Po dwugodzinnej rozmowie ten człowiek jeszcze potrafi mi powiedzieć, abym udał się do kasy i zapłacił za wizytę. Czekając w długiej kolejce oglądam transmisje wyświetlaną w telewizorze podwieszonym pod sufitem poczekalni. A tam trzy szympansy z jakimiś magicznymi smyczami na szyjach, mówiąc ludzkimi głosami szkalują jakąś gwiazdę filmów porno. Przy okienku młoda brunetka strzelając balonami z gumy do żucia prosi mnie o papierek z numerkiem rachunku i widząc, że wyciągam kartę płatniczą, uśmiechając się wskazuje palcem na przyklejoną kartkę z napisem oznajmiającym iż terminal kart jest dziś nieczynny. Wydziobałem ostatnie resztki pieniędzy, opróżniając portfel pozostawiłem go zupełnie pustym. Schodząc po schodach przychodni widzę jak trzy kobiety okradają leżącą na chodniku narkomankę „w swoim świecie”. Idąc dalej zastanawiałem się gdzie zgubiłem mój podręczny zestaw ołówków, który zawsze trzymałem w wewnętrznej kieszeni kurtki przeciwdeszczowej. Chciałem przejść te trzy godziny do domu w spokoju, ale ostatecznie w ramach zapobiegania przestępczości w godzinach wieczornych wróciłem do domu taksówką i szybko położyłem się spać.
III. Kobieta?
Ze względu na to, że wstaję bardzo wcześnie by nie spóźnić się do pracy, to i bardzo wczesną porą idę przez miasto. Dziś zadecydowałem, że wybiorę się przez park miejski. Kalendarzowa jesień zaczyna się dopiero za tydzień, ale ja już podziwiam barwny dywan, który okrywał wszystkie parkowe ścieżki. Ten dzień zapowiadał się najspokojniej z całego ubiegłego miesiąca.. słońce oddawało jeszcze ostatnie tchnienia lata, a w połączeniu z odbiciami światła powstałymi na rosie pokrywającej dywan liści podążałem miedziano-złotym szlakiem.. aż do teraz.. Zauważyłem wtedy postać leżącej wśród liści rudowłosej kobiety przepasanej kawałkami jakiś szmat. Pomyślał bym, że to skutek upadku moralnego, ale duży tatuaż na ramieniu przypominający krzyż opleciony wstęgą pisma runicznego dał mi do myślenia, tak więc postarałem się delikatnie obudzić nieznajomą. Nic nadzwyczajnego nie stało się do czasu gdy po obudzeniu się podparłem ręką jej plecy w miejscu prawej łopatki. Przestraszony nietypowym ruchem w tym miejscu na ciele odskoczyłem, a ona uśmiechnęła się tak przyjaźnie, że nie potrafiłem ogarnąć tych paru chwil. Byłem pewny, że to nie było złudzenie albo podobne uczucie spowodowane lekkim niewyspaniem. Ogarnęła mnie chwilowa euforia ciekawości. Nie wiedziałem co powiedzieć, więc przez kolejny moment spoglądałem jak powstająca na nogi kobieta wydziela lekkie białawe światło w miejscu gdzie starałem się ją podeprzeć. Powiedziała tylko: Musisz być dobrą istotą..
..zarumieniłem się na policzkach.
IV. Anielica?
Po przedzwonieniu do pracy z informacją o konieczności wzięcia sobie dnia urlopu postanowiłem zaspokoić moją ciekawość i zaprowadziłem kobietę do swojego mieszkania. Moje zaskoczenie na jakże odważne zachowanie nieznajomej sprawiło, że ja poczułem lekki strach. Podczas całej drogi oboje milczeliśmy i dopiero po przepuszczeniu jej przodem i przejściu przez próg drzwi wejściowych zapytałem czy ma ochotę na kubek gorącego kakao, ale odpowiedz świadcząca o nieznajomości tego typu napoju wyciągnęła z moich ust stwierdzenie „To na pewno cię rozgrzeje”. Po wstawieniu garnuszka z mlekiem osłupiałem widząc jak ona bada całe otoczenie. Wydawała się taka zagubiona, a jednocześnie pewna siebie w każdym ruchu. Nagle jej wzrok zatrzymał się na pamiątkowej fotografii z mojego rozpoczęcia pierwszej klasy. Po chwili odwróciła się w moją stronę i zapytała „Dlaczego nie ma cię na tym obrazku?”. Moje zaskoczenie skumulowało się i odpowiedziałem jej „Byłem wtedy chory.. Grypa” , na co ona powiedziała „Co to znaczy - być chorym?”, ale ja stałem jak sparaliżowany. Wróciłem do siebie po tym jak mleko zaczęło kipieć. Gdy podałem jej lekko ostudzone kakao, jeszcze przed popiciem zapytałem o te świetliste miejsca na jej plecach, a jej odpowiedź najbardziej przypominała opisem skrzydła, co rozbudziło moją ciekawość. Zadawałem sporo pytań, ale część odpowiedzi była dla mnie zupełnie niezrozumiała. Wiem już jedno – mimo, że ma ludzką postać ona nie jest człowiekiem. Z czasem nadszedł wieczór i poinformowałem ją, że może u mnie zostać na jakiś czas, ale teraz musze położyć się spać, jako że jutro już koniecznie muszę się pojawić w pracy. Po tym stwierdzeniu jej twarz wpierw wydawała się zaskoczona, aż nagle jakby coś sobie uświadomiła i z smutną miną powiedziała „Jeszcze przed tutejszym świtem moja siostra zacznie osądzać ludzkość i cokolwiek nazywasz pracą nie będzie miało wtedy żadnego znaczenia”. Zaraz po tym oznajmiła, że nie będzie spać, ale wyciągnąłem dla niej koc oraz długą bawełnianą koszulę, która świetnie nadała by się dla niej na koszulę nocną. Poczułem zmęczenie. Po obmyciu się położyłem się i zasnąłem jak zabity..
Obudził mnie ryk syreny alarmowej. Spojrzałem na zegar pokazujący kilkanaście minut po północy. Za chwilę w drzwiach stanęła ona.. chociaż pięknie wyglądała ubrana jedynie w tamtą długą koszulę, to nie dała mi długo się zastanawiać, stanowczo chwyciła mnie za rękę i wyprowadziła z domu, który parę sekund później implodował w ciemną kulę unoszącą się ponad powierzchnią ziemi. Nagle chmury przykryły całe niebo, a na ziemię zaczął spadać świetlisty i słony deszcz. I ostatnie co słyszałem zanim zemdlałem, to ona mówiła „Jestem trzecią córką Amiriel i ręczę za tą istotę swym duchem..” a wtedy moje oczy przykrył płaszcz cienia.
V. Piekło piętro wyżej..
Zbudziłem się leżąc na czymś sypkim, niczym plażowy piasek. Wstałem i rozejrzałem się wokoło, ale tu panował półmrok. W powietrzu unosił się zapach krwi co sprawiało, że wciąż odczuwałem niesmak jakbym chwilę wcześniej zwymiotował. Nagle wystraszony zwróciłem uwagę na amulet zwisający na mojej piersi. Zainteresowany nowym nabytkiem złapałem jasny kamień zdobiący wykończenie przedmiotu. W momencie zetknięcia z moją skórą rozbłysnął on białym światłem i oświetlił pobliską okolicę. Zapewne rosło tu kiedyś parę drzew, ale teraz przypominały zwęglone i poplamione ludzką krwią resztki tamtego życia. Ziemia miała szary kolor, a kałuże przypominały plamy ropy, które nawet na większej powierzchni nie odbijały niczego wokół. Wszystko wydawało się martwe.. prócz mnie. Spojrzałem na wbudowany w zegarek kompas, ale co najmniej trzy razy na sekundę wyznaczał północ w odległych od siebie kierunkach. Ze względu na zupełną nieznajomość miejsca w które się dostałem, wybrałem losowo kierunek będący nową drogą prowadzącą do nieokreślonego miejsca i wyruszyłem. Po dwóch godzinach tułaczki zauważyłem, że wcale nie jestem zmęczony czy głodny, a wędrując wśród tych przeklętych drzew mam wrażenie jakbym chodził wkoło. Trochę z niedowierzaniem zatrzymałem się, ponieważ spostrzegłem w oddali unoszący się nad ziemią niski słup czerwonego światła. Jako że od czasu znalezienia amuletu była to pierwsza okazja do zobaczenia czegoś innego niż to ponure otoczenie dość szybkim krokiem ruszyłem do dziwnego zjawiska. Zbliżając się dopiero zorientowałem się, że jest to jakiś runiczny krąg bijący w górę świecącym na czerwono gazem. Po środku klęczał mężczyzna z twarzą skrzywioną z bólu oraz rękoma zakrywającymi swoje uszy. I chociaż podszedłem bardzo blisko to wydawało mi się jakby wcale nie zwrócił na mnie uwagi. Bardzo ostrożnie sprawdziłem czy aby gaz wydostający się z powierzchni run nie jest gorący, jako że najbardziej przypominał mi parę wodną. Zbliżając delikatnie rękę nie skrzywdziłem się wcale, ale na dłoni pozostał osad wyglądający na skrzepniętą ludzką krew. Zdziwiony i przestraszony chciałem rozejrzeć się wokoło czy nie znalazło by się coś do rzucenia w krąg, aby odwrócić uwagę tamtego człowieka lecz zaraz po tym jak się odwróciłem zobaczyłem, że stoję twarzą w twarz z jakimś cienistym pomiotem demona przypominającym człowieka opływającego krwią i otoczonego przez zawirowania cienistych szarf. Stanąłem jak sparaliżowany, ale gdy ten rozłożył olbrzymie skrzydła złożone z czarnych i krwistych piór to nie wiedziałem sam czy umieram z przerażenia czy tylko mdleję..
Chyba upadłem..
VI. Pomiędzy niebem, a ziemią.
Obudziło mnie uderzenie w głowę. Nadal leżałem tam gdzie upadłem lecz nie było już tego upiora. Był za to leżący na mnie człowiek wyglądający prawię jak ja sam, wyjątkiem był brak oczu w oczodołach który wzbudził we mnie kolejną dawkę strachu, która w następstwie spowodowała, że szybko odepchnąłem go i stanąłem na równe nogi. Ten leżał i majaczył coś o tym abym pomógł mu wstać, ale po wcześniejszych zdarzeniach nie miałem zamiaru ryzykować tak szybko. Powiedział nagle „Jestem twoim wzrokiem i widzę tylko wtedy gdy ty zamykasz oczy, tak więc zamknij je lub pomóż mi wstać”. Chwilę się zastanawiałem i już pomyślałem o tym by na chwilę zamknąć oczy, ale jednak zdecydowałem, że jednak pomogę mu wstać. Podziękował mi i od razu zaczął mi tłumaczyć, że „anielica” której pomogłem wstawiła się za mnie podczas sądu ostatecznego i warunkiem mojego powrotu do życia na pozostałościach świata jest przejście pewnych prób. Zupełnie skołowany zacząłem zadawać pytania i wywnioskowałem, że wylądowałem w jakimś wymiarze w rodzaju miejsca odkupienia. Dalej słuchałem jak mój pomocnik, będący moim wzrokiem opowiadał, że jako jak na razie tylko my dwoje przeszliśmy próby i pozostaje jeszcze pomóc innemu człowiekowi, a dokładniej klęczącemu tutaj zmysłowi jego mowy. Tylko pomoc w tym przypadku przyniesie szansę na powtórną szansę życia na ziemi. Długo myślałem zanim wpadłem na pomysł, aby zdjąć dłonie zakrywające jego uszy. Po wytłumaczeniu mojemu „wzrokowi”, że będę co sekundę mrugać oczyma aby ten mógł coś widzieć podeszliśmy przez krwawy obłok i w momencie gdy oboje równocześnie odsłoniliśmy uszy tego męczennika z jego ust wydostał się ogłuszający krzyk i w parę sekund podczas nasilającego się bólu w głowie sam zakryłem swoje uszy i ogłuszony omdlałem w bólu.
VII. Kolejny sen?
Tym razem obudziłem się na ziemi, której jeszcze nie znałem. Miasto legło w ruinach, palące się niegasnącym ogniem drzewa oświetlały martwą okolicę. W zasięgu wzroku nie zauważyłem ani jednego żywego człowieka i tak naprawdę poczułem się podobnie jak w tamtym poprzednim mrocznym i martwym świecie, który dawał mi szansę aby powrócić do tego szalonego i także martwego świata. I dopiero gdy zobaczyłem, że z oddali dąży ku mnie anielica, której zawdzięczam życie uśmiechnąłem się chociaż na chwilę. Podążyłem naprzeciw kroczącemu ku mnie zbawicielowi. Z entuzjazmem spojrzałem na jej kamienną twarz i przez chwilę poczułem przerażenie, jakby to była kolejna próba. Na całe szczęście ona tylko podała mi amulet z tamtego świata i powiedziała „Zapomniałeś go zabrać, a przecież jeszcze ci się przyda”. Zaraz po tym zniknęła w oślepiającym błysku światła, a ja poczułem jak zimny wiatr schładza moje ciało. Zaczął padać deszcz, a ja wyruszyłem do miejsca które ostatnio nazywałem domem. Zastałem tam stertę gruzu zamiast domu i mimo to, że byłem prawie pewny, że właśnie tak będzie, to jednak wciąż miałem nadzieję na coś więcej. Chwilę później nie wierzyłem własnym oczom, ale spod ruin dochodził jakiś głos i zaraz po tym parę kroków dalej ruszyła się deska i opornie wysunęła się zakrwawiona ręka. Od razu ruszyłem z pomocą i zacząłem przerzucać cegły i deski aby wyciągnąć ocalałego człowieka. Wciąż nie widziałem twarzy ani nóg, ale zapierając się pociągnąłem za obie już wystające ręce jednocześnie wyciągając postać, aż ze zbyt dużą łatwością jak na taką sytuację. Zamiast ocalałego zobaczyłem wstającego w odrażającym śmiechu upiora, który przeraził mnie w ostatnim świecie do którego trafiłem. Tym razem nie omdlałem ze strachu, ale odwróciłem się i zacząłem uciekać. Po parunastu sekundach uciekania pomiędzy gruzami poczułem jakby zmrożone powietrze błyskawicznie otacza moje stopy unieruchamiając moją osobę, a z kłębu szarych płomieni wynurza się krwawa ręka zrywająca amulet z mojej szyi. Zimno szybko rozeszło się w górę i poczułem, że zamarzam. Nie wiem czy mogę nazwać to snem..
VIII. Poczucie winy.
Jeszcze przez parę godzin nie mogłem otworzyć oczu z powodu bólu, ale czułem jak otula mnie ciepłymi skrzydłami anielica opowiadając mi o „konflikcie serc”, o tym że teraz upiór teraz ma jej serce i nie pozostanie jej inna możliwość niż wymienić się z nim na jego prawdziwe serce, aby odzyskać własne. Wtedy zrozumiałem, że tamten amulet jest jej sercem i wtuliłem się mocniej po czym ona zamilkła. Gdy otworzyłem już oczy to zorientowałem się, że lecimy właśnie w gęstej mgle na grzebiecie olbrzymiego płonącego białym ogniem stworzenia, które przypominało mi białego bajkowego feniksa. Domyśliłem się, że nasza podróż dobiega końca gdy zobaczyłem ogromną szpiczastą górę zrobioną z szarych płomieni i otoczoną przez chmarę demonicznych chochlików. Latały one wciąż atakując i odgryzając sobie nawzajem kończyny, które zaraz po chwili odrastały na nowo by skrzywdzić lub znów zostać pożarte. Był to straszny widok gdy co chwila tryskała z nich czarna krew, ale tylko do czasu gdy zwróciły się w naszą stronę. Poczułem jak anielica łapie mnie mocno i w chwilę przed zderzeniem z demoniczną hordą lecącą w wprost na nas odskoczyła i omijając wszystkie bestie przeleciała susem wprost na szczyt szarej góry. W locie widziałem tylko jak biały feniks ginie spalając ze sobą większość pożerających go głodnych demonów. Zacząłem krzyczeć ze strachu gdy zorientowałem się, że na szycie góry widnieje pędzący z zawrotną prędkością wir czarnych chmur. Ona trzymając mnie mocno wleciała w sam środek tego piekielnego oka i po chwili gdy krzyknęła coś w nieznanym dla mnie języku poczułem jak ciepłe światło otacza moje ciało, a ona wypuszcza mnie z rąk. Spadam..
IX. Cena życia .. cena serca.
Cały czas czułem, że lecę w dół, a białe światło oślepia mnie, ale jednocześnie daje mi odczucie bezpieczeństwa. Jeszcze parę sekund i czuję jak lekko uderzam o coś twardego, a świetlana osłona znika z mojego ciała. To miejsce w którym teraz się znajduję wygląda najmniej przyjaźnie z wszystkich widzianych w moim życiu. Ziemia jest szara i jałowa, wokół leżą kości różnych stworzeń, a półmrok jaki tu panuje sprawia, że czuję się zupełnie zagubiony. Ledwo co wstałem, a już widzę jak na ciemnym i wysokim niebie powoli rozświetla się punkt. Z czasem przechodzi w świetlisty okrąg i niebo rozstępuje się w tamtym miejscu, a anielica spada z ogromną prędkością w kierunku martwej równiny. Nagle huk i grzmot towarzyszy uderzeniu o ziemię, a w powietrze wzbija się surowy szary piach i sterta połamanych kości jednocześnie tworząc krater o wielkiej powierzchni. Biegnę przez deszcz odłamków i kurzu w miejsce upadku. Gdy staję na krawędzi monstrualnego krateru nagle cały pył opada jak zaczarowany, a wokół zamiera cały hałas. Jedyne co teraz się porusza to moje serce oraz narastająca czarna jak smoła plama powstająca na niebie. Przebijając chmury z szponem skierowanym wprost na anielicę zlatuje upiór tak wielki, że sama ona nie większa jest od jego pięści. Czarny, wciąż opływający krwią, która zaraz po upadku na ziemię wsiąka bez śladu, jego skrzydła zasłaniają cały krater, a oczy płoną czerwonymi płomieniami. Już unosi złapaną anielicę w cienistym uścisku pięści.. aż tu z nieba zlatuje biały feniks i palącym światłem wlatuje wprost w skrzydła upiornej bestii. W okropnym krzyku i bólu wypuszcza kobietę z dłoni i obracając się wije się w białych płomieniach oplatających go i walczących z szarymi wstęgami płomieni jego skrzydeł. Już prawie przy niej stoję, a ona w ostatku sił podpierając się, w pół klęcząc przebija swoją pierś, gdzie ukryła serce upiora i wyjmuje je.. czarne jak smoła, demoniczne serce ..krzyczy „Upiorze, królu demonów.. życie za życie , serce za serce” promień światła kieruje się z wbitego w ciało demona amuletu wprost na ciało anielicy, a ja staję na jego drodze i tylko słyszę jej krzyk. Upadam martwy..
X. Łza..
Moje życie, za życie demona..
Moje serce za serce anioła..
To tutaj mnie znalazł. Wstałam i ze zdziwieniem zorientowałam się, że jego już nie było. Tatuaż znikł, a ja znów leżę wśród jesiennych liści. Tylko jego już nie będzie. Oddał mi swoje życie. Płaczę i obcieram łzy z policzków swoimi włosami...
Był ósmy czerwca 2302 roku. Siedziałem sam na ławce, a w korytarzu było słychać tylko muzykę z głośnika umieszczonego zaraz nad drzwiami wyjściowymi. Czułem jak pot spływał mi po plecach, a ręce drętwiały. Wiedziałem, że za parę minut przyjdzie strażnik i poprosi mnie o wejście do pomieszczenia, w którym odbędzie się moja egzekucja. Skazano mnie za wyznawanie boga. Byłem świadomy tego, że pozostało mi mniej niż pół godziny życia. Jeszcze nie wiedziałem, że wtedy się pomyliłem. Po chwili człowiek ubrany w szary mundur wprowadził mnie do miejsca mojej przyszłej śmierci. Nie mylił się tylko, co do miejsca mojej śmierci. Podpięto mi kroplówkę i zapytano: Jakie ma pan ostatnie życzenie?. Było to najlepsze z pytań w moim życiu. Pół mechaniczny strażnik zamruczał mi podpowiedz do ucha i odpowiedziałem stanowczo: Chciałbym napić się wina.. rocznik 4860.
Mamy rok 2850 i nawet po dwustuletniej śpiączce i trzystuletniej hibernacji nikt z tych kretynów nie wpadł na pomysł jak by to szybciej rozwiązać. Choć byłem bliski śmierci już parę razy, to nawet udało mi się wciąż tutaj być podczas śpiączki, gdzieś w podziemnym szpitalu podpięty do aparatury podtrzymującej życie przetrwałem wojnę wyniszczającą większość ludzi oraz zderzenie ziemi z meteorytem. Przynajmniej po przebudzeniu przez parę lat starałem się zrozumieć nowe zasady tej planety. Z moim starym układem podtrzymywania ciała przy życiu, po dokonaniu kolejnej operacji i wszczepieniu drugiego hybrydowego serca dowiedziałem się, że choćby nie wiem co się działo, to moje ciało nie dożyje roku egzekucji, chyba że przetrwam jako maszyna.
Wybrałem się na drugą półkulę, aby zobaczyć na własne oczy, co się stało z tą planetą. Widziałem zadziwiające wytwory połączenia ewolucji i promieniowania. Widziałem puste martwe tereny oraz olbrzymie jeziora lawy. Nie myślałem, że kiedyś do tego dojdzie, lecz i to mnie spotkało. Odwiedziłem obozy pracy gdzie zmutowani ludzie doszli do władzy i traktując bestialsko więźniów, zmuszali ich do pracy w niewyobrażalnie trudnych warunkach. Ten świat wydawał się inny niż go sobie wyobrażałem. Okrucieństwa i niewolnictwo szerzyły się szybko i dopiero po dotarciu do księżycowych koloni oraz na pobliskie planety, władza podjęła kroki, aby skończyć z bestialskim traktowaniem nawet najgorszych więźniów.
W 2924 roku podczas wizyty u znajomego technika, któremu zleciłem zrobienie mi zapasowego oka, dowiedziałem się, że jego znajomi pracują nad maszyną dającą możliwość podróżowania w czasie. Jego opowiadanie strasznie mnie zaciekawiło i zaraz na początku następnego tygodnia wybrałem się na Jowisza gdzie mieszkali interesujący mnie naukowcy. Trafiłem wtedy bezbłędnie, jako że akurat, gdy zapukałem do drzwi skończyli umieszczanie ankiety dla nie-mutantów chętnych do testowania tajemniczego urządzenia, czyli tego co mnie interesowało. Po pozytywnym przejściu testów antygrawitacyjnych oraz załamania czasoprzestrzeni uznali, że mieszczę się ich wymaganiach i przejdziemy do ich planów oraz moich zamierzeń tyczących się podróży w czasie. Nie przeszkadzało im, że chcę jakoś uratować samego siebie w przeszłości. Ich zamiary aż mnie rozśmieszyły. Chcieli oni bowiem, abym w trwającej około dwudziestu-dziewięciu godzin znalazł określony dom i zawiesił w pokoju na piętrze czerwoną firanę. Dom umieszczony będzie w kwadracie 48-60 więc zapamiętałem to jako ciąg cztero-cyfrowy. Jeszcze tego samego dnia przed północą odbyłem pierwszą podróż w czasie.
Wylądowałem sześć godzin przed moją egzekucją, więc najpierw udałem się do szpitala dla umysłowo chorych, w którym powinienem spotkać samego siebie. Wszedłem do poczekalni i dzięki wbudowanym obwodom, jakich jeszcze w tych czasach nie wynaleziono otworzyłem sobie drzwi do korytarza, w którym za trzydzieści minut będę czekał na przyjście strażnika. Wszedłem do sali, w której będzie wykonywana moja egzekucja i oczekiwałem samego siebie przy łóżku. Doczekałem się wejścia, lecz wprowadzający strażnik wyglądał na cyborga, a z tego, co pamiętam wprowadzał mnie wtedy człowiek. Gdy podpięto młodego mnie do aparatury nie wiedziałem jak uratować samego siebie, więc szepnąłem „czerwone, 4860” i tak oto nieświadomie uratowałem się w przeszłości.
Pozostało mi jeszcze zawieszenie tej głupiej firany. Miałem na to jeszcze niecałe trzy godziny, a bez trudu znalazłem tamten dom. Był gotowy, aby w nim zamieszkać, lecz nikogo nie było w środku. Firana leżała już przygotowana. Gdy już chciałem ją powiesić odwróciłem się, ponieważ usłyszałem otwierające się drzwi. Stał tam ten sam cyborg, który wprowadzał młodego mnie na egzekucję. Stałem bez ruchu, a on celując do mnie z dezintegratora powiedział: „Wiem, że będziesz się stawiać, więc nie dam ci wyboru, bo znów cię wyślą i zabijesz naszego ojca” i wystrzelił.
Poczułem się jakbym zasypiał i po chwili moje ciało rozpłynęło się w powietrzu..
Mamy rok 2850 i nawet po dwustuletniej śpiączce i trzystuletniej hibernacji nikt z tych kretynów nie wpadł na pomysł jak by to szybciej rozwiązać. Choć byłem bliski śmierci już parę razy, to nawet udało mi się wciąż tutaj być podczas śpiączki, gdzieś w podziemnym szpitalu podpięty do aparatury podtrzymującej życie przetrwałem wojnę wyniszczającą większość ludzi oraz zderzenie ziemi z meteorytem. Przynajmniej po przebudzeniu przez parę lat starałem się zrozumieć nowe zasady tej planety. Z moim starym układem podtrzymywania ciała przy życiu, po dokonaniu kolejnej operacji i wszczepieniu drugiego hybrydowego serca dowiedziałem się, że choćby nie wiem co się działo, to moje ciało nie dożyje roku egzekucji, chyba że przetrwam jako maszyna.
Wybrałem się na drugą półkulę, aby zobaczyć na własne oczy, co się stało z tą planetą. Widziałem zadziwiające wytwory połączenia ewolucji i promieniowania. Widziałem puste martwe tereny oraz olbrzymie jeziora lawy. Nie myślałem, że kiedyś do tego dojdzie, lecz i to mnie spotkało. Odwiedziłem obozy pracy gdzie zmutowani ludzie doszli do władzy i traktując bestialsko więźniów, zmuszali ich do pracy w niewyobrażalnie trudnych warunkach. Ten świat wydawał się inny niż go sobie wyobrażałem. Okrucieństwa i niewolnictwo szerzyły się szybko i dopiero po dotarciu do księżycowych koloni oraz na pobliskie planety, władza podjęła kroki, aby skończyć z bestialskim traktowaniem nawet najgorszych więźniów.
W 2924 roku podczas wizyty u znajomego technika, któremu zleciłem zrobienie mi zapasowego oka, dowiedziałem się, że jego znajomi pracują nad maszyną dającą możliwość podróżowania w czasie. Jego opowiadanie strasznie mnie zaciekawiło i zaraz na początku następnego tygodnia wybrałem się na Jowisza gdzie mieszkali interesujący mnie naukowcy. Trafiłem wtedy bezbłędnie, jako że akurat, gdy zapukałem do drzwi skończyli umieszczanie ankiety dla nie-mutantów chętnych do testowania tajemniczego urządzenia, czyli tego co mnie interesowało. Po pozytywnym przejściu testów antygrawitacyjnych oraz załamania czasoprzestrzeni uznali, że mieszczę się ich wymaganiach i przejdziemy do ich planów oraz moich zamierzeń tyczących się podróży w czasie. Nie przeszkadzało im, że chcę jakoś uratować samego siebie w przeszłości. Ich zamiary aż mnie rozśmieszyły. Chcieli oni bowiem, abym w trwającej około dwudziestu-dziewięciu godzin znalazł określony dom i zawiesił w pokoju na piętrze czerwoną firanę. Dom umieszczony będzie w kwadracie 48-60 więc zapamiętałem to jako ciąg cztero-cyfrowy. Jeszcze tego samego dnia przed północą odbyłem pierwszą podróż w czasie.
Wylądowałem sześć godzin przed moją egzekucją, więc najpierw udałem się do szpitala dla umysłowo chorych, w którym powinienem spotkać samego siebie. Wszedłem do poczekalni i dzięki wbudowanym obwodom, jakich jeszcze w tych czasach nie wynaleziono otworzyłem sobie drzwi do korytarza, w którym za trzydzieści minut będę czekał na przyjście strażnika. Wszedłem do sali, w której będzie wykonywana moja egzekucja i oczekiwałem samego siebie przy łóżku. Doczekałem się wejścia, lecz wprowadzający strażnik wyglądał na cyborga, a z tego, co pamiętam wprowadzał mnie wtedy człowiek. Gdy podpięto młodego mnie do aparatury nie wiedziałem jak uratować samego siebie, więc szepnąłem „czerwone, 4860” i tak oto nieświadomie uratowałem się w przeszłości.
Pozostało mi jeszcze zawieszenie tej głupiej firany. Miałem na to jeszcze niecałe trzy godziny, a bez trudu znalazłem tamten dom. Był gotowy, aby w nim zamieszkać, lecz nikogo nie było w środku. Firana leżała już przygotowana. Gdy już chciałem ją powiesić odwróciłem się, ponieważ usłyszałem otwierające się drzwi. Stał tam ten sam cyborg, który wprowadzał młodego mnie na egzekucję. Stałem bez ruchu, a on celując do mnie z dezintegratora powiedział: „Wiem, że będziesz się stawiać, więc nie dam ci wyboru, bo znów cię wyślą i zabijesz naszego ojca” i wystrzelił.
Poczułem się jakbym zasypiał i po chwili moje ciało rozpłynęło się w powietrzu..
I. Wstęp
Naszą kochaną i uwielbianą pracowniczkę miesiąca w wieku dwudziestu-czterech lat przeżyła trzyletnią wojnę światową. Mimo służby w oddziale medycznym nie ominęły jej naloty oraz wystrzeliwanie serii pocisków w stronę ludzi, których kazano jej nazwać „wrogiem”. Często zaciskała wtedy zęby i przez łzy w oczach wciskała spust, aby posłać do piachu paru ludzi przebiegających akurat przy bunkrze. Ostatni rok wojny przesiedziała w szpitalu polowym jako sanitariuszka. Tam spotkał ją tylko jeden atak fanatyków wojennych, ale przeżyła go jakoś bez większych problemów. Ze względu na ranę postrzałową prawej ręki dostała się w ostateczności na oddział jako pacjent. Los postanowił trochę urozmaicić jej życie i zakochała się z wzajemnością w bardzo szczupłym, czarnowłosym poruczniku z sąsiedniej sali szpitalnej. Rok po wojnie pobrali się i zamieszkali w mieszkaniu po jego matce, której los na wojnie nie oszczędził. Z powodu olbrzymich urazów psychiki spaczonej przez wojnę młody mąż nie dotrwał drugiej rocznicy ślubu i zginął podczas udanej próby samobójczej. Od tego czasu w głowie wdowy zrodziła się choroba psychiczna i jako że był to jedyny przypadek nowopowstałej przypadłości urojonej, podwójnej osobowości siostrzeńczej, to żaden z lekarzy specjalistów nie potrafił jej pomóc. Każdy dzień po półtorarocznym i nieudanym leczeniu przybliżał obie osobowości mieszkające teraz w jednym ciele, do tego stopnia, że choroba stała się nieuleczalna z powodu kontrolowania jej przez obie strony. Jak i ona, tak i twór jej wyobraźni, żyły już w symbiozie. W trzy tygodnie przed dobiciem do trzydziestego roku życia spotkał ją smutny i dziwny wypadek. Została napadnięta przez dwójkę zamaskowanych bandytów i przez nieprofesjonalność w swoim fachu młodszy i lekko przestraszony złodziej wystrzelił z broni powodując przestrzelenie prawego płuca naszej bohaterki..
Dlaczego bohaterki?
W tamtym momencie dla umysłu spowitego przez chorobę została zabita bratnia dusza mieszkająca w tym samy ciele. Ze względu na krwawienie, z zemsty o stratę siostry napadnięta kobieta popadła w furię prowadzącą ją ostatecznie do sądu, jako winną zamordowania człowieka. Z powodu wcześniejszej choroby oraz faktu, że zabiła w celu samoobrony, od tego czasu do osiągnięcia trzydziestego-pierwszego roku życia pozostała w areszcie domowym. Została by tam dożywotnio, lecz dziwnym przypadkiem lekarz oraz przydzielony jej opiekun zginęli w wypadku samochodowym, w którym także spłonęły przewożone dokumenty tyczące się choroby kobiety. Wykorzystując sytuacje, wypłaciła wszystkie oszczędności, zabrała z domu dyplom ukończenia kursu biurowej pomocy socjalnej oraz społecznej, wsiadła do taksówki i płacąc z góry kazała zawieść się do oddalonego o kilkanaście mil miasta. Wynajęła tam mieszkanie oraz po tygodniu otrzymała stanowisko pracy w urzędzie, gdzie pełniła teraz rolę doradcy zawodowego.
II. Anna
Co wieczór, z dnia na dzień w coraz mniejszym stopniu tęsknię za człowiekiem którego naprawdę kochałam. Kupiłam sobie kota, mieszkam sobie teraz w tym zapyziałym mieście i dostaję pensję godną prezesa. Co sobotę robię duże zakupy na cały tydzień, a w środy po pracy chodzę nad niedaleko położone jezioro. A w pracy..
„Mam na imię Anna i jestem doradcą zawodowym, w jakim zawodzie ma pan/pani doświadczenie i czuje się dobrze?” – Już prawie drugi rok powtarzam tę regułkę i po sprawdzeniu zgodności danych z komputera oraz dostępnym ofert stworzyłam lub zapełniłam około czerech tysięcy miejsc pracy, otrzymałam setki uśmiechów, masę powiadomień o niezdolności skierowanej osoby do przeznaczonego stanowiska, parę ostrzeżeń tyczących się niestabilności budowli postawionej przez ludzi, których to ja przydzielałam jako doświadczonych budowlańców oraz jedną groźbę, napisaną tak nieczytelnie, że wylądowała w koszu na śmieci po rozszyfrowaniu dwóch pierwszych zdań. Życie jest pełne niespodzianek. Pewnego dnia: wchodzi do mojego pokoju czwórka ludzi, którym ostatnio przydzieliłam pracę na budowie. Jak się okazało, oni wcale nie znają się na tym fachu, a mimo to budynek wciąż stoi na miejscu. Wyprosili inne stanowiska i od jutra będą myć szyby wieżowców. Jestem bliska perfekcji w swoim fachu.
III. Redukcja etatów
Jakiś miesiąc temu Anna przyczyniła się do redukcji bezrobocia. Przyznała pracę jednej osobie na stanowisku konserwatora reaktorów nuklearnych i po paru dniach pracy tamtej osoby eksplodowała największa w państwie elektrownia nuklearna redukując bezrobocie oraz populację w promieniu siedemdziesięciu kilometrów. Jako, że był to teren o krytycznie wysokim poziomie bezrobocia na drugi dzień po incydencie wskaźniki pokazywały, że w ostatnim miesiącu ilość bezrobotnych w kraju zmalała o prawie dwadzieścia procent.
Kolejnym narzędziem do walki z bezrobociem okazało się nietrafny wybór kierownika oczyszczalni ścieków, który spowodował, że do zbiorników wodnych zaopatrujących dwie metropolie, dostał się rozcieńczony preparat do zwalczania gryzoni. Jako, że kierownik ten pomylił dokumenty tyczące się utylizacji chemikaliów z naturalnymi środkami do zwalczania grzybów w środowiskach wodnych, to nie tylko z zatrucia zmarło trzysta tysięcy ludzi, ale i po omyłkowym spaleniu środka dezynfekującego nad miastami przez dwa tygodnie unosiły się zielono-fioletowe obłoki, które dodatkowo uśmierciły populacje miejscowego ptactwa oraz spowodowały masowe halucynacje u osób pracujących powyżej szóstego piętra.
IV. Odpowiedzialność
Po ostatnim wyborze pracownika Anna nie tyle, co została zwolniona, ale i była ścigana listem gończym. Wybór padł na kierowcę dla jakiegoś ważnego premiera. Osoba ułożona oraz odpowiedzialna.. czyli świetnie kamuflujący się przywódca anarchistycznego ugrupowania siejącego chaos dostał jedyną szansę na ostateczny ruch. Zamiast zwieść premiera na konferencję po uprzedniej ucieczce przed pościgiem trafili oni do taniego burdelu, gdzie po kilku godzinach porwany wymiękł i uległ. Skutkowało to pojawieniem się w gazetach i internecie bardzo pikantnej sesji fotograficznej z jego osobą w roli głównej. Ale to nie był koniec.. dla zabawy ugrupowanie porwało także prezydenta i sprowadziło to do kolejnej sesji zdjęciowej ale tym razem w klimacie fetyszystycznym i ograniczającej się tylko dwóch najważniejszych głów państwa pod wpływem ostrych narkotyków. Gdy tylko dowiedziano się, że Anna ścigana jest za spowodowanie tej całej afery, to na całe szczęście ugrupowanie zadbało także o nią, Zagwarantowali jej spokojną pracę, gdzieś na tropikalnych wyspach.
V. Po-Wolność
Dziś czekało Annę wiele wrażeń, których się nie spodziewała. Wiedziała tylko o tym gdzie ma się udać by jakiś mały samolot przemytniczy zabrał ją daleko od problemów. Dowiedziała się od pilota, że czeka ich aż siedem lądowań ze względu na mało pojemny bak paliwa. Po pierwszej przesiadce i kolejnym półtoragodzinnym locie zrozumiała, że lecą jakąś zakręconą trasą powietrzną ze względu na pościg. Po trzeciej przesiadce zaczęło się jej bardzo podobać, ponieważ mijali wiele bajecznych i dzikich wysepek. Oglądała takie widoki po raz pierwszy w życiu, co odzwierciedlało jej zadowolenie. Pozostało jeszcze kilkanaście kilometrów i ostatnia przesiadka.. ale to skończyło by się dla niej zbyt pięknie. Czerwona lampka migała z zawrotną prędkością, a pilot, co chwilę wykrzykiwał coś o namierzaniu samolotu lub o tym, że ma żonę i dzieci i nie chce ginąć.
VI. Pościg
Żołnierz pilotujący pierwszy z samolotów wyznaczonej jako grupa pościgowa powiedział przez radionadajnik do kolegów: „Jest wolny jak ptak”. Odpowiedz zawierała przypuszczalne wytłumaczenie ograniczające się do stwierdzenia: „Pewno jest przeciążony ładunkiem”. Odbezpieczył dźwignię odpowiedzialną za wystrzelenie rakiet, poinformował wszystkich o odpaleniu rakiet i wystrzelił dwa pociski, które po paru chwilach osiągnęły cel, niszcząc i pozbawiając życia ostatnią możliwość ucieczki dla Anny. Tylko jasno-fioletowa raca przeżyła jeszcze pół godziny unosząc się na powierzchni wody i wypuszczając sygnał ratunkowy.
Naszą kochaną i uwielbianą pracowniczkę miesiąca w wieku dwudziestu-czterech lat przeżyła trzyletnią wojnę światową. Mimo służby w oddziale medycznym nie ominęły jej naloty oraz wystrzeliwanie serii pocisków w stronę ludzi, których kazano jej nazwać „wrogiem”. Często zaciskała wtedy zęby i przez łzy w oczach wciskała spust, aby posłać do piachu paru ludzi przebiegających akurat przy bunkrze. Ostatni rok wojny przesiedziała w szpitalu polowym jako sanitariuszka. Tam spotkał ją tylko jeden atak fanatyków wojennych, ale przeżyła go jakoś bez większych problemów. Ze względu na ranę postrzałową prawej ręki dostała się w ostateczności na oddział jako pacjent. Los postanowił trochę urozmaicić jej życie i zakochała się z wzajemnością w bardzo szczupłym, czarnowłosym poruczniku z sąsiedniej sali szpitalnej. Rok po wojnie pobrali się i zamieszkali w mieszkaniu po jego matce, której los na wojnie nie oszczędził. Z powodu olbrzymich urazów psychiki spaczonej przez wojnę młody mąż nie dotrwał drugiej rocznicy ślubu i zginął podczas udanej próby samobójczej. Od tego czasu w głowie wdowy zrodziła się choroba psychiczna i jako że był to jedyny przypadek nowopowstałej przypadłości urojonej, podwójnej osobowości siostrzeńczej, to żaden z lekarzy specjalistów nie potrafił jej pomóc. Każdy dzień po półtorarocznym i nieudanym leczeniu przybliżał obie osobowości mieszkające teraz w jednym ciele, do tego stopnia, że choroba stała się nieuleczalna z powodu kontrolowania jej przez obie strony. Jak i ona, tak i twór jej wyobraźni, żyły już w symbiozie. W trzy tygodnie przed dobiciem do trzydziestego roku życia spotkał ją smutny i dziwny wypadek. Została napadnięta przez dwójkę zamaskowanych bandytów i przez nieprofesjonalność w swoim fachu młodszy i lekko przestraszony złodziej wystrzelił z broni powodując przestrzelenie prawego płuca naszej bohaterki..
Dlaczego bohaterki?
W tamtym momencie dla umysłu spowitego przez chorobę została zabita bratnia dusza mieszkająca w tym samy ciele. Ze względu na krwawienie, z zemsty o stratę siostry napadnięta kobieta popadła w furię prowadzącą ją ostatecznie do sądu, jako winną zamordowania człowieka. Z powodu wcześniejszej choroby oraz faktu, że zabiła w celu samoobrony, od tego czasu do osiągnięcia trzydziestego-pierwszego roku życia pozostała w areszcie domowym. Została by tam dożywotnio, lecz dziwnym przypadkiem lekarz oraz przydzielony jej opiekun zginęli w wypadku samochodowym, w którym także spłonęły przewożone dokumenty tyczące się choroby kobiety. Wykorzystując sytuacje, wypłaciła wszystkie oszczędności, zabrała z domu dyplom ukończenia kursu biurowej pomocy socjalnej oraz społecznej, wsiadła do taksówki i płacąc z góry kazała zawieść się do oddalonego o kilkanaście mil miasta. Wynajęła tam mieszkanie oraz po tygodniu otrzymała stanowisko pracy w urzędzie, gdzie pełniła teraz rolę doradcy zawodowego.
II. Anna
Co wieczór, z dnia na dzień w coraz mniejszym stopniu tęsknię za człowiekiem którego naprawdę kochałam. Kupiłam sobie kota, mieszkam sobie teraz w tym zapyziałym mieście i dostaję pensję godną prezesa. Co sobotę robię duże zakupy na cały tydzień, a w środy po pracy chodzę nad niedaleko położone jezioro. A w pracy..
„Mam na imię Anna i jestem doradcą zawodowym, w jakim zawodzie ma pan/pani doświadczenie i czuje się dobrze?” – Już prawie drugi rok powtarzam tę regułkę i po sprawdzeniu zgodności danych z komputera oraz dostępnym ofert stworzyłam lub zapełniłam około czerech tysięcy miejsc pracy, otrzymałam setki uśmiechów, masę powiadomień o niezdolności skierowanej osoby do przeznaczonego stanowiska, parę ostrzeżeń tyczących się niestabilności budowli postawionej przez ludzi, których to ja przydzielałam jako doświadczonych budowlańców oraz jedną groźbę, napisaną tak nieczytelnie, że wylądowała w koszu na śmieci po rozszyfrowaniu dwóch pierwszych zdań. Życie jest pełne niespodzianek. Pewnego dnia: wchodzi do mojego pokoju czwórka ludzi, którym ostatnio przydzieliłam pracę na budowie. Jak się okazało, oni wcale nie znają się na tym fachu, a mimo to budynek wciąż stoi na miejscu. Wyprosili inne stanowiska i od jutra będą myć szyby wieżowców. Jestem bliska perfekcji w swoim fachu.
III. Redukcja etatów
Jakiś miesiąc temu Anna przyczyniła się do redukcji bezrobocia. Przyznała pracę jednej osobie na stanowisku konserwatora reaktorów nuklearnych i po paru dniach pracy tamtej osoby eksplodowała największa w państwie elektrownia nuklearna redukując bezrobocie oraz populację w promieniu siedemdziesięciu kilometrów. Jako, że był to teren o krytycznie wysokim poziomie bezrobocia na drugi dzień po incydencie wskaźniki pokazywały, że w ostatnim miesiącu ilość bezrobotnych w kraju zmalała o prawie dwadzieścia procent.
Kolejnym narzędziem do walki z bezrobociem okazało się nietrafny wybór kierownika oczyszczalni ścieków, który spowodował, że do zbiorników wodnych zaopatrujących dwie metropolie, dostał się rozcieńczony preparat do zwalczania gryzoni. Jako, że kierownik ten pomylił dokumenty tyczące się utylizacji chemikaliów z naturalnymi środkami do zwalczania grzybów w środowiskach wodnych, to nie tylko z zatrucia zmarło trzysta tysięcy ludzi, ale i po omyłkowym spaleniu środka dezynfekującego nad miastami przez dwa tygodnie unosiły się zielono-fioletowe obłoki, które dodatkowo uśmierciły populacje miejscowego ptactwa oraz spowodowały masowe halucynacje u osób pracujących powyżej szóstego piętra.
IV. Odpowiedzialność
Po ostatnim wyborze pracownika Anna nie tyle, co została zwolniona, ale i była ścigana listem gończym. Wybór padł na kierowcę dla jakiegoś ważnego premiera. Osoba ułożona oraz odpowiedzialna.. czyli świetnie kamuflujący się przywódca anarchistycznego ugrupowania siejącego chaos dostał jedyną szansę na ostateczny ruch. Zamiast zwieść premiera na konferencję po uprzedniej ucieczce przed pościgiem trafili oni do taniego burdelu, gdzie po kilku godzinach porwany wymiękł i uległ. Skutkowało to pojawieniem się w gazetach i internecie bardzo pikantnej sesji fotograficznej z jego osobą w roli głównej. Ale to nie był koniec.. dla zabawy ugrupowanie porwało także prezydenta i sprowadziło to do kolejnej sesji zdjęciowej ale tym razem w klimacie fetyszystycznym i ograniczającej się tylko dwóch najważniejszych głów państwa pod wpływem ostrych narkotyków. Gdy tylko dowiedziano się, że Anna ścigana jest za spowodowanie tej całej afery, to na całe szczęście ugrupowanie zadbało także o nią, Zagwarantowali jej spokojną pracę, gdzieś na tropikalnych wyspach.
V. Po-Wolność
Dziś czekało Annę wiele wrażeń, których się nie spodziewała. Wiedziała tylko o tym gdzie ma się udać by jakiś mały samolot przemytniczy zabrał ją daleko od problemów. Dowiedziała się od pilota, że czeka ich aż siedem lądowań ze względu na mało pojemny bak paliwa. Po pierwszej przesiadce i kolejnym półtoragodzinnym locie zrozumiała, że lecą jakąś zakręconą trasą powietrzną ze względu na pościg. Po trzeciej przesiadce zaczęło się jej bardzo podobać, ponieważ mijali wiele bajecznych i dzikich wysepek. Oglądała takie widoki po raz pierwszy w życiu, co odzwierciedlało jej zadowolenie. Pozostało jeszcze kilkanaście kilometrów i ostatnia przesiadka.. ale to skończyło by się dla niej zbyt pięknie. Czerwona lampka migała z zawrotną prędkością, a pilot, co chwilę wykrzykiwał coś o namierzaniu samolotu lub o tym, że ma żonę i dzieci i nie chce ginąć.
VI. Pościg
Żołnierz pilotujący pierwszy z samolotów wyznaczonej jako grupa pościgowa powiedział przez radionadajnik do kolegów: „Jest wolny jak ptak”. Odpowiedz zawierała przypuszczalne wytłumaczenie ograniczające się do stwierdzenia: „Pewno jest przeciążony ładunkiem”. Odbezpieczył dźwignię odpowiedzialną za wystrzelenie rakiet, poinformował wszystkich o odpaleniu rakiet i wystrzelił dwa pociski, które po paru chwilach osiągnęły cel, niszcząc i pozbawiając życia ostatnią możliwość ucieczki dla Anny. Tylko jasno-fioletowa raca przeżyła jeszcze pół godziny unosząc się na powierzchni wody i wypuszczając sygnał ratunkowy.
Profanacja.. miękki papier toaletowy w męskiej toalecie! Bo tam się zaczyna na przygoda. Tak, więc stoję przed damskim kiblem i w świadomości, że wciąż jest zajęte, boję się ruszyć. Każdy ruch może spowodować nacisk na pęcherz moczowy i jakże smutną myśl o popuszczeniu jak niemowlę. Rozglądam się, ale nie widzę żadnego samca, tak więc wbijam szybciutko do męskiej toalety. Deska może i nie spełnia moich wymagań sanitarnych, ale pęcherz na szczęście nie ma oczu. Siadam i odczuwam ulgę. I tu się zaczęło, gdy sięgam po papier z zdumieniem łapię cylindryczny kartonowy obiekt wskazujący na brak papieru. Z mojej krtani wydobywa się gardłowe warczenie. Biorę do ręki telefon i już dzwonię do koleżanki z biura, aby powiedzieć o moim problemie, a tu niechcący uderzyłam piętą coś miękkiego. Niebieski papier toaletowy z wzorkiem przypominającym szczenięta. Prychnęłam głośno, po czym telefon wyślizgnął mi się.. nie zdążyłam dość szybko zacisnąć ud i przeleciał wprost do męskiego sracza. Żałosna ja, siedzę sobie i zastanawiam się czy wpierw się podetrzeć, czy może wyciągnąć telefon.. W jakże obrzydliwy dla mnie sposób włożyłam rękę i wyciągnęłam telefon. Jestem pewna, że wtedy kopnął mnie prąd. Załatwiłam resztę i już kończę myć ręce, a tu wchodzi do łazienki gruby i obleśny facet wyciągając w pośpiechu swojego członka z zamiarem wypróżnienia się. Jakoś przeżyłabym tę sytuację gdyby nie to, że zderzyliśmy się metr przed wyjściem. Przypadkowo wyłączyłam łokciem światło w toalecie a on odrzucił mnie swoim brzuchem i moja głowa ostatecznie wylądowała w pisuarze. Zemdlałam..
Obudziły mnie syreny alarmowe. Co się dzieje? – pomyślałam. Rozglądam się i wciąż leżę w tym kiblu pod pisuarem, tyle że skulona i zmarznięta. Grubas leży przy drzwiach i wygląda na to, że zemdlał i w takim układzie jak upadł całkowicie zablokował drzwi. Wstałam i zorientowałam się, że wtedy zgasło światło, a teraz się świeci! Co tu jest grane. Bałam się, że mnie zgwałcił.. ale nie, wszystko jest w porządku. Nagle podskoczyłam ze strachu, gdy maszynka do osuszania rąk nagle sama się włączyła. Co jeszcze mnie dziś czeka? Chcę już stąd wyjść, a ten spaślak, nie dość, że zatarasował drzwi to jeszcze popuścił i prócz jego członka spodnie zdobiła wstrętna plama cuchnąca moczem. Przeciągałam go przez dobre dziesięć minut, a ten ani się nie obudził mino, że połowę tego czasu krzyczałam, aby pomóc sobie w wykorzystywaniu moich zwiotczałych mięśni.
Nareszcie, wydostałam się z tego kibla! – Ulżyło mi, gdy to powiedziałam. Szkoda, że telefon jest totalnie zalany wodą. Teraz trzeba przedostać się przez biurowiec oraz wyjść poza bramę i już będę tak jakby w domu. Podejrzewam, że w tym budynku pozostałam tylko ja i ten śpiący grubas, ale nawet w ostateczności nie będę go szukała i prosiła o pomoc. Schodząc po schodach zauważyłam, że alarm najprawdopodobniej nie tyczył się nalotu. Wszystkie okna zakryły się kratami. Tak jak się chwilę później domyśliłam, gdy zeszłam na parter zobaczyłam tytanowe płyty przykrywające drzwi oraz okna w taki sposób jakby miały odgrodzić jakieś zagrożenie powstałe wewnątrz budowli. W tym pomieszczeniu panowałby mrok gdyby nie sześć lekko świecących lamp awaryjnych. Znów pogrążyłam się w zamyśleniach – co tu jest grane? oraz dlaczego zostałam odcięta od świata zewnętrznego?
Moje plany skupiały się na dojściu do stołówki, jako że było to jedno z niewielu pomieszczeń posiadających balkon widowiskowy. Windy nie działały.. to znaczy nie chciały jechać. Wsiadałam do każdej z czterech wind i po wciśnięciu jakiegokolwiek przycisku drzwi po prostu zamykały się i otwierały wydając taki specyficzny dla wind dzwonek. Pozostały mi schody, wędrówka na czwarte piętro, czyli droga do najbliższej stołówki. Każdy stopień powyżej drugiego piętra stawał się dla mnie coraz to większym wyzwaniem, jako że czułam się obita, głodna oraz niewyspana. Mimo to w ciągu paru minut razem z moimi obolałymi nogami znalazłam się przed drzwiami stołówki. Nic nie wskazywało na niebezpieczeństwo lub kolejne ograniczenia dostępu także możliwie szybkim ruchem otworzyłam drzwi. Przechodząc przez część, w której wydawano posiłki widziałam wiele porzuconych posiłków, jakby pozostawionych w pośpiechu oraz poczułam jakiś dziwny zapach. Widząc jedzenie zaraz rzuciłam się do talerza wypełnionego do połowy już zimnym makaronem przygotowanym na słono, z sosem pomidorowym. Zjadłam tan posiłek chyba najszybciej w moim życiu. Weszłam do sali, w której spożywa się posiłki oraz istnieje możliwość wyjścia na taras i znalazłam powód tego dziwnego zapachu. To ten grubas.. a raczej górna połowa jego ciała. Powstrzymałam się od zwymiotowania, chodź już czułam ten niesmak w ustach. Wyglądało na to, że musiał w pośpiechu opuszczać balkon, tak jakby coś go z niego wygoniło, a automatycznie zamykające drzwi podzieliły jego żywot, jednorazowo sprowadzając śmierć. Przynajmniej nie widziałam już tej obleśnej plamy na jego spodniach, za co mogę podziękować silnikowi i wadliwej fotokomórce. Posiedziałam parę minut w opuszczonej kuchni, aby dojść do siebie. Postanowiłam nie wracać już do tej jadalni, ale rozpatrywałam udanie się do innej jadalni na dziesiątym piętrze. Co prawda nigdy nie byłam jeszcze wyżej niż na ósmym piętrze, ale strasznie mnie ciekawiło co dzieje się na zewnątrz budynku. Po tym, co zobaczyłam domyślam się, że to biurowiec zamknął się przed czymś z zewnątrz, a nie uwięził niebezpieczeństwo tutaj. Nawet wolę tę pierwszą wersję, jako że najprawdopodobniej teraz jestem tutaj sama i lepiej już żeby na razie tak pozostało.
Dobrze, że zjadłam wtedy tamte resztki w stołówce, bo teraz idąc po schodach i mijając kolejne stopnie czuję jak spalam to, co zjadłam. Widząc za oknami ciemniejące niebo myślę tylko o tym by jeszcze dziś zasnąć w bezpiecznym miejscu przy jakimś małym światełku. Mijając klatkę schodową na dziewiątym piętrze zauważyłam, że na zewnątrz jest już zupełnie ciemno, co wzbudziło to we mnie niepewność. Znalazłam się na dziesiątym piętrze i stanęłam przed tablicą informacyjną z planem piętra, aby zlokalizować stołówkę. Jak się okazało na tym poziomie taras przypada na salę konferencyjną. Przechodząc przez opustoszałe korytarze zobaczyłam jedyne zamknięte drzwi na tym piętrze.. naturalnie wyjściowe do pomieszczenia do, którego mam zamiar się dostać. Podchodzę i przekręcam klamkę.. eee.. ta klamka się nie kręci.. co jest? Te drzwi otwiera się za pomocą karty. Pieprzona elektryczność. Jak ja się tam dostanę. Przeszukiwałam wszystkie biura, schowki i kible, alby znaleźć takową kartę lub może kogoś, kto by tu pozostał. Usłyszałam jakiś dźwięk, tak jakby coś upadło na podłogę. Włosy stanęły mi na głowie. Wydawało mi się, że dochodził ze stołówki, a tam jeszcze nie sprawdzałam. Tutaj przy kuchni nie było prawie wcale porzuconego jedzenia, prócz rozbitego talerza zupy zajmującego większość podłogi. Przechodząc czułam jak ni to buty się ślizgały, a przy podnoszeniu nogi kleiły do posadzki. Stanęłam w otwartych dwuskrzydłowych drzwiach do jadalni i oczom moim ukazała się leżąca na brzuchu osoba z skierowanym do mnie nogami. To chyba ta kobieta z kadr – pomyślałam, po czym wydałam z siebie ciche głos: Halo, nic ci nie jest? .. W włosach miała wplątane coś jakby żyły. Pochyliłam się aby odwrócić jej głowę i sprawdzić czy tylko zemdlała, czy może już nie żyje. Łapiąc jedną ręką za bark, a drugą za udo przewróciłam ją na drugą stronę. W przerażeniu upadłam w tył i podparta na rękach zaczęłam wrzeszczeć. Jej twarz miała zdartą i wysuszoną skórę, z pustych oczodołów zwisały nerwy oraz takie same żyły jak we włosach. Mój szok zakończył się, gdy zwróciłam uwagę na kartę dostępu uwieszoną na jej szyi. W parę sekund zebrałam odwagę i złapałam kartę.. gdy już przedostawałam smycz przez głowę poczułam ciepły i lepiący uścisk na moim łokciu. Momentalnie wstałam i będąc w niedziałającej windzie zorientowałam się, jak szybko przebiegłam ten odcinek drogi i że jak oszalała wciskam przycisk oznaczony jako „parter”. Spojrzałam za siebie, ale nikogo tak nie było. Było tutaj tak cicho, że ze strachu przeszły mi ciarki. Gdy chciałam zrobić krok z windy, nagle podłoże zatrzęsło się, a ja się przewróciłam. Drzwi zamknęły się niespodziewanie szybko i winda ku mojemu zdumieniu ruszyła. Zatrzymała się na parterze, ale drzwi się nie otworzyły. Usłyszałam drapanie jakby paznokciami o drzwi z zewnątrz windy i zlękłam się potwornie. Ktoś tam był. Słyszałam rozmowę dwóch osób w języku łacińskim. Nauka tego języka teraz przysporzyła mi rozmyślań. Wydawało mi się, że mówią coś na temat otwarcia drzwi. Poczułam chłód od podłoża. Momentalnie zrobiło mi się zimno, a za chwilę gorąco z powodu masywnego uderzenia w drzwi, które pozostawiło odkształcenie, dużej jak połowa arbuza, pięści. Winda poruszyła się lekko, po czym ruszyła w dół z taką szybkością, że wystający kawałek odstający na drzwiach zrobił otwór na brzegu sufitu. Po chwili winda zjechała na piętro zamknięte znajdujące się poniżej garaży i kotłowni i gwałtownie walnęła w coś poniżej powodując ogromny wstrząs. Światełko z windzie zgasło, a ja jak zwykle mi się zdarza uderzyłam w coś głową i zemdlałam.
Przebudził mnie łomot. Coś uderzyło w drzwi. Po chwili zapaliło się światło i otworzyły się wrota do tego nieznanego dla mnie świata. Do wokół panował półmrok a do wysokości kolan unosiła się zielonkawa mgła. To miejsce wyglądało jak zapomniana stacja metra. Wszystko wskazywało na to, że tutaj kiedyś jeździła jakaś podziemna kolej. W tunelu z szynami płynęła jakaś ciecz, a ściany pokryte były jakimś rodzajem pleśni. Usłyszałam pluskanie, jakby ktoś biegł w tunelu, a po chwili łomot dochodzący z windy, która mnie tu przywiozła. Przyklękłam za jednym z, podtrzymujących sufit, słupów. Jakaś niska i niezgrabna postać wypełzła z tunelu i głośno wciągnęła powietrze nozdrzami. Szybkim ruchem skierowała wzrok w moją stronę i już zrobiła dwa kroki w moją stronę, gdy nagle przystanęła z powodu czegoś, co wypadło z windy. Była to tamta kobieta z stołówki. Miała tylko jedną rękę i wyglądało na to, że trzyma ją w tej, którą ma jeszcze przyczepioną do ciała. Nie trwało to długo, bo mała postać wystrzeliła czymś, co lecąc ucięło już ostatnią rękę, następnie odbiło się od ściany i ścięło głowę tamtemu stworzeniu. Trzymałam obie dłonie na ustach, aby nie wydać z siebie żadnego dźwięku. Mała postać powoli odwróciła się znów w moją stronę i zaciągnęła powietrze w nozdrza. Już możesz wyjść – krzyknęła w moją stronę. Ściągnęłam ręce z ust i przez chwilę się zawahałam czy iść. Powoli podeszłam, a mój wybawiciel zdjął chustę z twarzy i ujrzałam twarz może piętnastoletniej dziewczynki. Zupełnie zgłupiałam widząc tego dzieciaka z jakimś diabelskim narzędziem do zadawania bólu oraz wpiętą spinką w kształcie kotka we włosy. Szybkim ruchem wyciągnęła do mnie rękę i powiedziała: Cześć, jestem Królem Podziemia – na co ja prychnęłam, mówiąc: Chyba Królową Szczurów.. -Jak sobie chcesz, chciałem cię stąd zabrać- powiedziała i odwróciła się na pięcie. Przeprosiłam za to zachowanie i zgodziłam się na nieznaną wycieczkę. Ta mała „królowa” miała coś, co przypominało ni to łódkę, ni wagonik kolejowy i chodź bałam się do tego wsiąść to tak naprawdę tylko to mi pozostało. Była to jakaś śmieszna hybryda napędzana wodą i jak na swoje małe wymiary dość szybko sunęła w nieznanym dla mnie kierunku. Na moje pytania odnośnie celu podróży dowiedziałam się, że zmierzamy ku lotnisku. Naszą nieklejącą rozmowę przerwał świst i szum oraz w następstwie chmura dymu wydobywająca się z silnika zamocowanego zaraz za moimi plecami. Już domyśliłam się, że zaraz się zatrzymamy, a upewnił mnie głos kierowcy tego pojazdu brzmiący tak : Cholerna maszyna!
Zatrzymaliśmy się po prześlizgnięciu się przez kolejne dwadzieścia metrów. Królowa wyskoczyła zręcznie z siedzenia, kopnęła w wciąż dymiący silnik i spojrzała na mnie stwierdzając, że kolejne dwa kilometry przejdziemy pieszo. Gdy jechaliśmy z jakąś większą szybkością nie czułam tego odoru, który cały czas unosił tutaj. Teraz dopiero zrozumiałam, dlaczego ta dziewczyna nosi chustę. To nie była moda, tylko uchronienie się przed jakże cuchnącym kanałem. Mijaliśmy dwie inne opuszczone stacje metra, aż wreszcie osiągnęliśmy cel. To był ślepy zaułek z kanałem naprawczym dla kursujących tutaj wagonów. Teraz wyglądało to jak prowizoryczne siedlisko ubogich, których wygnano z miasta. Co prawda teraz już nikt prócz tej dziewczyny tu nie mieszkał. W każdym razie, byłam zadowolona, gdy pokazała mi spory fotel z regulowanym oparciem. Od razu ustawiłam go tak, aby się położyć, po czym właśnie otrzymałam do rąk kubek ciepłego czegoś, co przypominało w smaku kawę. Królowa odpowiedziała mi na parę pytań, które nurtowały mnie od czasu, gdy wydostałam się z kibla. Zatrzymałam się na pytaniu o datę, które zadałam tylko tak profilaktycznie, a ona mi odpowiada, że mamy czwarty rok sto-trzynastej dekady. W tym momencie zatkało mnie jak nigdy. Byłam pewna, że dziś rano obudziłam się jeszcze w drugim roku tej dekady. Czyżbym jakimś niemożliwym, a raczej możliwym sposobem przespała dwa lata, albo przeniosła się w czasie.. ale jak? Przysnęłam na parę godzin..
Obudziło mnie uderzanie w metalowe drzwi. Lekko otworzyłam oczy i znów zgłupiałam. Gdzie ja jestem? – Moja pierwsza myśl. Siedziałam w pokoju, którego ściany wystrojone były purpurowymi wzorami na śnieżnobiały tle, a na suficie wisiał biały zdobiony żyrandol. Mój wzrok powędrował w stronę drzwi. Stała w nich.. tamta dziewczyna, tyle że wyglądała na starszą o dobre pięć lat. Teraz jestem pewna- powiedziała – ty podróżujesz w czasie. Wtedy zniknęłaś na tym fotelu, pamiętasz? – Ja siadłam na łóżku i słuchałam jej podnieconego i zafascynowanego głosu. Z tego, co mówiła tym razem przesunęłam się o siedem lat. Opowiedziała mi, że znalazła mnie podczas obchodu po powierzchni i była zupełnie zdziwiona, że wciąż żyje. Mówiła coś o jakiś stworzeniach, które wygnały ludzi pod ziemię lub w góry oraz tym, że dobrze trafiłam, bo akurat jutro będzie lecieć z innymi znalezionymi do fortecy za pustynią. Odpoczęłam i dostałam coś jeść, jako że czułam się zmęczona jak po wygraniu całej olimpiady. Nazajutrz zaprowadziła mnie na powierzchnię, gdzie stał olbrzymi statek powietrzny. Wsiedliśmy. W środku siedziały już trzy osoby. Mężczyzna, który siedział najbliżej drzwi zaklął i powiedział żebyśmy szybko siadły i zapięły się dobrze, bo za niecałe dwie minuty startujemy. Zrobiłam co kazał i poczułam nagle jak ruszamy z olbrzymią prędkością oraz to, że coś w wewnętrznej kieszeni mojej kamizelki się świeci. Wyjęłam telefon, który ku mojemu zdziwieniu działał. Oślepiło mnie to na kilka sekund.
Gdy otworzyłam oczy nikogo nie było na siedzeniach obok, a maszyna leciała jakby wolniej. Odpięłam pasy i skierowałam się do kabiny pilota znajdującej się na wprost mojego wzroku. Nikogo tam nie było. Spanikowana zaczęłam szybko oddychać spoglądając na ocean obłoków, gdzieś tam daleko pode mną. Chciałam wychodzić z tej kabiny aby upewnić się czy na pewno nikogo prócz mnie tu nie ma, ale zatrzymał mnie metaliczny głos maszyny pytając : Czy kurs nadal jest taki sam. Po zrozumieniu tego, że to ten kawał złomu do mnie przemawia zadałam mu parę pytań, lecz wcale mnie to nie uspokoiło. Uświadomi mnie, że pilot wysiadł zanim startowałam oraz zaproponował, że zwolni do bezpieczniej prędkości abym mogła bezpiecznie wyskoczyć w locie. Nic nie rozumiałam. Rozglądałam się i jeden z ekraników na pulpicie maszyny wyświetlił aktualną datę, a ja po prostu stałam i zamilkłam. Obliczyłam tak szybko jak potrafiłam i.. Cholera! Prawie szesnaście tysięcy lat.. Co ja tu ro.. – nie zdążyłam pomyśleć i powiedziałam : Co ja teraz tu robię? Maszyna stwierdziła, że po przebadaniu moich fal mózgowych nie jestem wciąż świadoma, że ziemia uległa zniszczeniu, a ja lecę właśnie jakimś pojazdem, którego celem jest osiągnąć kraniec wszechświata i tu mnie zacytował „Może tak nikt nie będzie mi przeszkadzać”.
Nagle zadzwonił telefon..
Mam wiadomość od: Twój telefon – zdziwiona patrzę dalej, a tam: Przepraszam, nie mogłem wytrzymać tego, że wrzuciłaś mnie do męskiego kibla i przenosiłem cię w czasie.
Znów telefon zabłysł, moje ciało stało się lekkie i unosiłam się gdzieś w próżni..
Obudziły mnie syreny alarmowe. Co się dzieje? – pomyślałam. Rozglądam się i wciąż leżę w tym kiblu pod pisuarem, tyle że skulona i zmarznięta. Grubas leży przy drzwiach i wygląda na to, że zemdlał i w takim układzie jak upadł całkowicie zablokował drzwi. Wstałam i zorientowałam się, że wtedy zgasło światło, a teraz się świeci! Co tu jest grane. Bałam się, że mnie zgwałcił.. ale nie, wszystko jest w porządku. Nagle podskoczyłam ze strachu, gdy maszynka do osuszania rąk nagle sama się włączyła. Co jeszcze mnie dziś czeka? Chcę już stąd wyjść, a ten spaślak, nie dość, że zatarasował drzwi to jeszcze popuścił i prócz jego członka spodnie zdobiła wstrętna plama cuchnąca moczem. Przeciągałam go przez dobre dziesięć minut, a ten ani się nie obudził mino, że połowę tego czasu krzyczałam, aby pomóc sobie w wykorzystywaniu moich zwiotczałych mięśni.
Nareszcie, wydostałam się z tego kibla! – Ulżyło mi, gdy to powiedziałam. Szkoda, że telefon jest totalnie zalany wodą. Teraz trzeba przedostać się przez biurowiec oraz wyjść poza bramę i już będę tak jakby w domu. Podejrzewam, że w tym budynku pozostałam tylko ja i ten śpiący grubas, ale nawet w ostateczności nie będę go szukała i prosiła o pomoc. Schodząc po schodach zauważyłam, że alarm najprawdopodobniej nie tyczył się nalotu. Wszystkie okna zakryły się kratami. Tak jak się chwilę później domyśliłam, gdy zeszłam na parter zobaczyłam tytanowe płyty przykrywające drzwi oraz okna w taki sposób jakby miały odgrodzić jakieś zagrożenie powstałe wewnątrz budowli. W tym pomieszczeniu panowałby mrok gdyby nie sześć lekko świecących lamp awaryjnych. Znów pogrążyłam się w zamyśleniach – co tu jest grane? oraz dlaczego zostałam odcięta od świata zewnętrznego?
Moje plany skupiały się na dojściu do stołówki, jako że było to jedno z niewielu pomieszczeń posiadających balkon widowiskowy. Windy nie działały.. to znaczy nie chciały jechać. Wsiadałam do każdej z czterech wind i po wciśnięciu jakiegokolwiek przycisku drzwi po prostu zamykały się i otwierały wydając taki specyficzny dla wind dzwonek. Pozostały mi schody, wędrówka na czwarte piętro, czyli droga do najbliższej stołówki. Każdy stopień powyżej drugiego piętra stawał się dla mnie coraz to większym wyzwaniem, jako że czułam się obita, głodna oraz niewyspana. Mimo to w ciągu paru minut razem z moimi obolałymi nogami znalazłam się przed drzwiami stołówki. Nic nie wskazywało na niebezpieczeństwo lub kolejne ograniczenia dostępu także możliwie szybkim ruchem otworzyłam drzwi. Przechodząc przez część, w której wydawano posiłki widziałam wiele porzuconych posiłków, jakby pozostawionych w pośpiechu oraz poczułam jakiś dziwny zapach. Widząc jedzenie zaraz rzuciłam się do talerza wypełnionego do połowy już zimnym makaronem przygotowanym na słono, z sosem pomidorowym. Zjadłam tan posiłek chyba najszybciej w moim życiu. Weszłam do sali, w której spożywa się posiłki oraz istnieje możliwość wyjścia na taras i znalazłam powód tego dziwnego zapachu. To ten grubas.. a raczej górna połowa jego ciała. Powstrzymałam się od zwymiotowania, chodź już czułam ten niesmak w ustach. Wyglądało na to, że musiał w pośpiechu opuszczać balkon, tak jakby coś go z niego wygoniło, a automatycznie zamykające drzwi podzieliły jego żywot, jednorazowo sprowadzając śmierć. Przynajmniej nie widziałam już tej obleśnej plamy na jego spodniach, za co mogę podziękować silnikowi i wadliwej fotokomórce. Posiedziałam parę minut w opuszczonej kuchni, aby dojść do siebie. Postanowiłam nie wracać już do tej jadalni, ale rozpatrywałam udanie się do innej jadalni na dziesiątym piętrze. Co prawda nigdy nie byłam jeszcze wyżej niż na ósmym piętrze, ale strasznie mnie ciekawiło co dzieje się na zewnątrz budynku. Po tym, co zobaczyłam domyślam się, że to biurowiec zamknął się przed czymś z zewnątrz, a nie uwięził niebezpieczeństwo tutaj. Nawet wolę tę pierwszą wersję, jako że najprawdopodobniej teraz jestem tutaj sama i lepiej już żeby na razie tak pozostało.
Dobrze, że zjadłam wtedy tamte resztki w stołówce, bo teraz idąc po schodach i mijając kolejne stopnie czuję jak spalam to, co zjadłam. Widząc za oknami ciemniejące niebo myślę tylko o tym by jeszcze dziś zasnąć w bezpiecznym miejscu przy jakimś małym światełku. Mijając klatkę schodową na dziewiątym piętrze zauważyłam, że na zewnątrz jest już zupełnie ciemno, co wzbudziło to we mnie niepewność. Znalazłam się na dziesiątym piętrze i stanęłam przed tablicą informacyjną z planem piętra, aby zlokalizować stołówkę. Jak się okazało na tym poziomie taras przypada na salę konferencyjną. Przechodząc przez opustoszałe korytarze zobaczyłam jedyne zamknięte drzwi na tym piętrze.. naturalnie wyjściowe do pomieszczenia do, którego mam zamiar się dostać. Podchodzę i przekręcam klamkę.. eee.. ta klamka się nie kręci.. co jest? Te drzwi otwiera się za pomocą karty. Pieprzona elektryczność. Jak ja się tam dostanę. Przeszukiwałam wszystkie biura, schowki i kible, alby znaleźć takową kartę lub może kogoś, kto by tu pozostał. Usłyszałam jakiś dźwięk, tak jakby coś upadło na podłogę. Włosy stanęły mi na głowie. Wydawało mi się, że dochodził ze stołówki, a tam jeszcze nie sprawdzałam. Tutaj przy kuchni nie było prawie wcale porzuconego jedzenia, prócz rozbitego talerza zupy zajmującego większość podłogi. Przechodząc czułam jak ni to buty się ślizgały, a przy podnoszeniu nogi kleiły do posadzki. Stanęłam w otwartych dwuskrzydłowych drzwiach do jadalni i oczom moim ukazała się leżąca na brzuchu osoba z skierowanym do mnie nogami. To chyba ta kobieta z kadr – pomyślałam, po czym wydałam z siebie ciche głos: Halo, nic ci nie jest? .. W włosach miała wplątane coś jakby żyły. Pochyliłam się aby odwrócić jej głowę i sprawdzić czy tylko zemdlała, czy może już nie żyje. Łapiąc jedną ręką za bark, a drugą za udo przewróciłam ją na drugą stronę. W przerażeniu upadłam w tył i podparta na rękach zaczęłam wrzeszczeć. Jej twarz miała zdartą i wysuszoną skórę, z pustych oczodołów zwisały nerwy oraz takie same żyły jak we włosach. Mój szok zakończył się, gdy zwróciłam uwagę na kartę dostępu uwieszoną na jej szyi. W parę sekund zebrałam odwagę i złapałam kartę.. gdy już przedostawałam smycz przez głowę poczułam ciepły i lepiący uścisk na moim łokciu. Momentalnie wstałam i będąc w niedziałającej windzie zorientowałam się, jak szybko przebiegłam ten odcinek drogi i że jak oszalała wciskam przycisk oznaczony jako „parter”. Spojrzałam za siebie, ale nikogo tak nie było. Było tutaj tak cicho, że ze strachu przeszły mi ciarki. Gdy chciałam zrobić krok z windy, nagle podłoże zatrzęsło się, a ja się przewróciłam. Drzwi zamknęły się niespodziewanie szybko i winda ku mojemu zdumieniu ruszyła. Zatrzymała się na parterze, ale drzwi się nie otworzyły. Usłyszałam drapanie jakby paznokciami o drzwi z zewnątrz windy i zlękłam się potwornie. Ktoś tam był. Słyszałam rozmowę dwóch osób w języku łacińskim. Nauka tego języka teraz przysporzyła mi rozmyślań. Wydawało mi się, że mówią coś na temat otwarcia drzwi. Poczułam chłód od podłoża. Momentalnie zrobiło mi się zimno, a za chwilę gorąco z powodu masywnego uderzenia w drzwi, które pozostawiło odkształcenie, dużej jak połowa arbuza, pięści. Winda poruszyła się lekko, po czym ruszyła w dół z taką szybkością, że wystający kawałek odstający na drzwiach zrobił otwór na brzegu sufitu. Po chwili winda zjechała na piętro zamknięte znajdujące się poniżej garaży i kotłowni i gwałtownie walnęła w coś poniżej powodując ogromny wstrząs. Światełko z windzie zgasło, a ja jak zwykle mi się zdarza uderzyłam w coś głową i zemdlałam.
Przebudził mnie łomot. Coś uderzyło w drzwi. Po chwili zapaliło się światło i otworzyły się wrota do tego nieznanego dla mnie świata. Do wokół panował półmrok a do wysokości kolan unosiła się zielonkawa mgła. To miejsce wyglądało jak zapomniana stacja metra. Wszystko wskazywało na to, że tutaj kiedyś jeździła jakaś podziemna kolej. W tunelu z szynami płynęła jakaś ciecz, a ściany pokryte były jakimś rodzajem pleśni. Usłyszałam pluskanie, jakby ktoś biegł w tunelu, a po chwili łomot dochodzący z windy, która mnie tu przywiozła. Przyklękłam za jednym z, podtrzymujących sufit, słupów. Jakaś niska i niezgrabna postać wypełzła z tunelu i głośno wciągnęła powietrze nozdrzami. Szybkim ruchem skierowała wzrok w moją stronę i już zrobiła dwa kroki w moją stronę, gdy nagle przystanęła z powodu czegoś, co wypadło z windy. Była to tamta kobieta z stołówki. Miała tylko jedną rękę i wyglądało na to, że trzyma ją w tej, którą ma jeszcze przyczepioną do ciała. Nie trwało to długo, bo mała postać wystrzeliła czymś, co lecąc ucięło już ostatnią rękę, następnie odbiło się od ściany i ścięło głowę tamtemu stworzeniu. Trzymałam obie dłonie na ustach, aby nie wydać z siebie żadnego dźwięku. Mała postać powoli odwróciła się znów w moją stronę i zaciągnęła powietrze w nozdrza. Już możesz wyjść – krzyknęła w moją stronę. Ściągnęłam ręce z ust i przez chwilę się zawahałam czy iść. Powoli podeszłam, a mój wybawiciel zdjął chustę z twarzy i ujrzałam twarz może piętnastoletniej dziewczynki. Zupełnie zgłupiałam widząc tego dzieciaka z jakimś diabelskim narzędziem do zadawania bólu oraz wpiętą spinką w kształcie kotka we włosy. Szybkim ruchem wyciągnęła do mnie rękę i powiedziała: Cześć, jestem Królem Podziemia – na co ja prychnęłam, mówiąc: Chyba Królową Szczurów.. -Jak sobie chcesz, chciałem cię stąd zabrać- powiedziała i odwróciła się na pięcie. Przeprosiłam za to zachowanie i zgodziłam się na nieznaną wycieczkę. Ta mała „królowa” miała coś, co przypominało ni to łódkę, ni wagonik kolejowy i chodź bałam się do tego wsiąść to tak naprawdę tylko to mi pozostało. Była to jakaś śmieszna hybryda napędzana wodą i jak na swoje małe wymiary dość szybko sunęła w nieznanym dla mnie kierunku. Na moje pytania odnośnie celu podróży dowiedziałam się, że zmierzamy ku lotnisku. Naszą nieklejącą rozmowę przerwał świst i szum oraz w następstwie chmura dymu wydobywająca się z silnika zamocowanego zaraz za moimi plecami. Już domyśliłam się, że zaraz się zatrzymamy, a upewnił mnie głos kierowcy tego pojazdu brzmiący tak : Cholerna maszyna!
Zatrzymaliśmy się po prześlizgnięciu się przez kolejne dwadzieścia metrów. Królowa wyskoczyła zręcznie z siedzenia, kopnęła w wciąż dymiący silnik i spojrzała na mnie stwierdzając, że kolejne dwa kilometry przejdziemy pieszo. Gdy jechaliśmy z jakąś większą szybkością nie czułam tego odoru, który cały czas unosił tutaj. Teraz dopiero zrozumiałam, dlaczego ta dziewczyna nosi chustę. To nie była moda, tylko uchronienie się przed jakże cuchnącym kanałem. Mijaliśmy dwie inne opuszczone stacje metra, aż wreszcie osiągnęliśmy cel. To był ślepy zaułek z kanałem naprawczym dla kursujących tutaj wagonów. Teraz wyglądało to jak prowizoryczne siedlisko ubogich, których wygnano z miasta. Co prawda teraz już nikt prócz tej dziewczyny tu nie mieszkał. W każdym razie, byłam zadowolona, gdy pokazała mi spory fotel z regulowanym oparciem. Od razu ustawiłam go tak, aby się położyć, po czym właśnie otrzymałam do rąk kubek ciepłego czegoś, co przypominało w smaku kawę. Królowa odpowiedziała mi na parę pytań, które nurtowały mnie od czasu, gdy wydostałam się z kibla. Zatrzymałam się na pytaniu o datę, które zadałam tylko tak profilaktycznie, a ona mi odpowiada, że mamy czwarty rok sto-trzynastej dekady. W tym momencie zatkało mnie jak nigdy. Byłam pewna, że dziś rano obudziłam się jeszcze w drugim roku tej dekady. Czyżbym jakimś niemożliwym, a raczej możliwym sposobem przespała dwa lata, albo przeniosła się w czasie.. ale jak? Przysnęłam na parę godzin..
Obudziło mnie uderzanie w metalowe drzwi. Lekko otworzyłam oczy i znów zgłupiałam. Gdzie ja jestem? – Moja pierwsza myśl. Siedziałam w pokoju, którego ściany wystrojone były purpurowymi wzorami na śnieżnobiały tle, a na suficie wisiał biały zdobiony żyrandol. Mój wzrok powędrował w stronę drzwi. Stała w nich.. tamta dziewczyna, tyle że wyglądała na starszą o dobre pięć lat. Teraz jestem pewna- powiedziała – ty podróżujesz w czasie. Wtedy zniknęłaś na tym fotelu, pamiętasz? – Ja siadłam na łóżku i słuchałam jej podnieconego i zafascynowanego głosu. Z tego, co mówiła tym razem przesunęłam się o siedem lat. Opowiedziała mi, że znalazła mnie podczas obchodu po powierzchni i była zupełnie zdziwiona, że wciąż żyje. Mówiła coś o jakiś stworzeniach, które wygnały ludzi pod ziemię lub w góry oraz tym, że dobrze trafiłam, bo akurat jutro będzie lecieć z innymi znalezionymi do fortecy za pustynią. Odpoczęłam i dostałam coś jeść, jako że czułam się zmęczona jak po wygraniu całej olimpiady. Nazajutrz zaprowadziła mnie na powierzchnię, gdzie stał olbrzymi statek powietrzny. Wsiedliśmy. W środku siedziały już trzy osoby. Mężczyzna, który siedział najbliżej drzwi zaklął i powiedział żebyśmy szybko siadły i zapięły się dobrze, bo za niecałe dwie minuty startujemy. Zrobiłam co kazał i poczułam nagle jak ruszamy z olbrzymią prędkością oraz to, że coś w wewnętrznej kieszeni mojej kamizelki się świeci. Wyjęłam telefon, który ku mojemu zdziwieniu działał. Oślepiło mnie to na kilka sekund.
Gdy otworzyłam oczy nikogo nie było na siedzeniach obok, a maszyna leciała jakby wolniej. Odpięłam pasy i skierowałam się do kabiny pilota znajdującej się na wprost mojego wzroku. Nikogo tam nie było. Spanikowana zaczęłam szybko oddychać spoglądając na ocean obłoków, gdzieś tam daleko pode mną. Chciałam wychodzić z tej kabiny aby upewnić się czy na pewno nikogo prócz mnie tu nie ma, ale zatrzymał mnie metaliczny głos maszyny pytając : Czy kurs nadal jest taki sam. Po zrozumieniu tego, że to ten kawał złomu do mnie przemawia zadałam mu parę pytań, lecz wcale mnie to nie uspokoiło. Uświadomi mnie, że pilot wysiadł zanim startowałam oraz zaproponował, że zwolni do bezpieczniej prędkości abym mogła bezpiecznie wyskoczyć w locie. Nic nie rozumiałam. Rozglądałam się i jeden z ekraników na pulpicie maszyny wyświetlił aktualną datę, a ja po prostu stałam i zamilkłam. Obliczyłam tak szybko jak potrafiłam i.. Cholera! Prawie szesnaście tysięcy lat.. Co ja tu ro.. – nie zdążyłam pomyśleć i powiedziałam : Co ja teraz tu robię? Maszyna stwierdziła, że po przebadaniu moich fal mózgowych nie jestem wciąż świadoma, że ziemia uległa zniszczeniu, a ja lecę właśnie jakimś pojazdem, którego celem jest osiągnąć kraniec wszechświata i tu mnie zacytował „Może tak nikt nie będzie mi przeszkadzać”.
Nagle zadzwonił telefon..
Mam wiadomość od: Twój telefon – zdziwiona patrzę dalej, a tam: Przepraszam, nie mogłem wytrzymać tego, że wrzuciłaś mnie do męskiego kibla i przenosiłem cię w czasie.
Znów telefon zabłysł, moje ciało stało się lekkie i unosiłam się gdzieś w próżni..
Niewinność..
Stoję jak ten kołek, a sędzia oraz Wiktoria czekają aż potwierdzę niewinność mojej żony. Tak kocham ją bardzo, chodź mam wątpliwości co do tej niewinności. Dlaczego? Dobrze wiem, że nie lubiła Karoliny. Z drugiej strony czy to powód, aby rzucać na ludzi coś takiego, co można by nazwać klątwą. Nawet nie wiesz czy to istnieje i czy działa. Moja córka Wiki wierzy w to, że powiem te magiczne słowa, które ostatecznie oczyszczą kochaną mamę z zarzutów. To jak paintball, tylko nie wiesz czy ktoś nie dał ci prawdziwej broni. Z miłości mam ją uniewinnić.. To oczywiste, że tak zrobię.. ale obawiam się co do kolejnych zdarzeń. Naturalnie siedzimy już przy stole zajadając się ciastem w to słoneczne sobotnie popołudnie. Nadal czuję, że tamte słowa z przed tygodnia nie były prawdą z strony sumienia. Ona wtedy powiedziała mi dziękuje.. a tego nie robi się w takich sytuacjach. Dzieje się tak tylko, dlatego bo wiem, iż ona potrafi rzucić klątwę na kogoś, kogo nie lubi, nawet z własnego kaprysu. Do tej pory zabiła w ten sposób cztery koty sąsiada. I gdyby potrafił je rozróżniać to na pewno podałby ją do sądu już wcześniej. Sprawa jest poważna, dlatego że tym razem to nie kot, a człowiek uległ śmiertelnemu wypadkowi. Aż boję się spojrzeć sobie w oczy, bo zaraz przychodzi mi na myśl to, że sami mamy córkę. Wróciliśmy z wycieczki z nad morza. Takie dwa tygodnie urlopu to odskocznia po tych wszystkich wydarzeniach. Rejs repliką statku piratów, wylegiwanie się na plaży w cieniu palmy oraz spokojne wieczory, gdy ona zasypia w moich ramionach, a w tle słychać przygrywającą kapelę tutejszych muzykantów. Ile lat czekałem na taki urlop, nie wie nikt..
Rozkoszuj się szumem morza..
No i zaczęło się zaraz po powrocie. To, czego można było się spodziewać. Spalony dom. Wciąż niespłacony samochód obity z każdej możliwej strony mino tego, że zostawiłem go w wynajętym garażu. I nawet nie mogę powiedzieć, że w przypadki nie wierzę. Na nieszczęście i szczęście przenieśliśmy się z rzeczami, których pożar nie strawił do mieszkania mojej matki, jako że ktoś ją otruł podczas naszej nieobecności. Jak to żona mi powiedziała „teraz to w niezłe gówno wskoczyliśmy”, a ja od razu z troską zwróciłem wzrok na naszą małą Wiktorię. Tego wieczoru poprosiłem ją o bardzo szczegółową i szczerą rozmowę na temat klątw.
Rozkoszuj się żoną czarownicą..
Tak, tak jak myślałem jest równo czarująca, co zaczarowana.. Teraz wiem, że przynajmniej w pracy ktoś się o mnie martwi. Jestem architektem i właśnie teraz, gdy zamykam mój największy projekt za pomocą otwarcia najwyższego budynku na ziemi mogę zaprosić tam moją rodzinę w ramach pocieszenia. Jakkolwiek to wygląda, osobiście jestem wkurzony na szefa, że powiedział mi to w ten sposób. Z drugiej strony cieszę się, że i oni tu będą. Sam budynek będzie mierzyć dokładnie dwa tysiące trzysta dwadzieścia metrów. Ona była zaniepokojona, gdy pojechałem przeciąć wstęgę z okazji przekroczenia jednego kilometra wysokości. To nie było takie zwykłe zaniepokojenie. Ona jakby czuła, co ma się stać.
Rozkoszuj się życiem..
Jeszcze trzy dni i będzie można oddać do użytku ten kolos. Bez względu na to, jaka będzie pogoda otwarcie odbędzie się w oszklonym punkcie widokowym, który znajduje się na szczycie. Czuję lekkie podniecenie, gdy pomyślę, że czeka mnie dwudziesto-minutowa jazda windą. Dokładnie teraz, gdy zajadam się skąpanymi w mleku płatkami śniadaniowymi te wszystkie uczucia dotyczące tego budynku jakby siedzą mi na głowie i skaczą. One, żona i córka, siedzą i patrzą jak rozmarzony i uśmiechnięty myślę o tym widoku obłoczków i tego mrowiska, gdy już spojrzę z góry w dół. Budowa powyżej tysiąca dwustu metrów kontynuowały maszyny z powodu trudności z oddychaniem na tak dużej wysokości bez możliwości częstych dostaw butli tlenowych.
Dwa dni..
Teraz siedzimy w przydzielonym przez ubezpieczalnie mieszkaniu. Ze względu na ogromne zadłużenie tamtego domu po mamie, po prostu skonfiskowano mieszkanie. Cieszę się, że już cały projekt mam zrobiony, bo dziś zupełnie nie mam weny twórczej i gdyby przyszła jakaś wiadomość dotycząca poprawek, na które mam wyłączność, to musieliby przesunąć wielkie otwarcie. Wiktoria mino tego, że straciła wszystkie zabawki wygląda na zadowoloną. Często zazdroszczę jej tego dzieciństwa, które w moim przypadku minęło już bezpowrotnie. W każdym razie młodszy już nie będę..
Jeden dzień..
Idę na inspekcję udokumentowania, która przed otwarciem budynku do używalności i umieszczeniem wszystkich papierów w teczkach archiwum, musi skończyć cały proces budowy i ostatecznie zakończyć proces udostępnienia mi dożywotniej emerytury w wysokości liczącej jeden procent dochodów przyniesionych przez wszystkie instytucje działające w budynku. Podczas sprawdzania zaskoczyły mnie dwie sytuacje. Po pierwsze odwiedziła mnie moja żona, czego nigdy nie robi podczas mojej pracy.. a po drugie zaginął gdzieś dokument stabilności dotyczący małej wegańskiej knajpy znajdującej się na szesnastym piętrze. Pod koniec dnia, co prawda bez sprawdzenia, ale z podpisem prezesa firmy dostarczyłem nową wersję tego papierka. Wróciłem do mieszkania prawie o północy. Obie moje dziewczyny, jak i żona, tak i córka czekały na mnie bawiąc się razem. Wszyscy położyliśmy się spać, ponieważ jutro trzeba wstać wyspanym.
Dziś..
Tak, otworzyłem oczy, a ona już siedziała w łazience przymierzając sukienki. Gdy tylko zauważyła, że już nie śpię otrzymałem kilkanaście pytań dotyczących jej dzisiejszego ubioru. Zaraz po tym ustroiła Wiktorię i chodź jeszcze półtora godziny do otwarcia były już gotowe i czekały na mnie przy stole w kuchni. Widziałem w jej oczach jeszcze jakieś zaniepokojenie prócz tego podekscytowania. Po tym, gdy sam się przygotowałem udaliśmy się na wielkie otwarcie..
Plama..
Dwadzieścia minut, w sześciu windach i już byliśmy na szczycie. Widok był powalający. Pod szklaną kopułą, na samym szczycie znajdował się mały park. Były tam drzewa, spory kawałek usłany trawą oraz fontanna umieszczona na środku. Niby nic takiego, ale na takiej wysokości to robi tak wielkie wrażenie, że można by tak stać godzinami i patrzeć raz w dół raz w górę. Przemowa prezesa, moje przecięcie wstęgi oraz toast i już byliśmy po wstępie do najważniejszego. Holograficzny pokaz konstrukcji unoszący się nad tłumem i delikatny głos wydobywający się z głośników przedstawiał wszystkie instytucje, które od jutra zaczynają swój żywot w tym budynku. Na końcu prezes oznajmił, iż budynek spełnia wymagania narzucone przez urząd i ze względu na te wszystkie mieszkania i firmy, szkołę oraz dwie przychodnie ta budowla otrzymała status miasta. Na moją wcześniejszą prośbę, chodź nie wierzyłem, że to się stanie miasto dostaje nazwę stworzoną na cześć mojej ukochanej żony.. Annopolis.. a ona, Anna, która stoi właśnie z córką na zewnętrznym tarasie widokowym z ubraną maską tlenową traci przytomność, przewraca się na małą Wiktorię oraz upada po schodach wybijając otwór w szybie jakby ogień strawił szkło. Spada w dół, a Wiktoria oplata ją w pasie tymi małymi rączkami.. Spadają z najwyższego budynku świata..
Zastanawiam się czy nie skoczyć za nimi.. ale wchodzę do windy i po najgorszych dwudziestu minutach w płaczu i bólu serca zjechałem na parter.. wybiegam przed budynek i patrzę w oczy mojej żony..
Kurwa? Co jest? Spadła z najwyższego budynku na ziemi i żyje..
A ona mówi do mnie: Ta plama to nasza córka, Wiktoria..
Ona..
On śpi w szpitalu, jest w ciężkim szoku. Ja, żona teraz już psychicznie chorego i nieżyjącej córki opowiem wam o moim życiu.. takim kawałku z życia wszechświata..
Tak, więc na początku obudziłam się rano z snu, w którym pożeram moją córkę, następnie po porannej toalecie rzucam na siebie samą klątwę. Sprzedałam swoją duszę kosztem nieśmiertelności. Szykuję się na wielkie otwarcie budynku, zaprojektowanego przez mojego męża. Gdy słyszę jego głos z samego rana chce mi się płakać.. to przypomina mi drugi miesiąc po urodzeniu Wiktorii.. wtedy gdy ja zupełnie nie chciałam tego dziecka i nie miałam nawet ochoty by je dotykać.. trzymam nóż w ręce i postanawiam zabić własną córkę.. a mój mąż wraca wcześniej z pracy i na słowa powitania dobiegające z przedsionka upuszczam nóż i zaczynam żyć w świadomości, że on może kochać tę małą istotę którą urodziłam. Wracając do kolejnej czynności w tym dniu patrzę na naszą córkę z świadomością, że już dziś ją stracę.. nie wiem dokładnie kiedy oraz jak, ale wiem że ją stracę.. Zasada jest jedna, czarownica rzucająca klątwę nieśmiertelności na siebie pozbawia się jakiegokolwiek potomstwa. Gdy moja matka, która także była czarownicą umarła przy porodzie, tak jak jej matka i babka. Ja zdecydowałam się na ten ruch, ponieważ jestem samolubna..? nie po prostu wiem, że mam umrzeć, a chcę żyć.
Wyruszam z moją rodziną na otwarcie. Mój mąż pokazuje mi najpiękniejszy widok, jaki dotychczas widziałam. Stoję z córką na tarasie i wzrok zasłania mi mgła.. budzę się w obdartym ubraniu leżąc na plamie która była moją córką.. wstaję, a mój mąż wybiega z budynku z chorobą psychiczną, którą otrzymywał przez ostatnie dwadzieścia minut i uruchomił jej bieg poprzez spojrzenie na mnie..
Stoję jak ten kołek, a sędzia oraz Wiktoria czekają aż potwierdzę niewinność mojej żony. Tak kocham ją bardzo, chodź mam wątpliwości co do tej niewinności. Dlaczego? Dobrze wiem, że nie lubiła Karoliny. Z drugiej strony czy to powód, aby rzucać na ludzi coś takiego, co można by nazwać klątwą. Nawet nie wiesz czy to istnieje i czy działa. Moja córka Wiki wierzy w to, że powiem te magiczne słowa, które ostatecznie oczyszczą kochaną mamę z zarzutów. To jak paintball, tylko nie wiesz czy ktoś nie dał ci prawdziwej broni. Z miłości mam ją uniewinnić.. To oczywiste, że tak zrobię.. ale obawiam się co do kolejnych zdarzeń. Naturalnie siedzimy już przy stole zajadając się ciastem w to słoneczne sobotnie popołudnie. Nadal czuję, że tamte słowa z przed tygodnia nie były prawdą z strony sumienia. Ona wtedy powiedziała mi dziękuje.. a tego nie robi się w takich sytuacjach. Dzieje się tak tylko, dlatego bo wiem, iż ona potrafi rzucić klątwę na kogoś, kogo nie lubi, nawet z własnego kaprysu. Do tej pory zabiła w ten sposób cztery koty sąsiada. I gdyby potrafił je rozróżniać to na pewno podałby ją do sądu już wcześniej. Sprawa jest poważna, dlatego że tym razem to nie kot, a człowiek uległ śmiertelnemu wypadkowi. Aż boję się spojrzeć sobie w oczy, bo zaraz przychodzi mi na myśl to, że sami mamy córkę. Wróciliśmy z wycieczki z nad morza. Takie dwa tygodnie urlopu to odskocznia po tych wszystkich wydarzeniach. Rejs repliką statku piratów, wylegiwanie się na plaży w cieniu palmy oraz spokojne wieczory, gdy ona zasypia w moich ramionach, a w tle słychać przygrywającą kapelę tutejszych muzykantów. Ile lat czekałem na taki urlop, nie wie nikt..
Rozkoszuj się szumem morza..
No i zaczęło się zaraz po powrocie. To, czego można było się spodziewać. Spalony dom. Wciąż niespłacony samochód obity z każdej możliwej strony mino tego, że zostawiłem go w wynajętym garażu. I nawet nie mogę powiedzieć, że w przypadki nie wierzę. Na nieszczęście i szczęście przenieśliśmy się z rzeczami, których pożar nie strawił do mieszkania mojej matki, jako że ktoś ją otruł podczas naszej nieobecności. Jak to żona mi powiedziała „teraz to w niezłe gówno wskoczyliśmy”, a ja od razu z troską zwróciłem wzrok na naszą małą Wiktorię. Tego wieczoru poprosiłem ją o bardzo szczegółową i szczerą rozmowę na temat klątw.
Rozkoszuj się żoną czarownicą..
Tak, tak jak myślałem jest równo czarująca, co zaczarowana.. Teraz wiem, że przynajmniej w pracy ktoś się o mnie martwi. Jestem architektem i właśnie teraz, gdy zamykam mój największy projekt za pomocą otwarcia najwyższego budynku na ziemi mogę zaprosić tam moją rodzinę w ramach pocieszenia. Jakkolwiek to wygląda, osobiście jestem wkurzony na szefa, że powiedział mi to w ten sposób. Z drugiej strony cieszę się, że i oni tu będą. Sam budynek będzie mierzyć dokładnie dwa tysiące trzysta dwadzieścia metrów. Ona była zaniepokojona, gdy pojechałem przeciąć wstęgę z okazji przekroczenia jednego kilometra wysokości. To nie było takie zwykłe zaniepokojenie. Ona jakby czuła, co ma się stać.
Rozkoszuj się życiem..
Jeszcze trzy dni i będzie można oddać do użytku ten kolos. Bez względu na to, jaka będzie pogoda otwarcie odbędzie się w oszklonym punkcie widokowym, który znajduje się na szczycie. Czuję lekkie podniecenie, gdy pomyślę, że czeka mnie dwudziesto-minutowa jazda windą. Dokładnie teraz, gdy zajadam się skąpanymi w mleku płatkami śniadaniowymi te wszystkie uczucia dotyczące tego budynku jakby siedzą mi na głowie i skaczą. One, żona i córka, siedzą i patrzą jak rozmarzony i uśmiechnięty myślę o tym widoku obłoczków i tego mrowiska, gdy już spojrzę z góry w dół. Budowa powyżej tysiąca dwustu metrów kontynuowały maszyny z powodu trudności z oddychaniem na tak dużej wysokości bez możliwości częstych dostaw butli tlenowych.
Dwa dni..
Teraz siedzimy w przydzielonym przez ubezpieczalnie mieszkaniu. Ze względu na ogromne zadłużenie tamtego domu po mamie, po prostu skonfiskowano mieszkanie. Cieszę się, że już cały projekt mam zrobiony, bo dziś zupełnie nie mam weny twórczej i gdyby przyszła jakaś wiadomość dotycząca poprawek, na które mam wyłączność, to musieliby przesunąć wielkie otwarcie. Wiktoria mino tego, że straciła wszystkie zabawki wygląda na zadowoloną. Często zazdroszczę jej tego dzieciństwa, które w moim przypadku minęło już bezpowrotnie. W każdym razie młodszy już nie będę..
Jeden dzień..
Idę na inspekcję udokumentowania, która przed otwarciem budynku do używalności i umieszczeniem wszystkich papierów w teczkach archiwum, musi skończyć cały proces budowy i ostatecznie zakończyć proces udostępnienia mi dożywotniej emerytury w wysokości liczącej jeden procent dochodów przyniesionych przez wszystkie instytucje działające w budynku. Podczas sprawdzania zaskoczyły mnie dwie sytuacje. Po pierwsze odwiedziła mnie moja żona, czego nigdy nie robi podczas mojej pracy.. a po drugie zaginął gdzieś dokument stabilności dotyczący małej wegańskiej knajpy znajdującej się na szesnastym piętrze. Pod koniec dnia, co prawda bez sprawdzenia, ale z podpisem prezesa firmy dostarczyłem nową wersję tego papierka. Wróciłem do mieszkania prawie o północy. Obie moje dziewczyny, jak i żona, tak i córka czekały na mnie bawiąc się razem. Wszyscy położyliśmy się spać, ponieważ jutro trzeba wstać wyspanym.
Dziś..
Tak, otworzyłem oczy, a ona już siedziała w łazience przymierzając sukienki. Gdy tylko zauważyła, że już nie śpię otrzymałem kilkanaście pytań dotyczących jej dzisiejszego ubioru. Zaraz po tym ustroiła Wiktorię i chodź jeszcze półtora godziny do otwarcia były już gotowe i czekały na mnie przy stole w kuchni. Widziałem w jej oczach jeszcze jakieś zaniepokojenie prócz tego podekscytowania. Po tym, gdy sam się przygotowałem udaliśmy się na wielkie otwarcie..
Plama..
Dwadzieścia minut, w sześciu windach i już byliśmy na szczycie. Widok był powalający. Pod szklaną kopułą, na samym szczycie znajdował się mały park. Były tam drzewa, spory kawałek usłany trawą oraz fontanna umieszczona na środku. Niby nic takiego, ale na takiej wysokości to robi tak wielkie wrażenie, że można by tak stać godzinami i patrzeć raz w dół raz w górę. Przemowa prezesa, moje przecięcie wstęgi oraz toast i już byliśmy po wstępie do najważniejszego. Holograficzny pokaz konstrukcji unoszący się nad tłumem i delikatny głos wydobywający się z głośników przedstawiał wszystkie instytucje, które od jutra zaczynają swój żywot w tym budynku. Na końcu prezes oznajmił, iż budynek spełnia wymagania narzucone przez urząd i ze względu na te wszystkie mieszkania i firmy, szkołę oraz dwie przychodnie ta budowla otrzymała status miasta. Na moją wcześniejszą prośbę, chodź nie wierzyłem, że to się stanie miasto dostaje nazwę stworzoną na cześć mojej ukochanej żony.. Annopolis.. a ona, Anna, która stoi właśnie z córką na zewnętrznym tarasie widokowym z ubraną maską tlenową traci przytomność, przewraca się na małą Wiktorię oraz upada po schodach wybijając otwór w szybie jakby ogień strawił szkło. Spada w dół, a Wiktoria oplata ją w pasie tymi małymi rączkami.. Spadają z najwyższego budynku świata..
Zastanawiam się czy nie skoczyć za nimi.. ale wchodzę do windy i po najgorszych dwudziestu minutach w płaczu i bólu serca zjechałem na parter.. wybiegam przed budynek i patrzę w oczy mojej żony..
Kurwa? Co jest? Spadła z najwyższego budynku na ziemi i żyje..
A ona mówi do mnie: Ta plama to nasza córka, Wiktoria..
Ona..
On śpi w szpitalu, jest w ciężkim szoku. Ja, żona teraz już psychicznie chorego i nieżyjącej córki opowiem wam o moim życiu.. takim kawałku z życia wszechświata..
Tak, więc na początku obudziłam się rano z snu, w którym pożeram moją córkę, następnie po porannej toalecie rzucam na siebie samą klątwę. Sprzedałam swoją duszę kosztem nieśmiertelności. Szykuję się na wielkie otwarcie budynku, zaprojektowanego przez mojego męża. Gdy słyszę jego głos z samego rana chce mi się płakać.. to przypomina mi drugi miesiąc po urodzeniu Wiktorii.. wtedy gdy ja zupełnie nie chciałam tego dziecka i nie miałam nawet ochoty by je dotykać.. trzymam nóż w ręce i postanawiam zabić własną córkę.. a mój mąż wraca wcześniej z pracy i na słowa powitania dobiegające z przedsionka upuszczam nóż i zaczynam żyć w świadomości, że on może kochać tę małą istotę którą urodziłam. Wracając do kolejnej czynności w tym dniu patrzę na naszą córkę z świadomością, że już dziś ją stracę.. nie wiem dokładnie kiedy oraz jak, ale wiem że ją stracę.. Zasada jest jedna, czarownica rzucająca klątwę nieśmiertelności na siebie pozbawia się jakiegokolwiek potomstwa. Gdy moja matka, która także była czarownicą umarła przy porodzie, tak jak jej matka i babka. Ja zdecydowałam się na ten ruch, ponieważ jestem samolubna..? nie po prostu wiem, że mam umrzeć, a chcę żyć.
Wyruszam z moją rodziną na otwarcie. Mój mąż pokazuje mi najpiękniejszy widok, jaki dotychczas widziałam. Stoję z córką na tarasie i wzrok zasłania mi mgła.. budzę się w obdartym ubraniu leżąc na plamie która była moją córką.. wstaję, a mój mąż wybiega z budynku z chorobą psychiczną, którą otrzymywał przez ostatnie dwadzieścia minut i uruchomił jej bieg poprzez spojrzenie na mnie..
No i po wszystkim.. nie będę mieć już kolejnej szansy. Tak szczerze mówiąc, to mam już dość tej bandy kretynów i ich zachcianek. Zresztą, co to za życie jak się jest martwym.. niby jestem zadowolony, ale jak pomyślę o mojej zimnej skórze, która jest już tylko powłoką tego kawałka zaczarowanego mięsa. Tak w skrócie to kiedyś zostałem wampirem..
Tak, więc.. dwa lata temu tak jak co dzień obudziłem się rano, przeciągnąłem się, odsłoniłem roletę, udałem się do łazienki i wtedy wszystko przestało mieć znaczenie. W lustrze nie znalazłem swojego odbicia. Nie potrafiłem się przestraszyć, zostało mi tylko zdziwienie. Po dwugodzinnych przemyśleniach udałem się do pracy i prócz paru uwag, że jestem bledszy niż zwykle, to nikt nic nie zauważył. Wróciłem do domu i odkryłem, że potrafię zmieniać rysy i kształt mojej twarzy. Zastanawiałem się jak w kolejnym dniu będzie wyglądać moje spotkanie z nowym potencjalnym inwestorem. Dla ścisłości w mojej pracy zajmuje się uzyskiwaniem kontraktów w branży meblowej. Człowiek, z którym miałem się spotkać był facetem w średnim wieku, lubiący pić coraz to nowsze alkohole oraz zapisywać każdą nową myśl w swoim notesie.. skąd to wiem? Jeszcze opowiem..
Kolejna noc była najdziwniejszym zjawiskiem w moim życiu, o ile mogę nazwać to życiem. Nie mogłem spać, dostawałem drgawek, moje włosy urosły na długość prawie metra oraz poczerniały mi paznokcie. Czułem głód, nieznane mi wcześniej uczucie, jakby rozsadzało moje już niebijące serce. Bolało w tak przedziwny sposób, że aż wpadałem w jakiś rodzaj furii. To była dziwna noc..
Skoro nie spałem, obserwowałem zegar. Wstałem pół godziny przed planowanym spotkaniem. Poszukałem czarnych skórzanych rękawiczek, aby ukryć blade ręce oraz czarne paznokcie, jako w tym zestawieniu wyglądały przerażająco. Ułożyłem twarz, eliminując zmarszczki oraz inne niedoskonałości. Założyłem białą koszulę oraz czarny frak. Uczesałem się i związałem włosy gumką. Byłem gotowy na spotkanie.
Tak, siedział już w lokalu.. usadowił się przy zasłoniętym przez ściankę oraz paprocie stoliku najlepszej klasy.. grubas z butelką drogiego szampana.. rozłożony w ten sposób, że już nikt prócz niego nie siądzie na tę trój-osobową sofę. Pozostało mi siąść po drugiej stronie stolika na dostawionym krześle. Przez chwilę nie mogłem się nadziwić, że ten kutas z taką masą wciąż utrzymuje się przy życiu. Podczas rozmowy niezdarnie kroił zamówiony wcześniej, obciekający tłuszczem oraz obłożony cebulką ogromny kawał steku. Przy momencie gdy zaproponowałem cenę pierwszej możliwej transakcji szczęśliwy i zaskoczony, aż z wrażenia zaciął się nożem w palec. Nie minęło nawet pięć sekund, a już poczułem aromat krwi unoszący się w powietrzu.. tak jak wcześniej reagowałem na omlet oraz kokosowe ciasto, teraz czułem głód krwi. Lekko mdły, ale.. nie zdążyłem się dobrze zastanowić i już siedziałem z wbitymi zębami w jego tłustą szyję. Z przerażenia zdążył tylko uderzyć mnie szklanką, która na moje szczęście upadła na sofę nie robiąc hałasu. Wypiłem dobre trzy litry, tłustej jak śmietana krwi. To było najszczęśliwsze siedem minut, jakie przeżyłem w ostatnich paru latach. Czułem się zadowolony, nasycony, pełen weny oraz energii. Mógłbym malować obrazy, pisać opowiadania albo oblecieć glob i poznać wszystkie kultury świata.. i tu dodałem sobie w myślach „I wszystkie smaki krwi”.
Policja mnie szukała, ale na szczęście zmieniłem moje rysy nie do poznania. Wezwano mnie nawet na przesłuchanie, ze względu na to, że przedstawiałem się jako własny kuzyn wynajmujący jeden z pokoi w własnym mieszkaniu. Przez trzy miesiące nie czułem głodu ani trochę. Wybrałem się na wycieczkę po sąsiednich krajach. Głód mnie dopadł pewnego ranka i nie wiedziałem, co z tym począć. Nie chciałem już nikogo zabijać. No niby mogłem się tylko napić, tak jak bym pił z szklanki. Mimo to nie potrafiłem się wtedy opanować.
Tak wiem.. wtedy zrobiłem jedną z niewielu rzeczy w życiu, których naprawdę żałuję. Z drugiej strony, gdyby ktoś z was poczuł ten smak.. to była może dwudziestoletnia dziewczyna i wygląda na to, że miała ochotę na coś innego niż dostała. Druga i ostatnia ofiara..
Jak z tym sobie poradziłem? Jak zwykle..
Zatrudniłem się w jednej z wysokowydajnych fabryk za wschodnią granicą. Jej ludzkim upokorzeniem był sposób traktowania pracowników jak w obozie pracy. Ta istota niewolnictwa zrobiła ze mnie idola.. W tej fabryce, na sześciu olbrzymich halach, pracowało w dzień i w nocy około tysiąc sześćset kobiet tworzących buty.. jak myślę dla całej reszty świata. Łącznie pracowało tam prawie dwa tysiące kobiet, ale jedna czwarta, na zmianę, co cztery dni dostawała dzień wolny.. aby pracować kolejne trzy doby z przerwami co osiem godzin na posiłki wysokoenergetyczne eliminujące potrzebę snu, ale jednocześnie skracające ich życie o około połowę.
No i pytanie.. co ja tu robię? Wśród ośmiu innych pracowników sprzątających toalety, gdzie także pracujemy na zmiany, daje mi to około dwóch litrów czystej krwi na tydzień..
Jak powszechnie wiadomo przeciętnie osiemdziesiąt do stu dwudziestu kobiet dziennie przeżywa krwawienie wywołane cyklem menstruacyjnym..
Tak.. a ja żywię się krwią..
Weszło mi to w nawyk, że co cztery dni zamiast wyrzucić cztery kubły środków higienicznych wyciskam krew tych z chłonnych przedmiotów. Stało się to takim uzależnieniem, że gdy przez wypadające podczas mojej zmiany dwa kolejne święta, które wyeliminowały moją kolejność w sprzątaniu czułem się po prostu osłabiony.
Czas leciał mi szybko.. kolejne parę miesięcy przeżyłem nasycony oraz zadowolony.
Zadowolony do czasu, gdy poznałem kobietę.. Tak, naturalnie była wampirem. Także pracowała na podobnym stanowisku, ale do tego czasu pracowaliśmy w symultanicznie na innych halach. To spotkanie dopiero przypomniało mi jak mam na imię.. Alex.. to tylko dlatego, że podczas przedstawiania się sobie nawzajem imię to padło dwa razy. I tak te dwa głupie „Olki” się zauroczyły. Ze względu na to, że pracowaliśmy tego samego dnia i mieliśmy taki sam plan pracy na kolejne tysiąclecie coś musiało zaburzyć nasz cykl..
Nastała wojna, lecz fabryka po przebranżowieniu się na buty używane przez żołnierzy działała tak samo jak wcześniej. Tylko stężenie zapachu ropy przewyższało wszelkie normy. W szesnastym dniu wojny, gdybym mógł jeszcze płakać to popłakałbym się. Zniszczono wszystkie hale produkcyjne i nasze źródło świeżej krwi. Właśnie wtedy zadałem Oli pytanie czy jako wampir nadal może urodzić dzieci. I powiem wam, że takiego strzału z otwartej ręki w twarz jako człowiek zapewne bym nie przeżył..
Jeśli jest coś, czego nie lubię, to jest to właśnie herbata. Nie myślałem, że może być tak wstrętna dla wampirów. Była to jedyna rzecz, jaką dostaliśmy podczas wędrówki na południe w jakiejś zapyziałej wiosce. Przyszły dla nas ciężkie czasy. Zabiliśmy trzech ludzi, dwa dziki oraz psa.. oczywiście dla krwi. Doszliśmy już do bagien, na których według starych opowiadań żyje stwór zjadający małe grzeczne dzieci oraz wykradający koty niegrzecznym dzieciom. Jak sobie pomyśle, że gdy byłem mały to w to wierzyłem to śmiać mi się chce z samego siebie.
Jak byście nie wiedzieli to wampiry widzą bardzo dobrze jak i w dzień, tak i w nocy. Ale jak się już przekonałem, nie widzą przez mgłę. Tak samo, wiem już, że wampiry mogą mieć pecha. Moja towarzyszka tego dziwnego życia przekonała mnie o tym najlepiej jak chyba można by przekonać. Idąc przez bagna spowite mgłą prawie tak gęstą jak mleko potknęła się i upadając nabiła się na wystający lekko zaostrzony pieniek.. tak, tak.. prosto w serce. Spaliła się na moich oczach tak jakby była zrobiona z wysuszonego i spróchniałego drewna.
I tak sobie stoję na krawędzi góry liczącej trzy kilometry wysokości i patrzę w gardziel wypełniony rzeką płynnej lawy. Zastanawia mnie to czy wampiry potrafią latać.. tak jak na filmach.
Krzyknąłem:
„Spójrz boże na twe potępione dziecię, jak cały świat ucieka mu spod nóg”..
I skoczyłem..
Tak, więc.. dwa lata temu tak jak co dzień obudziłem się rano, przeciągnąłem się, odsłoniłem roletę, udałem się do łazienki i wtedy wszystko przestało mieć znaczenie. W lustrze nie znalazłem swojego odbicia. Nie potrafiłem się przestraszyć, zostało mi tylko zdziwienie. Po dwugodzinnych przemyśleniach udałem się do pracy i prócz paru uwag, że jestem bledszy niż zwykle, to nikt nic nie zauważył. Wróciłem do domu i odkryłem, że potrafię zmieniać rysy i kształt mojej twarzy. Zastanawiałem się jak w kolejnym dniu będzie wyglądać moje spotkanie z nowym potencjalnym inwestorem. Dla ścisłości w mojej pracy zajmuje się uzyskiwaniem kontraktów w branży meblowej. Człowiek, z którym miałem się spotkać był facetem w średnim wieku, lubiący pić coraz to nowsze alkohole oraz zapisywać każdą nową myśl w swoim notesie.. skąd to wiem? Jeszcze opowiem..
Kolejna noc była najdziwniejszym zjawiskiem w moim życiu, o ile mogę nazwać to życiem. Nie mogłem spać, dostawałem drgawek, moje włosy urosły na długość prawie metra oraz poczerniały mi paznokcie. Czułem głód, nieznane mi wcześniej uczucie, jakby rozsadzało moje już niebijące serce. Bolało w tak przedziwny sposób, że aż wpadałem w jakiś rodzaj furii. To była dziwna noc..
Skoro nie spałem, obserwowałem zegar. Wstałem pół godziny przed planowanym spotkaniem. Poszukałem czarnych skórzanych rękawiczek, aby ukryć blade ręce oraz czarne paznokcie, jako w tym zestawieniu wyglądały przerażająco. Ułożyłem twarz, eliminując zmarszczki oraz inne niedoskonałości. Założyłem białą koszulę oraz czarny frak. Uczesałem się i związałem włosy gumką. Byłem gotowy na spotkanie.
Tak, siedział już w lokalu.. usadowił się przy zasłoniętym przez ściankę oraz paprocie stoliku najlepszej klasy.. grubas z butelką drogiego szampana.. rozłożony w ten sposób, że już nikt prócz niego nie siądzie na tę trój-osobową sofę. Pozostało mi siąść po drugiej stronie stolika na dostawionym krześle. Przez chwilę nie mogłem się nadziwić, że ten kutas z taką masą wciąż utrzymuje się przy życiu. Podczas rozmowy niezdarnie kroił zamówiony wcześniej, obciekający tłuszczem oraz obłożony cebulką ogromny kawał steku. Przy momencie gdy zaproponowałem cenę pierwszej możliwej transakcji szczęśliwy i zaskoczony, aż z wrażenia zaciął się nożem w palec. Nie minęło nawet pięć sekund, a już poczułem aromat krwi unoszący się w powietrzu.. tak jak wcześniej reagowałem na omlet oraz kokosowe ciasto, teraz czułem głód krwi. Lekko mdły, ale.. nie zdążyłem się dobrze zastanowić i już siedziałem z wbitymi zębami w jego tłustą szyję. Z przerażenia zdążył tylko uderzyć mnie szklanką, która na moje szczęście upadła na sofę nie robiąc hałasu. Wypiłem dobre trzy litry, tłustej jak śmietana krwi. To było najszczęśliwsze siedem minut, jakie przeżyłem w ostatnich paru latach. Czułem się zadowolony, nasycony, pełen weny oraz energii. Mógłbym malować obrazy, pisać opowiadania albo oblecieć glob i poznać wszystkie kultury świata.. i tu dodałem sobie w myślach „I wszystkie smaki krwi”.
Policja mnie szukała, ale na szczęście zmieniłem moje rysy nie do poznania. Wezwano mnie nawet na przesłuchanie, ze względu na to, że przedstawiałem się jako własny kuzyn wynajmujący jeden z pokoi w własnym mieszkaniu. Przez trzy miesiące nie czułem głodu ani trochę. Wybrałem się na wycieczkę po sąsiednich krajach. Głód mnie dopadł pewnego ranka i nie wiedziałem, co z tym począć. Nie chciałem już nikogo zabijać. No niby mogłem się tylko napić, tak jak bym pił z szklanki. Mimo to nie potrafiłem się wtedy opanować.
Tak wiem.. wtedy zrobiłem jedną z niewielu rzeczy w życiu, których naprawdę żałuję. Z drugiej strony, gdyby ktoś z was poczuł ten smak.. to była może dwudziestoletnia dziewczyna i wygląda na to, że miała ochotę na coś innego niż dostała. Druga i ostatnia ofiara..
Jak z tym sobie poradziłem? Jak zwykle..
Zatrudniłem się w jednej z wysokowydajnych fabryk za wschodnią granicą. Jej ludzkim upokorzeniem był sposób traktowania pracowników jak w obozie pracy. Ta istota niewolnictwa zrobiła ze mnie idola.. W tej fabryce, na sześciu olbrzymich halach, pracowało w dzień i w nocy około tysiąc sześćset kobiet tworzących buty.. jak myślę dla całej reszty świata. Łącznie pracowało tam prawie dwa tysiące kobiet, ale jedna czwarta, na zmianę, co cztery dni dostawała dzień wolny.. aby pracować kolejne trzy doby z przerwami co osiem godzin na posiłki wysokoenergetyczne eliminujące potrzebę snu, ale jednocześnie skracające ich życie o około połowę.
No i pytanie.. co ja tu robię? Wśród ośmiu innych pracowników sprzątających toalety, gdzie także pracujemy na zmiany, daje mi to około dwóch litrów czystej krwi na tydzień..
Jak powszechnie wiadomo przeciętnie osiemdziesiąt do stu dwudziestu kobiet dziennie przeżywa krwawienie wywołane cyklem menstruacyjnym..
Tak.. a ja żywię się krwią..
Weszło mi to w nawyk, że co cztery dni zamiast wyrzucić cztery kubły środków higienicznych wyciskam krew tych z chłonnych przedmiotów. Stało się to takim uzależnieniem, że gdy przez wypadające podczas mojej zmiany dwa kolejne święta, które wyeliminowały moją kolejność w sprzątaniu czułem się po prostu osłabiony.
Czas leciał mi szybko.. kolejne parę miesięcy przeżyłem nasycony oraz zadowolony.
Zadowolony do czasu, gdy poznałem kobietę.. Tak, naturalnie była wampirem. Także pracowała na podobnym stanowisku, ale do tego czasu pracowaliśmy w symultanicznie na innych halach. To spotkanie dopiero przypomniało mi jak mam na imię.. Alex.. to tylko dlatego, że podczas przedstawiania się sobie nawzajem imię to padło dwa razy. I tak te dwa głupie „Olki” się zauroczyły. Ze względu na to, że pracowaliśmy tego samego dnia i mieliśmy taki sam plan pracy na kolejne tysiąclecie coś musiało zaburzyć nasz cykl..
Nastała wojna, lecz fabryka po przebranżowieniu się na buty używane przez żołnierzy działała tak samo jak wcześniej. Tylko stężenie zapachu ropy przewyższało wszelkie normy. W szesnastym dniu wojny, gdybym mógł jeszcze płakać to popłakałbym się. Zniszczono wszystkie hale produkcyjne i nasze źródło świeżej krwi. Właśnie wtedy zadałem Oli pytanie czy jako wampir nadal może urodzić dzieci. I powiem wam, że takiego strzału z otwartej ręki w twarz jako człowiek zapewne bym nie przeżył..
Jeśli jest coś, czego nie lubię, to jest to właśnie herbata. Nie myślałem, że może być tak wstrętna dla wampirów. Była to jedyna rzecz, jaką dostaliśmy podczas wędrówki na południe w jakiejś zapyziałej wiosce. Przyszły dla nas ciężkie czasy. Zabiliśmy trzech ludzi, dwa dziki oraz psa.. oczywiście dla krwi. Doszliśmy już do bagien, na których według starych opowiadań żyje stwór zjadający małe grzeczne dzieci oraz wykradający koty niegrzecznym dzieciom. Jak sobie pomyśle, że gdy byłem mały to w to wierzyłem to śmiać mi się chce z samego siebie.
Jak byście nie wiedzieli to wampiry widzą bardzo dobrze jak i w dzień, tak i w nocy. Ale jak się już przekonałem, nie widzą przez mgłę. Tak samo, wiem już, że wampiry mogą mieć pecha. Moja towarzyszka tego dziwnego życia przekonała mnie o tym najlepiej jak chyba można by przekonać. Idąc przez bagna spowite mgłą prawie tak gęstą jak mleko potknęła się i upadając nabiła się na wystający lekko zaostrzony pieniek.. tak, tak.. prosto w serce. Spaliła się na moich oczach tak jakby była zrobiona z wysuszonego i spróchniałego drewna.
I tak sobie stoję na krawędzi góry liczącej trzy kilometry wysokości i patrzę w gardziel wypełniony rzeką płynnej lawy. Zastanawia mnie to czy wampiry potrafią latać.. tak jak na filmach.
Krzyknąłem:
„Spójrz boże na twe potępione dziecię, jak cały świat ucieka mu spod nóg”..
I skoczyłem..
Myślałam, że to tylko filmy.. że takie rzeczy się nie dzieją takim zwykłym ludziom jak ja. Miałam posłuchać i nie odlatywać z ziemi. Co prawda na tej planecie jest jak w raju, ale..
..ale właśnie wznoszę się na powierzchnię Oceanu Dirraca. Wyciąga mnie maszyna umieszczona na opuszczonej platformie wiertniczej. Dlaczego tak, a nie inaczej? Dlaczego siedzę w tej małej i ciasnej kapsule ratunkowej? Dlaczego sama?
Takie rzeczy dzieją się w filmach.. sami wiecie, awaria podwodnych wierteł spowodowana przez nieznaną formę życia. Brak jakiejkolwiek dokładnej informacji dla grupy, którą wysyła się w calu naprawy. Komplikacje podczas zanurzania. Śmierć części grupy podczas naprawy wiertła. Parę tajemnic i kłótni pojawia się między załogą. Coś nieznanego atakuje załogę. Podczas ucieczki przeżywa tylko jedna osoba.. dobre i to że w tym przypadku to ja żyję.
Ucieczka ostatniego członka załogi, no i finałowe udupienie potworka, czyli wysadzenie go lub jak inaczej lubicie.
Ale! Mnie to wcale nie obchodzi! Co to za stworek, ani jak go zabić. Po prostu chcę stąd spierdolić.. i to jak najszybciej! Tylko jak pomyślę, że to najgłębsze miejsce w wszechświecie, do tego zalane wodą, a z tą prędkością ja z niego wypłynę za jakieś czternaście godzin.. Kurwa!
Tak sobie teraz myślę, że skoro to coś zabiło mi przyjaciół i kochanego męża to zostałam sama dla siebie. Jak patrzę na moje ręce to nie wiem co myśleć.. widzę na nich tylko smar i krew. No i to uczucie.. najbliższa ludzka istota jest jakieś cztery lata lotu promem kosmicznym stąd. Dlaczego wysłali tutaj akurat nas? Ludzi? ..a nie te cholerne robociki obsługujące stację kontroli lotów albo kuchnię.. Gdyby nie ta cholera ekspedycja i niedoskonałości człowieka w przestrzeni kosmicznej to pewnie siedziała bym teraz z Tomem przez domkiem w górach i od trzech lat mieli byśmy dziecko.
Płaczę..
Śpię..
..
Obudziłam się, a dokładniej to komputer mnie obudził. Stwierdził krótką informacją na ekranie. Po wykonaniu pomiarów wytrzymałości liny która wciąga kapsułę spowolni tępo wciągania do bezpieczniej prędkości i za .. CO?! Kurwa! Cztery dni, osiem godzin i dziewięć minut wynurzę się na powierzchnię. Ta wiadomość nie pocieszyła ani mojego żołądka, ani umysłu. Przez cztery dni mam wpieprzać tę pastę siedząc w kapsule dwa na dwa metry..
Umieszczona w ciemnym jak antymateria zbiorniku wody większym niż moja wyobraźnia potrafi sobie stworzyć siedzę i naprawdę tracę chęci do życia..
Minęło osiem godzin..
Dzień I
Wypłynęłam na głębokość czwartej kategorii życiowej, czyli jeśli włączę reflektor zewnętrzny to być może zobaczę jakieś żywe rybki.. I tak właśnie pokarała mnie ciekawość, ..włączyłam i cieszyłam się przez jakieś piętnaście minut widokiem trzech rybek które bardziej wyglądały jak fruwające skórki po bananach niż ryby, aż do czasu tej olbrzymiej ryby która wystraszyła się świata i w celu, jak myślę obronnym uderzyła w kapsułę. Kabel zasilający działa na 20% mocy. Kapsuła ma drobne uszkodzenia wewnętrzne. Wyświetlacz z odliczaniem do powierzchni oraz część nawigacyjna przestała działać. Zapamiętałam godzinę na podstawie zegara który mam na ręce, aby określić mniej więcej kiedy będę na miejscu. Pasta smakuje lepiej niż nigdy w życiu, ale chyba dlatego, że ta ryba mnie zestresowała i zrobiłam się okropnie głodna. Przy zielonkawym świetle czytam wszystkie instrukcje jakie znalazłam w szafce. Znalazłam lusterko..
Dzień II
Po przeczytaniu broszur firmy, która wyprodukowała tę pływającą puszkę, złożyłam te świstki papieru w samolociki i po raz pierwszy imitowałam ruchami rąk i moim głosem bitwę powietrzną sześciu samolocików. Dwa nazwałam „Wybrańcy” , a pozostałe cztery eskadra. Chciała bym urodzić chłopczyka.. Lina pracuje coraz głośniej .. a mnie przechodzą ciarki gdy reflektory co jakiś czas mrugają z powodu awarii. Rozebrałam się na bieliznę, ponieważ system wymiany powietrza działa tylko w 50% swoich możliwości sprawiając, że jest temperatura podwyższyła się o parę stopni. Boli mnie głowa. Trudno mi zasnąć oraz pieką mnie oczy. Zielone światło jest już tylko żarzącym się drucikiem i pozostało mi pomarańczowe oświetlenie i światło z dwóch wciąż działających ekranów sprzętu. Przeglądam się w lusterku..
Dzień III
Budzą mnie mocne wstrząsy oraz piszczący alarm. Komputer stwierdza resztką sił, że lina nie wciąga mnie do góry.. a jednak słyszę ją wciąż.. cały czas powoli działa.. A nawet wydaje mi się, że za szybką wciąż poruszam się bardzo powoli do góry.. Znalazłam apteczkę pełną różnych rzeczy. Nie zastanowiłam się skąd tak się wziął oraz jakie są konsekwencje użycia go.. znalazłam papieros.. zapaliłam.. ten smród będzie mi teraz towarzyszyć do końca tej podróży. Z bandaży układam piramidki, igłą do strzykawki wyryłam na ściance swoje imię i nazwisko.. patrzę się na wszystkie możliwe medykamenty.. połykam wszystkie osiem tabletek jakie znalazłam w apteczce i popijam dziwnie podpisanym płynem z tego samego źródła..
Dzień IV
Budzi mnie odór.. zwymiotowałam przez sen na podłogę i część konsoli komputera. Boli mnie brzuch oraz nerki. Przez przypadek stłukłam lusterko.. Znów płaczę.. Leżę na podłodze patrząc w ciemny otworek okienka.. Zostało jeszcze około dwunastu godzin.. Zasypiam w własnych wymiocinach i krwi której trochę pociekło gdy niechcący nabiłam się na odłamek lusterka..
Teraz
Nie słyszę żeby lina mnie wciągała..
Jest tak gorąco że siedzę nago..
Przez smród tak boli mnie głowa, że czuję jakby ktoś wciąż uderzał w nią młotkiem.
Decyduję się na otwarcie kapsuły bezpieczeństwa, ale po zobaczeniu licznika głębokości oraz napisu na włazie odczekałam kilka minut, podczas których czułam się jak dziecko..
Napis ujawnił mi nazwę tej kapsuły przydzieloną przez głównego projektanta..
Napis głosił „Łono Matki”..
Licznik wskazywał na to, że wciąż znajduję się zupełnie na dnie tego mrocznego miejsca gdzieś pośród nieznanych głębin..
..
Myślę, że to koniec i otwieram właz na zewnątrz..
..ale właśnie wznoszę się na powierzchnię Oceanu Dirraca. Wyciąga mnie maszyna umieszczona na opuszczonej platformie wiertniczej. Dlaczego tak, a nie inaczej? Dlaczego siedzę w tej małej i ciasnej kapsule ratunkowej? Dlaczego sama?
Takie rzeczy dzieją się w filmach.. sami wiecie, awaria podwodnych wierteł spowodowana przez nieznaną formę życia. Brak jakiejkolwiek dokładnej informacji dla grupy, którą wysyła się w calu naprawy. Komplikacje podczas zanurzania. Śmierć części grupy podczas naprawy wiertła. Parę tajemnic i kłótni pojawia się między załogą. Coś nieznanego atakuje załogę. Podczas ucieczki przeżywa tylko jedna osoba.. dobre i to że w tym przypadku to ja żyję.
Ucieczka ostatniego członka załogi, no i finałowe udupienie potworka, czyli wysadzenie go lub jak inaczej lubicie.
Ale! Mnie to wcale nie obchodzi! Co to za stworek, ani jak go zabić. Po prostu chcę stąd spierdolić.. i to jak najszybciej! Tylko jak pomyślę, że to najgłębsze miejsce w wszechświecie, do tego zalane wodą, a z tą prędkością ja z niego wypłynę za jakieś czternaście godzin.. Kurwa!
Tak sobie teraz myślę, że skoro to coś zabiło mi przyjaciół i kochanego męża to zostałam sama dla siebie. Jak patrzę na moje ręce to nie wiem co myśleć.. widzę na nich tylko smar i krew. No i to uczucie.. najbliższa ludzka istota jest jakieś cztery lata lotu promem kosmicznym stąd. Dlaczego wysłali tutaj akurat nas? Ludzi? ..a nie te cholerne robociki obsługujące stację kontroli lotów albo kuchnię.. Gdyby nie ta cholera ekspedycja i niedoskonałości człowieka w przestrzeni kosmicznej to pewnie siedziała bym teraz z Tomem przez domkiem w górach i od trzech lat mieli byśmy dziecko.
Płaczę..
Śpię..
..
Obudziłam się, a dokładniej to komputer mnie obudził. Stwierdził krótką informacją na ekranie. Po wykonaniu pomiarów wytrzymałości liny która wciąga kapsułę spowolni tępo wciągania do bezpieczniej prędkości i za .. CO?! Kurwa! Cztery dni, osiem godzin i dziewięć minut wynurzę się na powierzchnię. Ta wiadomość nie pocieszyła ani mojego żołądka, ani umysłu. Przez cztery dni mam wpieprzać tę pastę siedząc w kapsule dwa na dwa metry..
Umieszczona w ciemnym jak antymateria zbiorniku wody większym niż moja wyobraźnia potrafi sobie stworzyć siedzę i naprawdę tracę chęci do życia..
Minęło osiem godzin..
Dzień I
Wypłynęłam na głębokość czwartej kategorii życiowej, czyli jeśli włączę reflektor zewnętrzny to być może zobaczę jakieś żywe rybki.. I tak właśnie pokarała mnie ciekawość, ..włączyłam i cieszyłam się przez jakieś piętnaście minut widokiem trzech rybek które bardziej wyglądały jak fruwające skórki po bananach niż ryby, aż do czasu tej olbrzymiej ryby która wystraszyła się świata i w celu, jak myślę obronnym uderzyła w kapsułę. Kabel zasilający działa na 20% mocy. Kapsuła ma drobne uszkodzenia wewnętrzne. Wyświetlacz z odliczaniem do powierzchni oraz część nawigacyjna przestała działać. Zapamiętałam godzinę na podstawie zegara który mam na ręce, aby określić mniej więcej kiedy będę na miejscu. Pasta smakuje lepiej niż nigdy w życiu, ale chyba dlatego, że ta ryba mnie zestresowała i zrobiłam się okropnie głodna. Przy zielonkawym świetle czytam wszystkie instrukcje jakie znalazłam w szafce. Znalazłam lusterko..
Dzień II
Po przeczytaniu broszur firmy, która wyprodukowała tę pływającą puszkę, złożyłam te świstki papieru w samolociki i po raz pierwszy imitowałam ruchami rąk i moim głosem bitwę powietrzną sześciu samolocików. Dwa nazwałam „Wybrańcy” , a pozostałe cztery eskadra. Chciała bym urodzić chłopczyka.. Lina pracuje coraz głośniej .. a mnie przechodzą ciarki gdy reflektory co jakiś czas mrugają z powodu awarii. Rozebrałam się na bieliznę, ponieważ system wymiany powietrza działa tylko w 50% swoich możliwości sprawiając, że jest temperatura podwyższyła się o parę stopni. Boli mnie głowa. Trudno mi zasnąć oraz pieką mnie oczy. Zielone światło jest już tylko żarzącym się drucikiem i pozostało mi pomarańczowe oświetlenie i światło z dwóch wciąż działających ekranów sprzętu. Przeglądam się w lusterku..
Dzień III
Budzą mnie mocne wstrząsy oraz piszczący alarm. Komputer stwierdza resztką sił, że lina nie wciąga mnie do góry.. a jednak słyszę ją wciąż.. cały czas powoli działa.. A nawet wydaje mi się, że za szybką wciąż poruszam się bardzo powoli do góry.. Znalazłam apteczkę pełną różnych rzeczy. Nie zastanowiłam się skąd tak się wziął oraz jakie są konsekwencje użycia go.. znalazłam papieros.. zapaliłam.. ten smród będzie mi teraz towarzyszyć do końca tej podróży. Z bandaży układam piramidki, igłą do strzykawki wyryłam na ściance swoje imię i nazwisko.. patrzę się na wszystkie możliwe medykamenty.. połykam wszystkie osiem tabletek jakie znalazłam w apteczce i popijam dziwnie podpisanym płynem z tego samego źródła..
Dzień IV
Budzi mnie odór.. zwymiotowałam przez sen na podłogę i część konsoli komputera. Boli mnie brzuch oraz nerki. Przez przypadek stłukłam lusterko.. Znów płaczę.. Leżę na podłodze patrząc w ciemny otworek okienka.. Zostało jeszcze około dwunastu godzin.. Zasypiam w własnych wymiocinach i krwi której trochę pociekło gdy niechcący nabiłam się na odłamek lusterka..
Teraz
Nie słyszę żeby lina mnie wciągała..
Jest tak gorąco że siedzę nago..
Przez smród tak boli mnie głowa, że czuję jakby ktoś wciąż uderzał w nią młotkiem.
Decyduję się na otwarcie kapsuły bezpieczeństwa, ale po zobaczeniu licznika głębokości oraz napisu na włazie odczekałam kilka minut, podczas których czułam się jak dziecko..
Napis ujawnił mi nazwę tej kapsuły przydzieloną przez głównego projektanta..
Napis głosił „Łono Matki”..
Licznik wskazywał na to, że wciąż znajduję się zupełnie na dnie tego mrocznego miejsca gdzieś pośród nieznanych głębin..
..
Myślę, że to koniec i otwieram właz na zewnątrz..
Patrzyłam na niego.. to nie było zwyczajne, spalał swoje wiersze. Ja nie wiedziałam co mam począć z całym światem. Krzyczał co jakiś czas „Dlaczego?” Ale ja tylko patrzałam, ..wiedziałam że każdy mój ruch ma znaczenie. Zresztą, heh.. dal niego wszystko ma znaczenie.. wszędzie widzi symbole, znaki lub inne rzeczy o których istnieniu mówi tylko mi.. A ja tylko stoję, czuję się jak kukiełka, chodź wczoraj byłam jeszcze katem. Powiedziałam wszystko o tamtym facecie.. Martwiłam się tym dlaczego poszło mi tak łatwo.. Za to teraz widzę, że on to przyjął wtedy, ale tak jak mówił mi kiedyś.. U niego wszystko dochodzi do świadomości dopiero po parunastu godzinach. To było zbyt łatwe, a ja głupia go zostawiłam dla tamtego.. To idiotyczne ale on był trucizną.. słodką trucizną.. a ja odeszłam.. Patrząc jeszcze kilka chwil wcześniej na jego wyschłe od płaczu oczy starałam się zagłuszać całą tą wojnę we mnie.. idiotyczne uczucie. Kocham go a odchodzę..
Chcę czegoś nowego? Na pewno.. tylko dlaczego całkowicie nowego.. Nie mam już siły na walkę i zmiany z nim.. kurczowo leżącym na asfaltowym dywanie pochłaniającym resztki krwi jego duszy, spływającej teraz ściekami i innymi brudnymi cieczami.. A tydzień temu potrafiłam sama się rozpłakać widząc jego łzy i wtulona, uspokajając go zasypiać razem..
Boże, Kurwa! Powiedz mi czy dobrze robię? – mój krzyk było słychać chyba na całym osiedlu. Jakieś twarze pojawiły się w oknach mimo tak późnej godziny. Ktoś odkrzyknął, a reszta się schowała.. Ja krótko po tym krzyknęłam raz jeszcze – Spać!, co się kurwa gapicie. – po tym spacer skrócił się do momentu gdy wóz policyjny zgarnął kobietę w przykrótkiej sukience z jedwabnym szalem na szyi oraz pofarbowanymi na pomarańczowo włosami..
..tak to ja, mam na imię Marlena.. ale mówcie mi Marla
Może gdybym nie wypiła butelki absyntu spokojnie i po cichu płakała bym sama całując się na przemian z miękkim i twardym pędzlem. Czekała bym do rana w tym pieprzonym pokoju, odwiedzała co pół godziny kuchnie aż do opróżnienia wszystkich słodyczy i wypicia sporej ilości kawy.. Po trzeciej w nocy zaczęła bym oglądać amerykańskie komedie romantyczne i ryczała w poduszkę.. A to wszystko tylko po to by powoli o nim zapomnieć.. Jak już wiecie jest inaczej i spędziłam noc na odwykówce, leżąc na zimnej podłodze aż do otrzeźwienia..
Płakałam..
„No i wsiadam do samochodu, a ktoś podpieprzył mi radio..” – „..ale ty nie masz samochodu!” przerwała mi Alicja – kumpela którą zaprosiłam na dwa tygodnie po tym zajściu.. Opowiedziałam jej, że mój psycholog też to wiedział i od tamtego czasu już do niego nie chodzę. Wiem, wiem.. pewnie powinnam przestać kłamać. Ala poopowiadała co tam u niej oraz Patryka, no i Jak zwykle raczej nie ma kłopotów. Jeszcze cztery miesiące, a już przygotowują się do ich czwartej rocznicy ślubu.
Chciałam jeszcze opowiedzieć o ich małym skarbie, ale dochodzę do wniosku, że lepiej gdybym napisała coś o mojej mamie.. Nigdy wcześniej nie mówiłam. Przypadkowo znalazłam tamte wezwania i jej strony z pamiętnika.. Od tamtego czasu nie odwiedzałam jej już tak często. Hmm.. to nie było dla mnie miłe co przeczytałam.. ale widocznie to rodzinne.. ja popadam w alkoholizm, a Ona.. moja Matka.. była ćpunką.. nie, raczej lekomanią. Przez połowę swojej młodości była na jakiejś farmaceutycznej lub czysto narkotycznej fazie. Brała zbyt często.. no cóż, leki są dostępne.. ból łatwo zamienić z kolorowy świat. Tylko po co? Czuję się przez to oszukana.. Stojąc tu z moim alkoholem i jej narkotycznymi wspomnieniami jakoś głupio się czuję. Tym bardziej dlatego, że sama kiedyś będę chciała mieć dziecko..
Dziecko..
Chcę czegoś nowego? Na pewno.. tylko dlaczego całkowicie nowego.. Nie mam już siły na walkę i zmiany z nim.. kurczowo leżącym na asfaltowym dywanie pochłaniającym resztki krwi jego duszy, spływającej teraz ściekami i innymi brudnymi cieczami.. A tydzień temu potrafiłam sama się rozpłakać widząc jego łzy i wtulona, uspokajając go zasypiać razem..
Boże, Kurwa! Powiedz mi czy dobrze robię? – mój krzyk było słychać chyba na całym osiedlu. Jakieś twarze pojawiły się w oknach mimo tak późnej godziny. Ktoś odkrzyknął, a reszta się schowała.. Ja krótko po tym krzyknęłam raz jeszcze – Spać!, co się kurwa gapicie. – po tym spacer skrócił się do momentu gdy wóz policyjny zgarnął kobietę w przykrótkiej sukience z jedwabnym szalem na szyi oraz pofarbowanymi na pomarańczowo włosami..
..tak to ja, mam na imię Marlena.. ale mówcie mi Marla
Może gdybym nie wypiła butelki absyntu spokojnie i po cichu płakała bym sama całując się na przemian z miękkim i twardym pędzlem. Czekała bym do rana w tym pieprzonym pokoju, odwiedzała co pół godziny kuchnie aż do opróżnienia wszystkich słodyczy i wypicia sporej ilości kawy.. Po trzeciej w nocy zaczęła bym oglądać amerykańskie komedie romantyczne i ryczała w poduszkę.. A to wszystko tylko po to by powoli o nim zapomnieć.. Jak już wiecie jest inaczej i spędziłam noc na odwykówce, leżąc na zimnej podłodze aż do otrzeźwienia..
Płakałam..
„No i wsiadam do samochodu, a ktoś podpieprzył mi radio..” – „..ale ty nie masz samochodu!” przerwała mi Alicja – kumpela którą zaprosiłam na dwa tygodnie po tym zajściu.. Opowiedziałam jej, że mój psycholog też to wiedział i od tamtego czasu już do niego nie chodzę. Wiem, wiem.. pewnie powinnam przestać kłamać. Ala poopowiadała co tam u niej oraz Patryka, no i Jak zwykle raczej nie ma kłopotów. Jeszcze cztery miesiące, a już przygotowują się do ich czwartej rocznicy ślubu.
Chciałam jeszcze opowiedzieć o ich małym skarbie, ale dochodzę do wniosku, że lepiej gdybym napisała coś o mojej mamie.. Nigdy wcześniej nie mówiłam. Przypadkowo znalazłam tamte wezwania i jej strony z pamiętnika.. Od tamtego czasu nie odwiedzałam jej już tak często. Hmm.. to nie było dla mnie miłe co przeczytałam.. ale widocznie to rodzinne.. ja popadam w alkoholizm, a Ona.. moja Matka.. była ćpunką.. nie, raczej lekomanią. Przez połowę swojej młodości była na jakiejś farmaceutycznej lub czysto narkotycznej fazie. Brała zbyt często.. no cóż, leki są dostępne.. ból łatwo zamienić z kolorowy świat. Tylko po co? Czuję się przez to oszukana.. Stojąc tu z moim alkoholem i jej narkotycznymi wspomnieniami jakoś głupio się czuję. Tym bardziej dlatego, że sama kiedyś będę chciała mieć dziecko..
Dziecko..



