W ilu słowach zmieścisz swoje marzenia?

..nie licz ich! stracisz tylko czas, w którym mógłbyś marzyć..

Login:
Hasło:
Zarejestruj się!
"Ja - wstęp"
Oczywiste jest to dla mnie, że jestem najlepszym lekarzem w kraju. Studia skończone w pięć zamiast siedmiu lat. W domu oddzielny pokój na nagrody przyznane za osiągnięcia naukowe i te wszystkie dyplomy oraz certyfikaty. Moja twarz w telewizji, gazetach, internecie - dosłownie wszędzie - bo ludzie mnie uwielbiają, dosłownie mnie kochają! Za te wszystkie perfekcyjne operacje, zabiegi, trafne diagnozy oraz przeprowadzone badania. trzydzieści odkryć - szczepionek, kuracji i leków - w tym sześć na choroby które wcześniej uchodziły za nieuleczalne. Jestem taka dobra?

"Dzień ZERO - kiwi"
Końcówka lata, w radiu meteorolog zapowiada mroźną zimę, jest ósma rano, jem kanapkę z tuńczykiem, serem i bazylią oraz myślę w co się ubrać na wykład, tak żeby nie mówili, że stałam się zbyt odważna. Wiem! - sukienka którą kupiłam na początku czerwca powinna być w sam raz - długa do kolan, w kolorze jasnej zieleni - taka limonka; a na to brązowy żakiecik. Dopiero gdy stanęłam przed lustrem stwierdziłam, że wyglądam jak kiwi - co oczywiście wywołało uśmiech w na mojej twarzy jak i w moim umyśle.
W drzwiach garderoby nagle pojawiła się twarz mojego lubego. Widać było. jak by chciał się uśmiechnąć, ale w jednej chwili z grobową powagą powiedział "Dzwoniła pielęgniarka z Dwójki, potrzebują cię TAM! - natychmiast". Na co zdziwiona odpowiedziałam "eh to prawie dziesięć kilometrów za miastem, ale OK! przecież im nie odmówię", bo już od dobrych kilku miesięcy nikt nie dzwonił z szpitala chorób zakaźnych. Napisałam krótką wiadomość do sekretariatu uczelni, że się spóźnię - ale nie więcej niż godzinę - i bez przebierania się w inne ciuchy wsiadłam z teczką do samochodu.
Gdy dojechałam na miejsce, zobaczyłam że wyjazd dla karetek jest zamknięty i dodatkowo drzwi szpitala pilnowane są przez policjantów. Coś jest na rzeczy - pomyślałam. Kilku ludzi stojących przed drzwiami domagało się wpuszczenia, natomiast na widok tego że wysiadam z samochodu podszedł do mnie człowiek którego kojarzyłam. To była Kinga - moja koleżanka, ze studiów - widocznie tu pracuje. Prawie szepcząc powiedziała "Chodź szybko", i zaraz po tym jak zamknęłam samochód złapała mnie za rękę i zaciągnęła pod tylne wejście szpitala i otworzyła wejście do klatki schodów przeciw-pożarowych. Przeszłyśmy do pokoju z generatorem awaryjnym szpitala. Siedziały tam dwie pielęgniarki i jeden lekarz - Kamil, także znany przeze mnie ze studiów - sądząc po strojach byli z oddziału ratunkowego i wyglądali jakby ktoś zabrał ich w trakcie operacji na otwartym sercu. Niedomyta krew widniała na nadgarstkach i koszuli, a on wyciągnął do mnie rękę, ale też cofnął tak szybko nim odruchowo zaczęłam podnosić moją dłoń do uścisku. Zaczął: "Pani Doktor, Alicjo! Dzisiaj o godzinie siódmej szpital opuściło dwudziestu naszych pacjentów, po zakończonej wczoraj - dwumiesięcznej terapii, wynalezionej i wdrożonej przez Ciebie - niecałe trzy lata temu.."- nabrał powietrza, na co ja w krótkiej chwili odpowiedziałam spokojnie: "To chyba dobrze, ale.." i tu mi przerwał i dokończył "..opuścili budynek w workach na zwłoki - z polecenia dyrektora szpitala, po czym mamy godzinę dziesiątą - szpital miał zostać ewakuowany, ale aktualnie piętra od pierwszego wzwyż, czyli do dziewiątego są MARTWE - czyli około dziewięciuset zwłok- włącznie z kilkunastoma policjantami, lekarzami, pielęgniarkami i pacjentami jak i dyrektorem. Wejścia do szpitala oraz windy są zablokowane, a helikopter ratunkowy, który opuścił budynek jeszcze przed godziną siódmą rozbił się niedaleko autostrady. Najważniejsze jest to, że nie wiemy, co się tak na prawdę dzieje, bo dzieje się to za szybko." I podał mi kilka kart pacjentów, którzy zmarli tego ranka. Przeglądnęłam karty i spojrzałam groźnie mówiąc "A WY!?" na co Kamil powiedział "One spóźniły się na swoją zmianę, a ja mam nadzieję jestem odporny na to co się dzieje" Po czym zgasło światło i zabłysło ponownie lecz jasno-żółte słabsze - oświetlenie awaryjne, a generator po chwili wyświetlił informację o braku zewnętrznego źródła zasilania. Kamil przełączył cały przepływ prądu na parter i piwnicę, a na ekranie pokazała się liczba godzin przez którą będzie dostarczana energia. Przeliczyłam szybko, że to niecałe piętnaście dni. Telefony nie wykrywały sieci mobilnych, a stacjonarny telefon milczał.

Wypytywaliśmy się nawzajem przez dobre pół godziny o szczegóły i proponowaliśmy co można by zrobić. Po czym przyszła mi myśl, że mam większość materiałów dotyczących moich badań na laptopie, który został w samochodzie. Wybraliśmy się do szpitalnego holu, przez dwoje szklanych drzwi nie było widać ani policjantów którzy wcześniej stali na zewnątrz, ani ludzi którzy chcieli dostać się do środka. Otworzyliśmy wspólnie pierwsze rozsuwane drzwi, gdy nagle za rogu wybiegła postać. Była podpalona i niczym żywa pochodnia biegła prosto na nas. Uderzyła w drzwi i upadła do tyłu rozbijając sobie głowę o podjazd dla osób niepełnosprawnych. Gdy już leżała można było rozpoznać że to jeden z policjantów którzy pilnowali wejścia. Przez chwilę wszyscy staliśmy w szoku po czym Kamil złapał za dźwignię do ręcznego otwarcia drugich drzwi lecz zatrzymał się gdy wszyscy usłyszeliśmy dwa strzały. Dochodziły ze strony wjazdu karetek. Przed szpitalem biegł policjant i goniła go trójka ludzi, z czego jeden miał w rękach broń palną. Zorientowałam się, że nie ma przy nas jednej z pielęgniarek, po czym zobaczyłam ją jak biegnie w stronę parkingu. Pościg policjanta skierował się w jej stronę, a po chwili padł strzał i leżała na ulicy krwawiąc z klatki piersiowej. Kamil złapał mnie za bark, że aż się przestraszyłam. Powiedział do naszej pozostałej trójki, żeby wrócić do pokoju z generatorem, bo z tamtego miejsca można zamknąć zdalnie kilka drzwi do których na co dzień potrzebna jest przepustka i bezpiecznie przeczekamy tam do wieczora.

"Noc - strach"
Ewa - druga wciąż żywa pielęgniarka - została na straży wejścia z wyrzutnią flar którą idealnie będzie nadawać się na broń improwizowaną gdyby zaszła taka potrzeba, a Kinga, Kamil i ja mieliśmy za zadanie dostać się do mojego samochodu. Była godzina jedenasta, a noc bezksiężycowa. Spojrzenie na miasto sprawiało, że dostawałam ciarki. W oddali było widać ogromny pożar i kłęby dymu unoszące się ponad budynkami. Ale jeszcze bardziej bałam się tego, że za chwilę będę musiała otworzyć samochód - zdalnie, a wtedy na chwilę zabłysną światła. Zabłysnęły, odczekaliśmy chwilę i otworzyłam drzwi. Zabrałam wszystko co może przydać się do określenia tego z czym będę walczyć - jakakolwiek to choroba, wirus czy mutacja - dobrze było by coś z tym zrobić. Po powrocie wysłałam Kamila na górę po szczegółowe wyniki badań kart pacjentów, po czym przyniósł mi kilka dysków twardych oraz informacje, że w piwnicy jest kolejny generator, gdyż szpital posiada schron przygotowany na atak z powietrza, ale nie ma tam okien - więc po wspólnej rozmowie, wszyscy postanowiliśmy, że jeśli nic się nie zmieni przez te dwa tygodnie to przeniesiemy się do podziemia.

"Kolejny dzień? - piekło wymyślił człowiek, a nie bóg"
Z samego rana, po nocy na starym materacu i trzygodzinnym pilnowaniu drzwi, zostałam powitana wczorajszym obiadem szpitalnym z dodatkową puszką napoju z automatu. Zanim zaczęłam jeść już sprawdziłam wyniki całonocnego wyszukiwania danych w autorskim systemie gdzie w laptopie według kryteriów ustalonych na podstawie kart pacjentów i relacji Kamila można by znaleźć jakieś przybliżone informacje na temat tego co zaszło. Wyglądało by na to, że pacjenci którzy mieli zaaplikowane trzy specyficzne szczepionki mojego pomysłu są źródłem tych nieszczęść. Jeśli przypuszczenia symulacji komputerowej nie odbiegają od rzeczywistości to czas aktywacji zmutowanego wirusa to przedział od kilku godzin do około dziesięciu dni. Potrzeba by zbadać jeszcze jakąś świeżą próbkę krwi i tkanki abym miała pewność. Tak się składa, że szukać nie trzeba daleko, bo prawdopodobnie zarażona była ta postrzelona pielęgniarka. Wyszliśmy przed szpital. Dwie karetki stały w ogniu, a w miejscu gdzie ostatnio widzieliśmy ciało potrzebne do badania była spora plama prawie zaschniętej krwi i kierujące się w dwie różne strony smugi purpury. "To raczej jakieś zwierzęta z pobliskiego lasu" powiedział Kamil, "Oby nie ludzie, chyba lepiej się nie rozdzielać, tak w razie czego" - dodałam załamującym się głosem. Poszliśmy po śladach które wyglądały na starsze, ślad krwi urwał się niedaleko schroniska dla psów, więc i intuicja podpowiadała, że to właśnie tam może jeszcze uchował się kawałek ciała. Brama była otwarta, ale co dziwne ze środka nie było słychać prawie nic. Dziwne jak na schronisko, że tak tutaj cicho - pomyślałam. Na wejściu leżały kilkanaście martwych psów, prawie każdy poobgryzany, część miała ślady po wytoczonej z pyska ślinie. W rogu leżały zwłoki, jedne należały do pracownika schroniska, drugie to część klatki piersiowej oraz na pół oderwana głowa poszukiwanej przez nas pielęgniarki. Gdy wycinałam kilka kawałków z pozostałości po jej ciele Kamil powiedział "Gdyby psy potrafiły gotować to pewnie nic byśmy tutaj nie zastali, na ich nieszczęście zwierzęta mają rozum, ale są leniwe." "Raczej mniej kreatywne, a nie leniwe. Gdyby potrafiły gotować, ludzie wykorzystali by to aby zarobić" - dodałam z lekkim uśmiechem. Obeszliśmy oba budynki schroniska, aby zobaczyć czy ktoś się tutaj nie chowa, tak jak by wcześniej w szpitalu, ale to miejsce wydawało się bardziej martwe niż wszystkie piętra szpitala. Wracając czułam jak moje ciało domaga się jedzenia; miałam nadzieję na coś lepszego niż kolejne resztki obiadu, ale coś podpowiadało mi, że zawsze może być gorzej.
Gdy sprawdzałam próbki Kinga podeszła i powiedziała, że spóźniła się bo do późna siedziała w głównym szpitalu w centrum miasta, że tam leży jej syn. Przytuliłam ją i rozpłakała mi się na ramieniu. Drugą ręką wpisywałam dane na komputerze, tak aby kolejna symulacja była jak najbardziej wiarygodna. Komputer przeliczał, a my jedliśmy kolejne resztki przy cichej pracy generatora.

"Drzwi"
Wynik okazał się być najbardziej przekonujący, ale nie dawał nam dużych szans na przeżycie. Okazuje się, że wszyscy jesteśmy zarażeni, nasze próbki wskazują na to że, jesteśmy nosicielami już piątej mutacji wirusa, gdyż na wcześniejsze byliśmy odporni. Wynikiem będzie to, że zginiemy szybko - lecz nie wiadomo kiedy dokładnie, może za chwilę, a może za kilka dni lub miesięcy. "Przeszło mi przez myśl, że mogli byśmy udać się nad morze, albo w góry" -powiedziałam jakoś bez przekonania. "Ludzie wymierają, morze będzie skażone w ciągu kilku tygodni, chyba lepiej w góry. Zawsze chciałem zestarzeć się i umrzeć w górach" powiedział Kamil. Kinga stała jak spetryfikowana i tylko na jej ustach malował się niepokój. Moment później koleją myśl przerwał mi przebijający wszystko dźwięk - krótkie kilkusekundowe sygnały pisku trwały kilka minut. Kamil podbiegł do pulpitu obok generatora, wpisał coś na klawiaturze i pisk zamilkł. "Pakujcie się i na dół - to system wczesnego ostrzegania, sygnał dotarł z opóźnieniem" - krzyknął. W przerażeniu popatrzałam na Kingę i w panice zaczęłam przepakowywać rzeczy z biurka do torebki. Biegłam trzymając kilka toreb oraz moją teczkę. Kierując się oznaczeniami na ścianach, zbiegłyśmy dwa piętra w dół. Kamil stał na końcu korytarza i ręcznie odblokowywał plombę która zamknie drzwi śluzy. Zwykłe lampy zabłysnęły i zgasły - pozostały tylko małe migoczące, czerwone lampki z awaryjnego oświetlenia. Drzwi śluzy po woli się zamykały, a wokoło było słychać narastającą ciszę, tak jakby coś się zbliżało. Biegłyśmy za szybko bo wpadłyśmy na siebie, ale obie przekroczyliśmy drzwi śluzy. Obróciłam się i chciałam wstać. Ogromne przesuwane drzwi śluzy były na wprost przede mną. Kinga leżała nieprzytomna, a Kamil krzyczał "Coś blokuje drzwi". W wnęce która pozostała niedomknięta leżał mój laptop wraz z teczką którą miałam zabrać na wczorajszy wykład. Siłuję się aby wyciągnąć moje rzeczy kleszczące zamknięcie. Wypadam do tyłu, na plecy, trzymając tylko teczkę z napisem "Nowoczesna terapia leczenia kolorami" mojego autorstwa. Podnoszę głowę, ale widzę że laptop nadal na kilka centymetrów blokuje zamknięcie, a Kamil manualnie nie może domknąć śluzy. Widzę jak przez ten mały przesmyk do pomieszczenia zaczyna wlewać się rzeka żywego ognia.
29.11.2015 o godz. 21:08
I.Przeszłość
Wylot do wyspę na środku oceanu to było coś cudownego, tylko ja, ty i ocean. Kolejne cztery miesiące w górach były wyzwaniem. Oboje skierowaliśmy się na szlak pełen nieznanych przygód. Siedzieliśmy gdzieś na górze i patrzyliśmy w dół na ludzi niczym bóg, ale to nie miało znaczenia, bo i oni potrafili tutaj wejść i poczuć się wywyższonym. Osiem ostatnich miesięcy ostatniego i najdłuższego urlopu w naszym życiu spędziliśmy w domku, w głębi lasu. Daleko od cywilizacji. Nawet na wyspie widzieliśmy grupy ludzi, tutaj nie było ani jednego, tyko spojrzenia zdziwionych zwierząt. Obiecaliśmy sobie, że przez cały pobyt w dziczy będziemy pisali pamiętniki i zabierzemy ja na kolejny taki urlop, który zaplanowaliśmy za dziesięć lat – aby porównać się nawzajem i siebie samych. W dzień po powrocie gdy zakopywaliśmy skrzynkę z pamiętnikami na tyłach domu on wydawał się smutny. W ten sam dzień wieczorem oznajmiłam mu, że jestem w ciąży. Widziałem że uśmiechnął się na siłę, ale poczułam że przytulił z uczuciem zdwojonym. O czymś nie wiedziałem, ale ty.. nie zdążyłeś mi powiedzieć?

II.Cykl życia?
Ostatnie dwa lata zleciały szybko jak mrugnięcie oczu. Mieliśmy otworzyć je wspólnie – w trójkę, ale tylko ja otworzyłam swoje. Byliśmy na pogrzebie mojej ciotki na dwadzieścia dni przed planowanym narodzeniem Aliny. Byłam podekscytowana i jednocześnie zdenerwowana, bo ciężko było pocieszać mi moją mamę z tym kochanym ciężarkiem. Na parkingu cmentarza mój ojciec ujął to najlepiej gdy mnie zobaczył „cykl życia”. Grupa ludzi w czerni stojąca nad dołem. Tylko jeden tutaj leży wygodnie, a my go żegnamy z szacunkiem. Ze względu na brak stypy , gdy kapłan skończył brakowało mi jakiegoś przemówienia, od kogoś bliskiego – nikomu o tym nie mówiłam, ale i nikt nie wydawał się mieć chęci ani zamiaru aby to zrobić. Ja sama stanęłam nad dołem i zaczęłam mówić. Nie znałam tej ciotki prawie wcale, więc mówiłam prosto z serca. Moja matka omdlała na koniec moich wypocin i upadając zawisła w połowie przy zasypywanym przez grabarzy dole. Rodzina szybko opanowała sytuację, ale ja w chwilę po wejściu do samochodu krzyknęłam „Wody mi odeszły, jedziemy do szpitala”. On powtórzył „Cykl życia” i ruszyliśmy. W drodze zadzwonił do szpitala i poinformował w jakim celu się tam wybieramy, więc poinformowano nas, że mamy podjechać do tylnego wyjazdu dla karetek, a ktoś już będzie na nas czekał. W chwili gdy podjeżdżaliśmy na teren szpitala, wyjeżdżająca karetka nie zdążyła wyhamować.

III.Przebudzenie
Otworzyłam oczy. Leżałam na szpitalnej sali. Zupełnie sama z ogromnym opatrunkiem na głowie i gipsem na ręce. Spojrzałam w okno, ale tylko cień krat padał na zasłony. Chciałam coś powiedzieć, ale wydałam z siebie tylko jęk. Przez próg zajrzała młoda pielęgniarka i od razu uciekła. Słyszałam tylko tupot nóg – tam i z powrotem. W niecałą minutę zjawiła się przy mnie z lekarzem. Pani Anno, czy słyszy mnie Pani? – zapytał lekarz patrząc się prosto w moje oczy. Przełknęłam ślinę i powiedziałam – gdzie moje dziecko? Oni milczeli.
Minęło kilka dni zanim dowiedziałam się wszystkiego. W kilka godzin o tym, że mój mąż i moje dziecko nie przeżyli wypadku, że z pięciu osób tylko ja przeżyłam, że był wybuch, i lekarz i kierowca karetki spłonęli żywcem. Podczas gdy ja wyciągałam z złamaną ręką ciało płonącego męża, że płakałam przez sen. Bo byłam w śpiączce przez sześć dni. Powiedzieli mi wiele rzeczy których nie przyjęłam od razu. Mówili – płakałam, pocieszali – płakałam. Zapisali mnie na terapię. Teraz nie wiem co myśleć. Minęły dwa lata zanim pozbierałam powłokę mojej zbłądzonej duszy. Po terapii, w domu, podczas porządków pozostawiłam tylko jedno twoje zdjęcie. Wisi na lodówce przy łóżku, bo od tamtego czasu sypiam w kuchni. Jem tylko surówki i wyglądam jak jedno z niedożywionych dzieci z plakatów „na pomoc trzeciemu światu”. Tylko cztery razy weszłam do naszej sypialni: raz zabrałam pościele, drugi raz przeciągnęłam łóżko, trzeci raz zmieniłam zasłony na czarne, ostatni raz zbłądziłam w nocy gdy wstałam do łazienki – od tamtego czasu zakluczyłam sypialnie i klucz wyrzuciłam za okno.

IV.Przypadek
Normalny piątek, wróciłam do domu po pracy, wyjęłam połowę wcześniej przygotowanej surówki z lodówki. Postawiłam talerz na stole i włączyłam radio. Po zakończonym posiłku chciałam poćwiczyć, ale po pierwszym skłonie ziemia poruszyła się z hukiem na tyle gwałtownie, że upadłam, a razem ze mną krzesło i odłamki szyby. Wstałam, słyszałam tylko pisk jaki towarzyszy ludziom po eksplozji. Bo jak się okazało po wyjściu na zewnątrz, sąsiedni dom nie stał gdzie powinien, a jego odłamki właśnie zaśmiecały mały krater po eksplozji oraz pobliską okolicę. Zobaczyłam że wszystkie szyby pękły, nawet te w sypialni. I zamiast gapić się na kratek z otwartymi ustami, zaczęłam kierować się w stronę wybitego okna od sypialni. W połowie zauważyłam że kawałek urwanej ręki leży na parapecie i z wrażenia się przewróciłam. Zleciałam kawałek w głąb świeżego i jeszcze ciepłego krateru. Zatrzymałam się, po uderzeniu w coś ciężkiego. To była nasza skrzynka z pamiętnikami. Była cała osmolona, ale wciąż cała. Zaczął wracać mi słuch, słyszałam syreny pogotowia i straży pożarnej, ale nie zainteresowało mnie nic poza skrzynką. Po zbyciu strażaków którzy troszczyli się o wszystko wokoło wniosłam ją do domu, położyłam na stole w kuchni. Postawiłam krzesło po czym na nim siadłam i zabrałam się do otwierania skrzyni. Wyciągnęłam dwa pamiętniki, czarny – mój, i zielony – twój, a po za tym jeszcze jakąś kartkę która leżała pod nimi. Widniał na niej napis „Za wcześnie – to nie przypadek?”. Przez moment zastanawiałam się nad tym, ale do niczego nie doszłam. Oba pamiętniki były zapieczętowane. Mój odłożyłam na bok, a twój otworzyłam. Strona za stroną, wszędzie ten sam napis „wytrzymaj” i tylko kolejne daty – co kilka dnia lub tydzień. Siedziałam jak głupia i koło czytałam to samo słowo. Do chwili gdy zobaczyłam wpis „jestem”, kolejny „szukam gdzie zacząć” , i ostatni przed pustymi stronami „zacząłem kopać w głąb otchłani, poszukaj mnie”. Te trzy ostatnie miały daty kolejno z dnia wypadku przy szpitalu, sprzed niecałych trzech miesięcy i ostatni sprzed trzech dni. Siedziałam nieruchomo i myślałam sobie co to u licha za magia lub żarty. Przerzuciłam puste strony i zamknęłam pamiętnik, po czym od razu otworzyłam ostatnią stronę, bo przypomniało mi się że gdy kupowaliśmy te pamiętniki to była tam jeszcze mała papierowa kieszonka z napisem „mój testament”. Z tego co wiem do mojej włożyłam uschnięty liść który znalazłam w lesie, natomiast w twojej znalazłam karteczkę z napisem „tylko nie tutaj” i nieznanym mi adresem poniżej. Sprawdziłam w sieci co to za adres.. była to jedyna na w kraju klinika w której legalnie dokonuje się eutanazji. Sugerujesz mi, że mam się zabić – pomyślałam..

V.Umieranie nie jest takie proste
Nie mogłam zasnąć, bo wciąż myślałam że może gdzieś jesteś, a może i na mnie patrzysz i czekasz. Z drugiej strony chciała bym jeszcze żyć. Nagle zadzwonił mi alarm w telefonie z wyświetlonym napisem ” leki” i powiedziałam sobie „ale co to za życie”. Wstałam i poszłam do łazienki. Na półce obok zlewu leżały trzy listki z tabletkami i jedna butelka olejku eterycznego o zapachu leśnym. Siadłam sobie na klapie od toalety i czytając po raz kolejny skład olejku uspokajającego brałam tabletki. Lekarz zaproponował mi ten olejek, ale mam przez niego zbyt dużo wspomnień z naszego pobytu w lesie, więc czytanie bardziej mnie uspakaja i usypia niż wciąganie tego zapachu z powietrza. Połknęłam trzy tabletki i odłożyłam olejek i ostatni listek tabletek na półkę. Po czym przypadkowo przeczytałam napis na odwrocie opakowania „cyjanek w tabletkach”. Co jest kurwa – zdążyłam to powiedzieć i już leżałam na ziemi.

VI.Otchłań
Mocne plaśniecie ręki w policzek mnie obudziło. Leżę na czarnej, zimnej powierzchni. Zamiast nieba ogromna biała przestrzeń, a nade mną klęczy ciotka którą chowaliśmy.
-Co jest kochana? Musiałam trochę tobie pomóc – powiedziała bez wahania.
-Gdzie ja jestem i co TY tutaj robisz, powinnaś nie żyć – odpowiedziałam nie na temat.
-Jesteś w piekle, czy jak kto woli w otchłani, i tak sobie nie żyję, a raczej razem nie żyjemy.
-Gdzie on jest? Gdzie moje dziecko?
-Twoje dziecko jest tam! – krzyknęła wskazując palcem na białą przestrzeń ponad nami. – a twój mąż jest tam – i wskazała drugą ręką w stronę podłoża.
Wyjaśniła mi, że kto odpokutuje swoje grzechy ten unosi się w stronę bieli czyli nieba, ale kto tam w niebie zgrzeszy spada z hukiem tutaj i nie ma możliwości odwrotu. Ona to przeszła bo nikt jej nie poinformował zawczasu, no i jak to ujęła „tam i tak jest nudno”. Że tutaj dni mijają jednocześnie z tymi w świecie żywych, że światło pada z nieba i gaśnie gdy bóg zamyka oczy. Opowiadała też że, prócz nieudaczników, samobójców, złodziei i wszystkich tych którzy się tutaj dostali tylko mój mąż zaczął kopać w dół. Podobno sam stwórca się tutaj zjawił, żeby się temu przyjrzeć, ale i nie było nic ciekawego do oglądania to wrócił dość prędko „do siebie”. Plotki mówią także, że twój maż znalazł też światło w ciemności, bo po natychmiastowej wizycie boga nikomu innemu nie udało się przebić tej czarnej skorupy i że zanim twój mąż zszedł w dół powiedział, że bóg dał mu władzę i że ma plan oraz, że każdy kto próbował za nim wejść do jego tunelu spopielał się w sekundę po wejściu. Poszłam go szukać..

VII.Zapłon
Podążałam za wskazówkami potępionych, wędrowałam przez miasta z postawione na górach stworzonych przez śmiertelne tutaj zwierzęta. To było jak wielka makieta z martwych ciał, z domami z kości i jeziorami z krwi. Napawałam się obrzydzeniem, ale po trzecim dniu przyzwyczaiłam się do tego. Mijałam ludzi, byli smutni lub szaleni, z czasem było ich coraz mniej, aż wreszcie pojedynczo występowali – jeden na kilka dni. Szłam tygodniami przez pustą przestrzeń w danym kierunku, aż wreszcie dotarłam do niedużego idealnie wykrojonego kolistego otworu, obok leżał diamentowy właz i górka czarnego zbrylonego materiału. Na włazie widniał napis „tylko jednej dane jest wejść – czekam”. Mimo tego, że umarłam zeszłam cała i zdrowa w dół, nie spopieliłam się. Tunel ciągnął się w nieskończoność, było coraz ciemniej, ale jednocześnie nigdy na tyle ciemno, żebym nic nie widziała. Czuję popiół pod stopami, jest gruby niczym żwir. Szuranie po nim chyba daje jakiś efekt, bo przez chwilę słyszałam, to męski głos dobiega z wnętrza. Słyszę jak coś recytuje. Zorientowałam się, że to przecież moje słowa. To musi być on, bo właśnie na głos czyta mój pamiętnik. Patrzę przez mgłę i stąpam po gorącym piachu. Nie widzę cię, ale wiem że stoisz kilka metrów dalej - w tej otchłani. Informowałeś mnie : jeśli trafisz do piekła, to chcąc mnie odszukać mam pytać o tego jedynego potępionego, który kopie jeszcze głębiej niż piekło się kończy. Cóż, znalazłam cię. Widzę jak stoisz przede mną i mówisz:
Witaj przyszła królowo piekła! Możesz nie wierzyć, ale zapytałem stwórcę czy mogę być diabłem, na co on odpowiedział ze śmiechem, że diabeł to jakiś religijny wybryk z świata ludzi. Powiedział, że mogę być królem otchłani, że cała ona stworzona jest z antracytu . Dał mi uśpioną duszę z ognia, zapowiedział że pocałunek obudzi moja królowa stopi diamentową skorupę i zapali na wieczność podłoże z węgla. Dał mi warunek, że jeśli tutaj trafisz to będziemy niewolnikami takimi jakimi chcemy być. Bo czym jest król i królowa jak nie niewolnikami swojego królestwa. Tak więc żono – przykląkł przede mną i zapytał – czy zechcesz zostać tutaj ze mną po sąd ostateczny? – po czym pokazał mi wyrzeźbiony w jaskini antracytowy pałac z diamentową powłoką ponad nim.
Ja uderzyłam go w policzek mówiąc – To za pamiętnik, ale przynajmniej miałeś co czytać. Po czym pocałowałam go, a nasze ciała zapaliły się ogniem który nas nie parzył, lecz zapalał wszystko wokół. Słychać było krzyki cierpienia i skwierczenie palonego ciała.

VII.Inferno
Odtąd rządzili oni płonącym królestwem z wyspami z krwi i kości, gdzie potępieni darzyli ich sympatią. A co ważniejsze od tej pory nikt z nieba już nie spadał na własne życzenie, bo bardziej bano się ognia niż czarnej nieznanej skorupy.
I żyli długo i szczęśliwie.. a przynajmniej oni tak.
10.02.2014 o godz. 01:02
..a czy ty czasami oglądasz swoje ubrania i stwierdzasz, że twoje życie jest monochromatyczne; bo ja tak. Zdejmuje z suszarki stertę jasnych bluzek i wieszam kolejną porcję, tyle że czarną. W pracy zależnie od tego czy garderoba odzwierciedla dzisiaj jasny czy czarny humor, ludzie różnie się do mnie zwracają. Niby te same osoby, ale raz „Pani Julio”, a na kolejny dzień w jasnej sukience już jestem „Julką”
..aż do dzisiaj – bo czuję, że świat się zmienił.

Wstałam wcześniej niż zwykle, podczas toalety nuciłam sobie kilka ulubionych kawałków, aby nie słyszeć głuchych dźwięków za ściany – to pewnie sąsiadka znów topi w wannie swoje dzieci. Podczas śniadania słucham jak deszcz wygrywa smutną melodię na parapetach. Jeszcze tylko zabiorę torebkę z garderoby i mogę wyruszać do pracy. Widzę, że jak zwykle rzuciłam ją w sam kąt zabudowanej szafy. Krok w ciemność i już nachylona biorę torebkę w swoje ręce. Wychodzę i staję się senna. Nie rozumiem niczego – za oknem widzę ciemność. Znów jest noc, a ja kładę się spać.

Budzi mnie szum morza. Leżę na piasku, niebo usłane gwiazdami tępym światłem ukazuje mi otoczenie. Obok mnie leży jakaś kobieta. Szturcham ją, ale po chwili orientuję się, że jest martwa. Wstałam jak oparzona i słabym głosem próbuję coś wykrzyczeć. Przestaję gdy uświadamiam sobie, że jąkam się krzycząc. Nigdy wcześniej się nie jąkałam, więc stoję zdziwiona – wpatrując się w morze. Czuję jak wody przybiera po woli. Jeszcze przed chwilą stałam na suchym piasku, teraz mam wody do kostek, a nie ruszyłam się nawet o metr. Ruszam w głąb plaży. Idąc plecami do narastającej wody czuję się jakbym wędrowała przez pustynie. Nie widać roślin, zbitego piasku, ani niczego innego niż morza z ziarenek piasku. Po dłuższym czasie odwróciłam się, aby spojrzeć w głąb wody i moim oczom ukazał się statek. Nie zbyt duży, wyglądający na opuszczony, ale wciąż kierujący się w moją stronę wraz z narastającą wodą. Na maszcie powiewa jakaś flaga, ale wydaje mi się, że co chwila zmienia kolory. Okazuje się, że zbyt długo wpatrywałam się w statek, bo wody mam już po pas. Zaryzykowałam i popłynęłam w jego stronę. Im bliżej podpływam, tym statek staje się mniejszy. W ostateczności podpłynęłam do łódeczki o rozmiarze mniejszym niż moja dłoń, gdy wokoło już nawet nie widać brzegu na który miała bym wrócić. Złapałam stateczek w rękę, a on jak na złość zachował się jak ciężarek i pociągnął mnie w głębie wody. Nie rozumiem dlaczego, ale nie mogłam go puścić. Widzę tylko jak tafla wody zostaje daleko za mną, a ja z olbrzymią szybkością wpadam w czarną otchłań. Już nie widzę tafli wody nade mną, ale też nie zauważam dna. Zakrztuszam się wodą.
Czuję chłód..

Na nowo budzę się, co ciekawe w moim łóżku. Czuję ciepło, zapach świeżo upranej pościeli. Tylko jestem z kilkadziesiąt lat wcześniej. Poznaje moje stare mieszkanie – mieszkałam wtedy w kawalerce. Świat był dla mnie czymś zaskakująco ponurym. Wstałam i spojrzałam na kalendarz. Czemu akurat ten dzień? – zapytałam sama siebie. To było trzynaście lat temu, ósmy czerwiec, to dzisiaj zwolnią mnie w pracy. Przypominam sobie, za niedbalstwo. To dzisiaj dowiem się, że przez ostatnie kilka lat mojej najciekawszej pracy, co dzień popełniałam wykroczenie grożące zwolnieniem. Oczywiście ktoś, kiedyś musiał do tego dojść. Na co dzień wykonuje karę śmierci, a dokładniej wstrzykuję truciznę do układu krwionośnego. Mordercy, gwałciciele, oszukani oszuści i mizerne pomyłki ludzi. To ich widziałam każdego dnia, brałam strzykawkę i dokonywałam egzekucji na sali przed przeszło stuosobową widownią. Co mnie zdradziło? – każda egzekucja jest nagrywana na taśmach wideo. Co się z tym wiąże – zawsze znajdzie się ktoś kto zechce oglądnąć raz jeszcze śmierć bliskiej mu osoby. Tym oto sposobem pewna bogata kobieta, teraz już wdowa, oskarżyła swojego męża o zdradę. Że niby on, z ich nieletnią służącą. Takie sprawy powinny zostać rozwiązane przez samych zainteresowanych, ale nie wiedząc dlaczego w sądzie, na samej rozprawie winnemu wszystkiemu panu zebrało się na szczerość i wyznał wszystkie grzechy jakie w życiu się mu przydarzyły, z tą i kilkoma innymi służącymi. Co za tym poszło, zamiast grzywny dostał karę śmierci – trochę za dużo tego było, w tym dwa morderstwa. Ale wracając do mnie, to straciłam pracę, bo przed wstrzyknięciem nie dezynfekowałam igły. Jak się okazało, nawet mój szef o tym nie wiedział. Oczywiście tamta starsza pani zwróciła uwagę podczas oglądania egzekucji męża, że na stoliku obok mnie stoi jakaś buteleczka. Domagała się wyegzekwowania, czy powinnam jej użyć.. cóż powinnam.. i wszystkie razy od początku miałam jej używać. Gdyby nie trzeba było sprawdzać wzorcowego planu egzekucji to nawet i mój szef nie wiedział by, że trzeba to robić. Tak więc to dzisiaj. Wyszłam do pracy wcześniej, aby nie spóźnić się kilku minut jak powinno się to odbyć. Ale jakimś cudem czas zakrzywił się i w pracy zjawiłam się dwie minuty później niż powinnam. Tylko jedna egzekucja dzisiaj: emerytowany mężczyzna w podeszłym wieku. Znów widzę jak wprowadzają go na salę, a dosłownie to pomagają mu wejść bo sam nie daje rady. Usadzili do w fotelu i przypięli na tyle mocno, że najpierw robił się cały czerwony, a następnie zbladł. Przypomniałam sobie, że ostatnim razem pomyślałam w tej chwili „może już odszedł”, ale nie znów przeszły mnie ciarki bo wtedy się do mnie uśmiechnął. Odwróciłam się w stronę stolika i przemyślałam szybko sprawę. Tym razem miałam zamiar zdezynfekować tę głupią igłę, ale w momencie gdy chciałam zdałam sobie sprawę, że nie mogę podnieść buteleczki alkoholu. Co dziwne głosy wokoło mnie ucichły, a ja siłowałam się z nią. Wszystko zamarło. Wydało się jakbym ją podnosiła, ale w tym momencie wszystko co widziałam zachowało się jak kruche szkło. W jednej chwili pękło, cały świat. Sekundę później każde z tych kolorowych szkiełek straciło barwę, a ja stałam w próźni.
Zupełna ciemność.. znów zasypiam.

Budzę się niewyspana. Rozglądam się. Poduszka leży na podłodze, boli mnie kark i gdzie do cholery jest dach mojego domu? Widzę gwiazdy na ciemnej tafli nieba. Czuję się jak zahipnotyzowana tym wszystkim. Po chwili stwierdzam, że coś płata mi figle w umyśle. Powinnam dalej spać, może to jakoś to rozwiąże. Kładę się na powrót do łóżka i zamykam oczy. Głośna muzyka jakby znikąd nie daje mi spać. Gdy tylko otwieram oczy dźwięki znikają. Co zrobić? Leżę wpatrzona w niebo.
Nagle przechodzą mnie dreszcze – tak jakby ktoś, gdzieś tam w przestrzeni kosmosu, miliardy kilometrów dalej patrzał w swoje niebo, ale mój i jego wzrok spotkały się na jednej linii.. wszystko wokół zgasło, słyszę tylko mój puls, później głuche odgłosy rozmowy i krzyku. Światełko coraz bliżej moich oczu..
Chyba właśnie zostałam urodzona..
11.11.2013 o godz. 23:34
I. Wstęp
To była chwila.. chodziłam spokojnie po sklepach, aby znaleźć sobie torebkę, a tu nagle uderzenie w głowę i nic nie pamiętam. Ocknęłam się - siedzę przywiązana do krzesła i mam zawiązaną szmatę na oczach, tak więc nic nie widzę. Czuję w powietrzu ładny zapach, i słyszę że ktoś ociera dwa kawałki metalu o siebie za moimi plecami. Przestraszyłam się i zaczęłam krzyczeć. Ktoś wstał i zamknęły się drzwi gdzieś za mną. Zamilkłam i nastała zupełna cisza. Wydaje mi się, że jeszcze jakieś zwierzę spaceruje po pokoju, ale bez zmysłu wzroku ciężko się przekonać. Lekko drżącym głosem zapytałam czy ktoś jest w pokoju lecz pozostawiono mnie bez odpowiedzi. Usłyszałam kota, a po chwili poczułam przerażenie, bo wskoczył mi na kolana. Czuję jak łapki kota bawią się opadającym kawałkiem materiału, który osłania mi oczy. Wrzasnęłam gdy pazury zadrapały moją skroń. Materiał zleciał mi z oczu i ujrzałam coś dziwnego. Siedziałam na środku małego drewnianego pokoju. Na ścianach wisiały futra zwierząt, a przede mną z piecyka wydobywał się śnieżnobiały dym. Ku mojemu zdumieniu miałam nie skrępowane ręce, a do tego na paznokciach zobaczyłam lekkie ślady krwi. To co najmniej ogłupiające, ale sama się zadrapałam, bo kota w tym pokoju na pewno nie ma. Ktoś mnie tutaj oszukuje, a w najgorszym przypadku to mój własny umysł..

II. Ciemność
Wstałam i zobaczyłam jak widziany przeze mnie obraz składa się w całość. Przez chwilę kręciło mi się w głowie, po czym nagle w ciągu sekundy otrzeźwiałam. Odwróciłam się i okazało się, że w tym pokoju nie ma drzwi. Tylko na środku sufitu widniał otwór prowadzący gdzieś w nieznaną ciemność. Podstawiłam sobie siedzenie pod przejściem i podskakując złapałam się na tyle mocno żeby nie zlecieć powrotem w dół. Było tam cholernie ciemno i jedyne światło jakie odkrywało kontury przedmiotów wydobywało się z pokoju poniżej. Po chwili przyglądania się ciemności wokoło, moją uwagę przyciągnęło małe światełko. Wydawało mi się że to dziurka od klucza, przez którą prześwituje jakieś źródło światła, ale im bliżej podchodziłam tym bardziej ciemność się zagęszczała wokół mnie, a punkcik światła oddalał się ode mnie. Mimo to, że zatrzymałam się w miejscu, on wreszcie zanikł. Odwróciłam się i dopadła mnie panika, bo wszędzie wokół była ciemność. Zrobiłam parę kroków na przód i przewróciłam się o coś. Upadek nie bolał wcale, czułam jak bym wylądowała na puchowym kocu lub dywanie z mchu. Usiadłam i oparłam się ręką o podłoże. Po chwili poczułam jak by podłoga się ruszała, a na moją rękę wpełza jakiś robak. Panika przebiła mnie na wylot, próbowałam wstać, ale usłana z robactwa podłoga pochłaniała mnie. Wrzeszczałam, ale nie odpowiadało nawet głuche echo. Czułam jak zagłębiam się w obrzydliwą otchłań; w chwili gdy poczułam jak coś wpełza mi do ust zaczęłam wymiotować i zemdlałam.

III. Sen
Słyszę głos „Pani Sabino!” Nie mogę nic odpowiedzieć, ani nawet normalnie oddychać. Białe światło razi mnie w oczy. Leże na boku, na czymś miękkim i czuję jak ktoś uderza z wyczuciem w moje plecy. Po chwili widzę człowieka w białym fartuchu – to lekarz. Pomyślałam – chyba jestem w szpitalu? Wymiotuję jeszcze przez chwilę czymś jasno zielonym i naglę odczuwam ból w klatce piersiowej. Mogę oddychać, ale sprawia mi to ból. Chciałam się zapytać o cokolwiek lecz wydaje z siebie tylko jęczenie. Lekarz przewraca mnie na plecy i odczuwam ogromną ulgę w oddychaniu. Widzę pielęgniarkę, która prawdopodobnie przed chwilą uderzała mnie w plecy. Widzę że krople potu zlatują jej po czole, a w jej oczach gości strach. Odsuwa się ode mnie i pyta „Boże, co to było?” Na co lekarz wzrusza ramionami i podpina mi kroplówkę. Podłączyli mi jeszcze urządzenie monitorujące pracę serca i po chwili oboje wyszli w pośpiechu zostawiając mnie bez żadnej informacji, ale z wymiocinami na podłodze. Słyszę zamykany zamek w drzwiach i przechodzą mnie ciarki. Próbuję się ruszyć. Z trudem przenoszę rękę i czuję zakrzepnięty płyn na szyi oraz wyczuwam zadrapanie na skroni. Więc to się stało.. ale ja nie mam na imię Sabina.. zapomniałam jak mam na imię?
Czuję jak nuży mnie sen.

IV. Piekło
Ktoś szarpie mnie za kołnierz i krzyczy „Monika wstawaj! Zaraz się zawali”. Czuję jak ciężko mi się oddycha, widzę dym i płomienne języki tańczące witrażu okna. Podnoszę się z trudem, jakaś kobieta trzyma mnie za rękę. To nie jest szpital – jestem w świątyni. Widzę płonący ołtarz, a przed nim ogromną dziurę w ziemi, z której buchają płomienie. Wybiegamy na zewnątrz. Puszczam jej rękę bo czuję jak drażniący dym nadal pali w oczy. Widzę pole trawy ciągnące się aż po horyzont z każdej strony. Słońce przed chwilą było w zenicie, teraz razi mnie okropnie i potęguje ból oczu. Przede mną płonie kościół, a kobieta która pomogła mi się wydostać leży przygnieciona płonącą belką, która musiała spaść dosłownie sekundę temu. Obchodzę budynek dookoła, ale nic prócz wydeptanej ścieżki nie znajduję. Raz jeszcze próbuję szukać kogoś lub czegokolwiek co mogło by nadawać się użytku. Bezskuteczne poszukiwanie kończę bardzo szybko. Moją uwagę przykuwa to, że przez kilka minut słońce przesunęło się prawie na sam horyzont. Postanawiam iść wydeptaną ścieżką, prowadzącą na wschód. Niebo jest zupełnie ciemne, nie ma księżyca, ani nawet gwiazd. Panuje tutaj półmrok mimo tego, że nie ma żadnego źródła światła. Przyśpieszam kroku na ścieżce donikąd. Tak jak słońce szybko zniknęło na horyzoncie, tak i szybko pojawiło się na wschodzie. Co ważniejsze zobaczyłam budynek na horyzoncie. Zaczęłam biec, ale im bliżej byłam, tym bardziej przypominał mi spaloną świątynie. Czułam niemoc i strach. Gdzie ja jestem? Słońce wędruje strasznie szybko. Czuję jak gorąco zamiast grzać, zaczyna palić moją skórę. Wciąż idę do dziwnego miejsca z którego wyszłam. Tak naprawdę wydaje mi się, że idę bez celu. Czuję jak ból mnie przerasta , a moje ciało zaczyna odparowywać i schnie. Pierwsze w okropnym bólu tracę oczy. Czuję już tylko żywy ogień. Staram sobie przypomnieć twarz kobiety, która była tutaj ze mną, ale nie potrafię. I czemu powiedziała do mnie „Monika” – to nie jest moje imię.. nie wiem jak mam na imię.

V. Zamierzchłe czasy
„Proszę nie mdleć – musisz być świadoma podczas wykonywania wyroku” takie słowa oraz klika uderzeń w policzki obudziło mnie z nieznanego snu. Otworzyłam oczy i ukazał mi się niesłychany widok. Stoję związana przy ścianie i mam przyczepiony ogromny kamień do stóp. Stojący przede mną ludzie ubrani byli w średniowieczne stroje. Trójka w łachmanach z żałobnymi elementami płakała. Jeden ubrany jak błazen czytał jakieś zarzuty człowiekowi ubranemu bogato. Tamten po chwili skinął głową i moją uwagę zwrócił jeszcze jeden człowiek. Miał czarną maskę na twarzy i przypominał kata. Zaczęłam wrzeszczeć. Trójka pozorantów przestała płakać, błazen podszedł do mnie razem z szlachcicem, a kat uderzył mnie czymś żelaznym w twarz na tyle mocno, że wypadł mi ząb. Zawyłam jeszcze mocniej, po czym uderzenie w brzuch zastopowało mój głos. „Czego się drzesz?” zapytał błazen? „Co wy robicie?” wydusiłam z siebie. „Magdo – zostałaś skazana za uprawianie czarnej magii, na śmierć, przez utopienie” powiedział szlachcic. Ogarnęła mnie konsternacja. Wszyscy wokoło zamilkli, a kat szybkim ruchem uruchomił zapadnię, która znajdowała się pode mną. Gwałtownie poleciałam w dół. Kolejny widok był dla mnie czymś chorym. Myślałam że opadnę na dno jakiegoś stęchłego zbiornika wodnego i mój żywot zakończy się w ciemności dla oczu jak i umysłu.. ale nie.. dobrze widoczna smuga krwi po wyłamanym zębie znaczy purpurową drogę mojego spadania. Po woli spływam w szklanej rurze, wciąż się topiąc, a ludzie na zewnątrz stoją na balkonikach oświetlonych różnokolorowymi lampami neonowymi. Większość trzyma aparaty, telefony lub kamery i zapisuje mój „spływ śmierci”. Mniejsza część klaszcze lub przygląda się dokładnie mojej śmierci. Jestem już w szoku , nie mogę oddychać i moje ciało opada na dno szklanej rury. Widzę jak z drugiej strony szkła dwójka dzieci stuka w szybę, naśladując ludzi stojących obok. Dochodzi do mnie, że to nie ja, ja nie mam na imię Magda.. Umieram..

VI. Iluzja?
Budzę się w domu, siedzę w fotelu. Jestem cała mokra i nie wiem co się stało. Z trudem wstaję i widzę, że na sąsiednim fotelu siedzi znany mi mężczyzna. Szturcham go za ramię, a on po woli otwierając oczy uśmiecha się do mnie i pyta „Jeszcze jednego kochanie? Możemy na pół Kasiu”. Łapie mnie za rękę i czuję jak miłe ciarki przechodzą mi po plecach. On zasypia. Idę do łazienki, zapalam światło i czuję jak jakieś dziwne uczucie przechodzi przez całe moje ciało. Pytam się siebie samej „Opium?”

..ale mokre ubranie, zadrapana skroń, brak zęba i przypalone brwi nie potrafią mi odpowiedzieć..
29.01.2013 o godz. 22:23
Ja
„Nie oszukujemy – jesteśmy razem – radzimy sobie z życiem” taki napis widnieje u nas w domu. Powiesiłem go nad drzwiami gdy Martin skończył cztery lata. To miało być takie postanowienie dla całej naszej rodziny. Chciałem uświadomić Annę, że coś zrobiła źle. Znaliśmy nasz stan majątkowy, ale to nie był powód aby wracać po kryjomu do miejsca, którego przysięgła już nie odwiedzać. Chociaż wiem, że był to warunek ślubu jaki zawarliśmy, to mimo wszystko nie będę brać rozwodu – przecież ją kocham, przecież zdecydowaliśmy się na dziecko.. a zresztą jesteśmy tylko ludźmi. W obecnej chwili martwię się o jej stan, o to gdzie jest i dlaczego nie potrafię się tego dowiedzieć. Znalezienie pojedynczego człowieka na obszarze całego globu graniczy z cudem. Jedyne co mi pozostało to szukać poszlak lub śladów jej obecności. Minęły dwa tygodnie i wiem że nikt znany mi nie widział jej przez ten czas.
Martin dopiero co skończył siedem lat i pozostał bez matki na nieokreślony czas. Gdy ja byłem mały poznałem zaledwie skrawek takiego posiadania rodziców. To był rok, gdy matka pojechała pracować za granicę. Wiedziałem że powróci i wiedziałem że zarobi tyle żeby żyło się o wiele lepiej. Po tym jak wróciła mieliśmy dość pieniędzy aby dokończyć budowę domu i spłacić kredyt. Ten rok bez niej pozostawił na mnie małe piętno, ale też dzięki temu dobrze poznałem się z ojcem. Myślę o tym jak Martin może się z tym czuć. Chociaż właśnie lecimy samolotem i zasnął, to w środku na pewno czuje ból i tęsknotę jak ja. Jeszcze trzy godziny lotu i dolecimy do miasta, w którym policja na podstawie fotografii zidentyfikowała kobietę przypominającą moją żonę.

Ona
Wiedziałam że to nie jest dobre wyjście, ale chyba to była jedyna ucieczka przed oczywistym skutkiem moich postępowań. Wróciłam dorabiać tam gdzie nie powinnam i otrzymałam za to wymierzoną przez los karę. Tak prawdę mówiąc to wybrałam się jedynie zorientować jak szybko zdobędę odpowiednią kwotę pieniędzy aby spłacić dług mojej firmy. Fakt jest taki, że więcej zarobię w tydzień, nielegalnie - jako prostytutka dla bogaczy, niż moja firma w trzy miesiące. Brzmi to na tyle banalnie jakbym jakoś bardzo się śpieszyła i trzy miesiące były by zbyt długim odcinkiem czasu. Zanim poznałam Stana i się pobraliśmy starałam się jak najszybciej skończyć z taką formą zarabiania. W ostatni dzień pobytu koleżanka powiedziała „To jest jak narkotyk – nie musisz o nim pamiętać, bo to on będzie pamiętał o tobie”. No i tak się stało, a na dodatek właśnie z tą koleżanką, z dawnej pracy – o ile mogę nazwać to pracą, siedzimy razem w miejscu o którym nie pomyślałam przez dotychczasowe życie.
Wszystko zaczęło się wczoraj, gdy podczas obsługiwania jednego z klientów cała nasza trójka nazbyt mocno się napiła. Nie mam na myśli niewydolności organizmu ani przedawkowania. To były sumienie – coś co nie zapomina i nie da się tego pozbyć. Znalazłam pretekst aby pójść do łazienki, siadłam na podłodze straciłam na chwilę kontakt z światem. Ocknęłam się bo ktoś pukał do drzwi. To była Róża, ta koleżanka która przewidziała że wrócę. Wstałam aby wyjść z tego pomieszczenia, ale zobaczyłam że prócz łez które zniszczyły mi makijaż, mój nos spuścił ze mnie strumyczek krwi. Róża zapukała o wiele mocniej niż za pierwszym razem. Otworzyłam, a ona na pół majaczącym głosem powiedziała „On coś nam dosypał..” chciała mówić dalej ale w tym samym momencie zamknęła na zamek drzwi łazienki i spadła na kolana. Pomogłam jej wstać i starałam się myśleć jak stąd wyjść wykluczając przejście drzwiami. Zrozumiałam też, że coś zaczęło działać w moim ciele, jakiś rodzaj otępiającej trucizny. Otworzyłam okno i kazałam skoczyć Róży. Bez zastanawiania – jak zahipnotyzowana ruszyła i skoczyła. Usłyszałam dźwięk rozbijanego szkła i błyskawicznie spojrzałam przez okno. Leżała jęcząc, miała pokaleczone nogi. Jak się okazało przebiła się przez trójkątny, szklany dach magazynu. Zeszłam ostrożniej niż ona i chciałam pomóc jej wstać. Ze względu na narkotyk który jej dosypano wstała bez trudu – prawdopodobnie nie czuła bólu. Z góry padł strzał, ale nie trafił w żadną z nas, a rozbił kilka słojów z zaprawami. Cofnęłyśmy się pod ścianę. Powiedziałam Róży, że ma znaleźć coś do jedzenia, a ja postaram się otworzyć drzwi. Czułam że otępienie mojego umysłu rozrasta się z czasem i niedługo będę posłuszna i bezmyślna jak towarzyszka mojej niedoli. Zamek pozgrzytał i okazał się być otwartym zanim zaczęłam przy nim grzebać i przekręcać pokrętła na wszystkie możliwe strony. Rozglądnęłam się czy na zewnątrz nikogo nie ma i szepnęłam do Róży czy znalazła coś do jedzenia. Ona klęczała przed otwartą lodówką turystyczną i tępo skinęła głową na tak. Kazałam jej zabrać pojemnik i złapałam ją za dłoń aby poszła za mną. Wybiegłyśmy i po chwilowym hamowaniu spowodowanym odłączeniem się lodówki od źródła zasilania, pędziłyśmy ile sił w nogach jak najdalej od tego miejsca. Przeszłyśmy przez spory ogród błyskawicznie, bo motywowały nas wystrzały dochodzące zza pleców. Trafiłyśmy na drucianą siatkę oddzielającą tę posesje od sąsiedniej. Przeszłyśmy z trudem i w ciemnościach oraz otępieniu ciągnęłam Różę w stronę światełka które widziałam jakieś sto metrów dalej. Dotarłyśmy do celu. Czułam jak pot zalewa mnie od stóp do głów, a pojmowanie otoczenia było już na wykończeniu. Światełko unosiło się na czymś co przypominało mi duży prostokątny pojemnik bez pokrywy. Weszłyśmy do środka i usłyszałam łomot. To Róża uderzyła w pojemnik przypominający radio. Wyrzucając go na zewnątrz widziałam jak biegnie w naszą stronę postać trzymająca latarkę oraz walizkę. To było ostatnie co pamiętam z wczorajszego dnia.
Obudził mnie zimny wiatr. Podczas otwierania oczu czułam jak moja głowa pęka. Leżeli przede mną. Róża i nieznany martwy mężczyzna, a pojemnik do którego weszłyśmy okazał się dużym materiałowym koszem. Zorientowałam się, że lecę balonem. Kolejny podmuch zimnego powietrza kazał mi ubrać coś na siebie. Wychyliłam głowę nad kosz i zrozumiałam że mam lęk wysokości. Prócz zimna zaczęłam trząść się ze strachu. Róża przebudziła się i z krzykiem przywitała leżące na niej zwłoki. W doznanym szoku chciała je wyrzucić z kosza, ale zatrzymałam ją krzycząc na temat braku ubrań. Po chwili jej zmarznięte ręce puściły ciało i na powrót leżało w koszu. Mężczyzna otrzymał parę strzałów w nogi i wygląda na to że wykrwawił się podczas unoszenia się balonu w przestworza. Pomyślałam że jeśli ktoś ma szczęście, to właśnie ujrzy martwego, spadającego mężczyznę w samych slipach który z finezją spadnie na połać pola golfowego znajdującą się pod nami i rozpryśnie się na kawałku zielonej trawy. Po wyrzuceniu go poczułam jak balon unosi się wyżej i wiedziałam że nie wróży to niczego dobrego. Róża zapytała „Jak wylądujemy”? - na co wzruszyłam ramionami. Ubrałyśmy się miej więcej po równo i obie zwróciłyśmy uwagę na turystyczną lodówkę która leżała w rogu sporego kosza. Jednocześnie, otworzyłyśmy ją naszymi dygocącymi dłońmi. W środku znajdowały się cztery mrożone pizze zapakowane w foliowe opakowania. Spojrzałyśmy na siebie. Jej wzrok był głodny, natomiast mój zły. Nie spodziewałam się, że szukając jedzenia zabierze mrożone pizze jako prowiant na niewiadomą podróż – ale była wtedy tak tępa przez narkotyk, że nie powinnam się dziwić ani złościć. Zła byłam dopiero po chwili. Róża stanęła na pustą już lodówkę i starała się podgrzać pizzę na płomieniu ogrzewającym powietrze w balonie. Być może udało by się jej to zrobić gdyby nie strumień powietrza, który potrząsł balonem na tyle gwałtownie, że wpadła do kosza, w pizza pozostała na palniku wraz z kawałkiem folii przez który trzymała zmrożony kawałek jedzenia. Ja w tym czasie trzymałam pizzę pomiędzy udami w celu rozmrożenia. Patrzyłam jak folia zapala się i leci wraz z ciepłym powietrzem do wnętrza balonu. To były chwile, balon zajął się ogniem i czułam że zaczynamy spadać.

Martin
Tato właśnie mnie obudził. Powiedział, że za pięć minut lądujemy i pocieszał mnie że mama na pewno tutaj na nas czeka. To była ślepa wiara, ale wierzyłem w to jak nigdy. Od czasu gdy zniknęła cały czas zbierało mi się na płacz. Nagły huk potrząsnął samolotem i z głośników usłyszeliśmy przekaz z kabiny pilotów.
Co to kurwa jest, wyleciał wprost z chmury, nic nie widzę.
oraz
On płonie, czujniki oszalały.
Spojrzałem przez okienko, ale było widać samo skrzydło . W tym samym momencie coś osunęło się z dachu wprost na skrzydło i zobaczyłem jak materiałowy kosz osuwa się wprost na silnik samolotu. Wyskoczyła z niego jedna postać, a druga zniknęła w wybuchu po chwili. Na skrzydle zobaczyłem ją – to była moja matka. Nic nie rozumiałem przez kolejne piętnaście sekund. Wszyscy wokoło panikowali, a ojciec zemdlał ze strachu. Mama ześlizgnęła się w tym samym momencie gdy spojrzała na mnie. Nawet nie wiem czy zarejestrowała, że to ja.

Samolot się rozbił..
Nikt nie przeżył katastrofy..
26.08.2012 o godz. 12:44
Mógłbyś nie uwierzyć w to, co chciałbym ci opowiedzieć. Mógłbyś żyć dalej według swoich zasad i praw narzuconych przez społeczeństwo. Mógłbyś być przykładem dla ludzi..
Tak wiele mógłbyś.. ale stoisz zablokowany przez najbogatszych tej małej planety niczym kukiełka w symulatorze gry zwanej życiem. Narcyzm propagowany w reklamach pozwala ci żyć. Upragnione wakacje na które oszczędzasz, aby co parę lat wyjechać poza zasięg wzroku, dają ci wspaniałe wrażenia imitujące wspomnienia – i czujesz się tak jak byś zagrał główną rolę w filmie trwającym dwa tygodnie – i wracasz na stanowisko pracy, aby za parę lat powtórzyć taką przygodę w trochę inny sposób.

Wyobraź sobie, że ja nie miałem takiej pracy jak ty. W mojej pewnie tak samo jak i ty siedziałem i wstawałem na okrągło. Wznosiłem zależnie od sytuacji raz jedną, a raz dwie ręce – aby ludzie głodni i zagubieni trzymali się swojego trybu życia oraz nie mieli za dużo czasu i możliwości na zastanawianie się czy to oni się bawią, czy to ktoś bawi się nimi. Przemawiałem i modliłem się.. Kim byłem?
Do dzisiaj to wszystko miało jakiś ogromny sens, bo sam w to wierzyłem. Ponieważ dzisiaj zobaczyłem napis na ścianie „Wszyscy wierzymy w boga śmierci”. Było to zaledwie parę godzin po tym jak porwano mnie wprost z miejsca pracy. W wcześniej zaplanowanej synchronicznie akcji po prostu zabrano mnie – prawie że najważniejszego człowieka na tej planecie. Przetransportowano mnie jak się domyślam kilka pięter pod powierzchnię ziemi i posadzono na metalowym krześle.
Wtedy właśnie przyszedł do mnie człowiek ubrany w kitel i ubrudzony krwią. Powiedział mi, że to co głoszę, potwierdzam i chowam przed ludźmi to jakiś rodzaj zabawy w której trzeba zgadnąć wyszeptane przez kogoś słowo, przy czym jest się głuchym i przeciętnym człowiekiem dążącym tylko do szczęścia i majątku. Oburzyłem się wtedy i nie przyjąłem tych słów. Przeniesiono mnie do sporego pomieszczenia z dostępem do łazienki, telewizorem oraz sporą hałdą książek. Co dzień dostawałem jedzenie, co jakiś czas ktoś sprzątał ten pokój oraz przynosił mi nowe ubrania. Mijały tygodnie, a ja wierzyłem, że ktoś mnie uratuje. Mijały miesiące, a ja wiedziałem, że ktoś jeszcze o mnie pamięta. Minęło kilka lat, a ja zobaczyłem na ekranie telewizora, że cały świat mnie szukał, ale podobno znaleziono moje martwe ciało i wyprawiono pogrzeb na miarę mojej rangi w społeczeństwie. Wiedziałem, że skoro ludzie się z tym pogodzili to przestali mnie szukać. Czasami wchodziłem po schodach do drzwi wyjściowych z tej celi, bo chyba tak powinienem to miejsce nazwać, i starałem się nawiązać kontakt z kimkolwiek. Modlitwa wciąż dawała mi siły i prawie udało mi się je wykorzystać w dobry dla mnie sposób.
Pewnego razu przebudziły mnie hałasy, które okazały się być człowiekiem w mojej dotychczasowej łazience. Był on bardzo nie do rozpoznania. Jedyne co można było zauważyć przez gęste ubrania to jego oczy. Wyglądało na to, że z jakiegoś powodu poślizgnął się i zemdlał podczas czyszczenia kafli w łazience. Długo się nie zastanawiałem i podszedłem do drzwi wyjściowych, które okazały się lekko uchylone. Wyszedłem pośpiesznym krokiem, nie znając niczego co mnie otacza. Ku mojemu zdziwieniu korytarz prowadzący z mojej celi wyglądał jakby zbudowano go co najmniej tysiąc lat temu. Na końcu korytarza nie znalazłem nic prócz kolejnych zamkniętych drzwi. Nie miałem pojęcia jak takie drzwi się otwiera, ale akurat ktoś je otworzył. Nie przywitał mnie miło, jako że chciałem się przedostać dalej i przepychałem się z nim w drzwiach. Trwało to tylko parę chwil, bo ujrzałem za jego plecami ogromne drzewo. Z dołu purpurowe, aż zmieniające kolor do jasnoczerwonego na szczycie korony. Zaprowadzono mnie w milczeniu i przy użyciu siły do miejsca z którego się wydostałem. Wstrzyknięto mi środki nasenne i ostatnie co widziałem to jak wynoszą ciało człowieka z łazienki. Po nieokreślonym prze zemnie czasie przebudziłem się z ogromnym bólem głowy. Określiłem, że podczas snu nawdychałem się zapachu, którego wcześniej tu nie było. Wydobywał się spod pękniętego kafla w łazience. Tego jednego nie dałem rady ruszyć, ale dwa sąsiednie okazały się być możliwe do ruszenia. Ktoś nakleił je na zwój z biblii przyczepiony do ściany i z łatwością odkryłem że, kryją one małą kamienną wnękę z napisami na ściankach oraz purpurową gałązkę, z której wydobywał się ten zapach. Gdyby nie pęknięta płytka, pewnie nie dowiedział bym się o tym schowku. Wypisano tam listę ludzi, przy czym bez wątpienia, każdy podpis był własnoręczny. Po tym jak spłukałem gałązkę w toalecie i ból głowy ustąpił zrozumiałem co dana lista ludzi przedstawia. Spisałem to sobie i sprawdziłem na podstawie książek naukowych, które miałem w pokoju. Była to lista papieży. Pierwszy z listy został wybrany dziewięćset lat temu, a podpisów było dwadzieścia siedem. Ja jestem dwudziestym ósmym do wpisania. Od poprzedniego dzieliło mnie siedem konklawe.

Przez kolejne dni starałem się nie spać, aby trafić na kogokolwiek kto przynosi mi jedzenie lub ubrania. Ale jak już zauważyłem nie przyniesie jeśli nie zasnę. Długi czas minął, zanim zobaczyłem na własne oczy prawdziwego człowieka. Przyszło, nawet sześciu, w tym dwóch z bronią palną. Kazano mi się położyć, i podłączono mi aparatury medyczne. Leżałem tak niecałe cztery tygodnie. Kroplówka mnie osłabiła. Obudziłem się bez aparatury, byłem słaby i wychudzony. Miałem wiele nakłuć na ciele. Z trudem wstałem i ujrzałem otwarte drzwi. Idąc powoli upewniłem się, że nie ma nikogo w łazience wyszedłem. Ku mojemu zdziwieniu kolejne drzwi były otwarte i leżały przy nich martwe ciała lekarzy. Tym razem dokładnie zbadałem wzrokiem wielką salę z drzewem. Umierało.. Było ono szare z strony korzeni i przechodziło w ciemno purpurowy odcień przy połamanej koronie. Moją uwagę zwrócił człowiek ubrany w długą, czerwoną szatę z srebrnymi nadrukami. Leżał przy przejściu na długie i szerokie schody. Odwróciłem go twarzą do mnie, był zmasakrowany. Z jego rąk wyślizgnęła się stara księga. Wszystko było zapisane łaciną, więc rozumiałem każde słowo. Był to kodeks zakonu, który powstał przy odkryciu jaskini z „drzewem życia” - bo tak zostało nazwane. Starannie opisano w nim rytuały oraz pielęgnację dotyczące drzewa. Legenda na pierwszej stronie głosiła, że trzysta lat po pochówku boga papież wraz z pielgrzymami odwiedzał te miejsce i z powodu choroby żołądka wymiotował krwią na nagrobek, a parę lat po tym incydencie zakwitło tutaj czerwone drzewo. Kult drzewa chciał je utrzymać przy życiu oraz w tajemnicy i postanowił zabić kolejnego papieża w spisku, aby użyźnić jego krwią i ciałem glebę pod jeszcze młodą rośliną. Jako że poskutkowało, to przez wieki strażnicy pilnowali drzewa, aby w odpowiednim czasie, gdy zacznie marnieć, użyźnić je świeżym ciałem aktualnego papieża. Ostatnie zapiski pochodziły z przed paru tygodni i dało się z nich wyczytać, że drzewo przeszło w stan agonalny. Zostało tam jeszcze wiele pustych stron. Na końcu - wewnętrznej stronie okładki, na sklejonych do niej krwią stronach widniało napisane czarnym atramentem zdanie:
„Wszyscy wierzymy w boga śmierci, ale ten bóg nigdy w nas nie wierzył”.
14.07.2012 o godz. 19:54
Zalecam przeczytanie poprzednich dwóch części przed czytaniem tej :D

I choć bym chciała, to nie potrafię się zmienić tego co się stało. To był mój wybór i sądziłam, że wybrałam doskonale. Tak bezproblemowo.. ale tak bardzo samolubnie..

Siedzę obok mojej nieznanej mi wcześniej córki i płaczę. Łzy kapią z mojej brody wprost do szklanki z herbatą. Przez zamglony obraz staram się patrzeć na jej reakcję. Ona wygląda jak niewzruszony anioł, i trzymając w ręku jedną z swoich prac wydaję się zdrętwieć. Widzę jak blednie i na moich oczach jej skóra staje się sino-biała. Osuwa się na podłogę. Bezsilnie podchodzę i sprawdzam co się dzieje. Ona nie oddycha. Chcę krzyczeć o ratunek, ale z moich ust nie wydobywa się żaden dźwięk. Z trudem wstaję i zbiegam na dół po schodach. Szukam jej ojczyma, ale nigdzie go nie ma. Chcę zadzwonić na numer alarmowy, ale mój telefon nie reaguje na żadne wciskanie klawiszy. Wybiegam na ulicę, aby znaleźć kogoś kto mógłby mi pomóc lecz i tutaj jest pusto. Stoję i głucho dla otoczenia łkam. Teraz dopiero widzę co przypomina mi otaczający mnie świat. Niebo jest szare, a ludzie poznikali. To niemożliwe, bym znów trafiła do piekła. Szybko wracam do tej martwej dziewczyny. Mijając podłużne lustro na przedpokoju zatrzymuję się i patrzę na samą siebie. Mam siwe włosy i jestem strasznie chuda. Co się ze mną dzieje. Przykładam rękę do klatki piersiowej aby wyczuć serce.. wciąż bije. Gdyby nie ubrania pewnie, ujrzała bym własne ciało na skraju śmierci.

Wtem usłyszałam jak na piętrze zaskrzypiała podłoga. Pomyślałam - Może to ona, nie możliwe, przecież leżała martwa. Bałam się podejść do schodów, nie wyobrażając sobie tego że mam wejść na górę i sprawdzić co się tam porusza. Stojąc o krok od pierwszego schodka widzę jak ściany oraz górna część schodów tracą kolory i starzeją się w przyśpieszonym tempie. Niczym fala śmierci i rozkładu w mgnieniu oka spływa wprost na mnie. Stoję i nie potrafię się poruszyć, strach zawładnął moim ciałem i tylko kropla potu spływająca po moim czole uświadamia mnie, że wciąż żyję. Skapnęła razem z moją łzą –równocześnie na dwa buty – dwie krople. Łza spadła na lewy i natychmiast pokrył się białą skorupą z soli, natomiast kropla potu wylądowała na prawym bucie a ten pokrył się krwią i która zakrzepła za niecałą sekundę. Tym samym mam na sobie buciki z soli i krwi. Usłyszałam szaleńczy krzyk dobiegający z piętra: wybierz którą nogą zaczniesz swoją podróż do mnie i miej na uwadze, że teraz od twojego kolejnego ruchu zależy los twojej duszy. Moje myśli podpowiadały, że sól to śmierć, a krew to życie – ale wiedziałam, że na obecną chwilę nie znajduję się w miejscu tam gdzie żyłam, a w jakimś piekielnym świecie przypominającym próbę życia. Wzięłam pod uwagę to, że podobno mam zbawić duszę, tak więc nie potrzebna będzie mi krew, lecz co przyniesie krok bucikiem zakrytym przez skorupę z soli – czy śmierć, czy może zbawienie? Czułam, że moje serce przyśpiesza, a wokoło mnie było jakby coraz mniej powietrza do oddychania. Po piątym z rzędu ciężkim oddechu postawiłam na schodku lewy but. W tym samym momencie solna skorupa roztrzaskała się, a ja poczułam brak emocji. Nawet brak strachu. Chciałam ruszyć dalej lecz skrzepnięta pokrywa drugiego buta zaczęła już wrastać w podłogę. Wyszarpnęłam stopę w taki sposób aby pozbyć się go z stopy na stałe i poczułam tylko jak coś szarpnęło mną w środku. Tak jak bym odcięła się od wszystkiego co mam. Zwymiotowałam krwią przed siebie i upadając z bezsilności uderzyłam głową w trzeci schodek. Zemdlałam..

Ocknęłam się, czułam jak moje ciało unosi się na wodzie. Dokładniej to dryfowałam gdzieś na bezkresnym oceanie i gdziekolwiek dokładnie się teraz znajdowałam, chciałam tam pozostać. Woda była doskonale ciepła, na tyle że nie parzyła, a ja czułam jak delikatne fale masują mnie na plecach. Powietrze było świeże i rześkie jakby przed chwilą przeszła tutaj burza. Przewracałam głowę i pływałam w wszystkie strony, ale nie widziałam żadnych oznak życia, aż po sam horyzont. Przewróciłam się, aby spojrzeć pod wodę i zobaczyć dno tej bezkresnej wody i tym samym odkryłam straszną prawdę. Parę metrów pod wodą usytuowana była podwodna pustynia pełna martwych ciał obciążonych jedynie bucikiem z soli, który nie pozwalał na wynurzenie się. Poniżej leżały już tylko kości. Poczułam chlapnięcie na plecach i zamierzałam szybko się odwrócić. Lecz w międzyczasie zobaczyłam jak z dużą szybkością ciało jakiejś starszej kobiety ciągnie na dno biały od soli pantofelek. Słyszałam stłumiony przez wodę wrzask, widziałam jej przerażone oczy i zrozumiałam, że wybrałam dobrze. W innym razie podzieliła bym jej los. Ale co mnie teraz czeka. Przez chwilę przeszła mi przez głowę myśl, że mogła bym ją uratować, ale i w tym momencie moje ciało zostało przewrócone na plecy przez jakąś wyższą siłę i znów wylądowałam z głową skierowaną w niebo. Chmury przeplatały się świetlistymi oraz czarnymi wstęgami, które zleciały i uformowały szarą kulę wiszącą ponad moim dryfującym ciałem. Usłyszałam głos, pewno dochodził z tego czegoś, ale nie widać było żadnych ust.
Powiedział:
Czy masz jakieś pytania?
Ja po chwili wydusiłam z siebie:
Czy jesteś bogiem?
Odpowiedział:
Niektórzy by mnie tak nazwali lecz z podsumowania twojego życia wynika, że i tak byś we mnie nie uwierzyła, a nawet próbowała byś mnie zniszczyć.
Zadrżałam, bo poczułam, że woda zrobiła się zimna i zaczął padać deszcz. Zapytałam:
Skoro jesteś bogiem lub jakąkolwiek siłą tworzenia i zabierania życia, zsyłałeś na ziemie swoich synów i córki, alby nieśli płomienie wiary w sercach i podtrzymywali wiarę w ciebie, to czemu prowadzisz w tej chwili konwersację z kimś kto w ciebie nie wierzy.
Woda się uspokoiła deszcz przeszedł w mżawkę, a głos powiedział:
Mądre słowa jak na kogoś kto rozmawiać z czymś w co sam nie wierzy. Wiedz, że nigdy nie miałem żadnego potomstwa i tylko ludzie z własną głupotą i kłamstwem starali się dążyć do władzy oraz do samozadowolenia kosztem innych ludzi, stworzeń zwanych przez ciebie zwierzętami oraz kosztem wszystkich przyszłych pokoleń. Stworzyłem niemożliwą dla ciebie liczbę światów i tylko dla ludzi stworzyłem ten w którym właśnie się znajdujesz. Powstał on po to bym mógł uświadomić tych, którzy zrozumieli swoją własną duszę i nie dzielili życia na dobro i zło a kierowali się tym co podpowiada im dusza. Wiem że wam ciężko wsłuchać się w siebie samych ale to jedyne wyjście aby przejść przez życie i zakończyć je w taki sposób, aby nie wymagał pośmiertnych decyzji skazujących losy dusz na wieczną śpiączkę w oceanie zapomnienia, na którym dryfujesz, a dał im możliwość trzeźwego przejścia na powrót do świata pod inną postacią. Dlatego nie nazywał bym siebie sam stwórcą, bo teraz jestem tylko samotnym władcą losu. Tak więc nic innego nie pozostało mi do zrobienia jak odesłanie cię gdzieś do świata żywych. I nie myśl, że będę życzył ci powodzenia, bo sama jesteś odpowiedzialna za swoje życie, mino to że ktoś będzie ci pomagał lub utrudniał, to jedynym twoim drogowskazem jest twoja własna dusza i tylko w nią warto wierzyć i jej słuchać.
Cały czas słuchałam i byłam przekonana, że każdemu kto nie topi się w tym oceanie daje podobną gadkę i że i tak wie o czym teraz myślę. A ja przechodzę właśnie dylemat – bo w poprzednim życiu nie znałam boga, bo nie chciałam go znać. Wyeliminowałam go i poszerzyłam tę eliminację na masową skalę ludzi. A co będzie jeśli znów wyląduje na ziemi, jako człowiek i znów zaczną myśleć i kombinować, a tym samym zagłuszę i zignoruję głos mojej duszy, która pewnie ma mi wiele do powiedzenia.

Dlatego sama sobie życzę lepszego przyszłego życia..
..wszystkim innym życzę, aby ich czyny nie dopuściły do zakończenia ich własnego bytu na dnie bezkresnego oceanu.

14.05.2012 o godz. 22:59
Zalecam przeczytanie pierwszej części przed czytaniem tej :D

Tak więc stoję w tej bramie, naprzeciw taksówkarza, który chciał mi pomóc za życia i nie wiem co dalej miała bym powiedzieć. Czując niemiły chłód na z tyłu i kojące ciepło z przodu po dłuższej chwili pytam:
Czy mogę przejść dalej, czy mogę przekroczyć drzwi prowadzące do czyśćca dusz?
On z neutralną miną opowiada mi o tym co mnie czeka za drzwiami, o tym że zostanę osądzona w chwili przekroczenia tego progu oraz o tym, że jeśli mi się nie powiedzie trafię na powrót do piekła, ale bez ponownej szansy na podniesienie się z grzechów. Powiedział, a ja myślę o grzechach jakie popełniłam, ale nic przerażającego nie przychodzi mi na myśl. Kiwam głową na tak i robię krok w przód, a ku mojemu zdziwieniu on robi krok w stronę piekła. Stoję na progu i już chwila dzieli mnie od przejścia, lecz zatrzymuje się i odwracam. On stoi smutny i widać jak co chwila czarne kłęby dymu i ognia na przemian z mroźnym wiatrem unoszącym coś na kształt lodowych sztyletów przebijają jego na pół materialne ciało.
Zapytałam Nie rozumiem, dlaczego tutaj wszedłeś?
Odpowiada mi, a w jego głosie słychać ból i cierpienie
Świat jest kapryśny, a moją ostatnią próbą było uratowanie ciebie, ale jak widać nie potrafiłem odkupić swojej duszy.
Odwróciłam się i przekroczyłam próg. Poczułam ciepło na całym ciele, przed oczyma przeleciało mi całe życie patrząc od końca do samego początku i nagle znalazłem się w jakimś pokoju. Miałam na sobie ubranie, które pamiętam z czasów studiów. Po chwili jakby z nikąd pojawiła się przede mną kartka i upadła na podłogę. Nachyliłam się i podniosłam nieoczekiwaną rzecz. Zaczęłam czytać
Grzechów : 2
Morderstwo
Kłamstwo

Ledwo skończyłam czytać i poczułam dwa ukłucia na sercu. Przymknęłam z bólu oczy i po otworzeniu na kartce widniały napisy:
Córki
Matka

Upuściłam kartkę i poczułam jak przez moją głowę przewija się czas do pewnego momentu. Do pokoju nagle weszła jakaś kobieta ubrana zupełnie jak ja w obecnej chwili. Gdy zobaczyłam w półmroku jej twarz przeraziłam się. To byłam ja sama dokładnie wtedy gdy popełniłam pierwszy grzech z listy. Byłam wtedy w ciąży i tylko ja o tym wiedziałam. Nawet nie pamiętałam kto był ojcem, a przez prawie dwa miesiące widywałam się tylko z dwoma przyjaciółkami z studiów. Zrozumiałam, że to tego wieczoru zrobię coś czego nie żałowałam do końca swojego życia. Patrzę na siebie samą jak wbijałam igłę z strzykawka wprost w miejsce dziecka, które nosiłam. Nawet nie pamiętam co wstrzykiwałam, ale jak widzę tamta młoda ja zabija właśnie swoje dziecko. Obie upadamy na podłogę, tyle że tylko ja ją widzę. Patrzę na to jak po chwili jej sukienka zalewa się krwią, a z moich oczu wypływa łza. Krzyczę: Boże!
Zniknęłam z tamtego miejsca i pojawiam się w innym czasie i w innym miejscu. Tym razem widzę jak moja matka siedzi na małym taboreciku na ganku naszego domu i czyści buty. To było jakieś cztery lata zanim umarła. Za progu wychodzę ja z tamtego czasu. Jednocześnie było to prawie dwa lata po tym jak zabiłam swoje dziecko. Słucham rozmowy i widzę uśmiechnięte twarze obu tych kobiet. Nic nie wydaje się być nie tak. Pamiętam, to był czas w którym zaczynałam pisać moją pierwszą książkę o bogu. Widzę jak siadam na schodek, ale nie udaje mi się i upadam na bok trzymając się za podbrzusze. No tak, znów byłam w ciąży. Matka pomaga mi siąść i podtrzymuje mnie za ramie.
Pytała mnie wtedy: Co ci jest? A może ty jesteś w ciąży?
Tak, teraz rozumiem. Okłamałam ją wtedy, z zimną krwią okłamałam własną matkę. Zaczęłam wymyślać, że byłam u lekarza i zapisał mi tabletki na żołądek, a matka wierzyła mi wszystko co powiedziałam. Poczułam się lekka i znów czas przewinął się przed moimi oczyma. Zatrzymał się tylko na parę sekund w momencie gdy pod pretekstem nowej pracy wylatywałam do innego miasta, a matka wtedy żegnała mnie na lotnisku. Było mi smutno ale nie płakałam. Przewijał się dalej, aż do chwili gdy ujrzałam siebie samą wyłącznie w koszuli nocnej. To było około dnia po porodzie. Sama urodziłam, leżąc w kuchni wynajętego mieszkania na przedmieściach. Wszędzie wciąż były ślady zaschniętej krwi, resztka pępowiny oraz nagie dziecko leżące na podłodze. Obok stałam ja, całkowicie bez sumienia. Poszłam się umyć, przebrałam i płacąc z góry za cały rok powiadomiłam człowieka, od którego wynajęłam te mieszkanie, że wrócę tu za rok i chciała bym aby wszystko pozostało nie ruszone. Tak patrzałam rzeczywista ja, na siebie samą odjeżdżającą autobusem do domu. Wiedziałam że już nigdy tam nie wróciłam. Pozostawiłam tam to dziecko, leżące na zimnej posadzce. Niezdolne do samodzielnego życia. Zrozumiałam teraz, że wtedy byłam kimś okrutnym, kimś kto nie mieścił się w jakiejkolwiek skali bezduszności. Przekroczyłam piekło, aby zobaczyć dlaczego tam trafiłam. Zaczynałam rozumieć i cieszyć się, że mam jeszcze szansę. Tylko jaką?

Nagle nie widziałam nic i nie wiedziałam co się dzieje. Usłyszałam w wnętrzu własnej głowy
Odpokutuj grzechy!

Obraz zaczął nabierać kształtów i kolorów. Czułam wszystko wokoło i znów oddychałam powietrzem. Leżałam w mieszkaniu, które jeszcze ostatnio do mnie należało. W pokoju wszystko było ułożone identycznie jak w chwili gdy poleciałam na premierę. Wtedy mnie zabili, a teraz jestem tu na powrót. Z trudem wstałam i poczułam okropny głód. Doczłapałam się do lodówki i zjadłam kilka jogurtów oraz odsmażyłam sobie kurczaka, który miał czekać na mój powrót. Gdy trzeci raz zamykałam lodówkę zauważyłam, że wisi na niej jedna fotografia więcej. Przedstawiała ona młodą dziewczynę na tle kościoła. Była to kobieta, która najprawdopodobniej złapała bukiet rzucany przez pannę młodą przed odjazdem na wesele. Na drugiej stronie widniał adres i przypis pokuta. Nie mam pojęcia co jest grane, ale pewnie muszę znaleźć tę dziewczynę i porozmawiać z nią. Chciałam się położyć i odpocząć, bo poczułam się zmęczona, ale do mojej głowy wdarła się myśl Nie wiesz ile masz czasu. Poczułam się zmuszona do poszukania tego adresu. Siadłam do komputera i wyszukiwałam na podstawie adresu zamieszkania jakichś informacji o tej dziewczynie. Znalazłam parę obrazów z ślubu na którym musiała mieć zrobione tę fotografię oraz inne oznaczenia miejsc gdzie w pobliżu bywała z znajomymi. To jest miasteczko oddalone o kilkadziesiąt kilometrów od stolicy. Zdecydowałam się jednak przespać przed tak długą podróżą, a że żadna dodatkowa myśl na zawitała do mojej głowy, to i zasnęłam szybko po położeniu się.

Obudził mnie dzwoniący telefon. Spojrzałam, ale numer był niedostępny, a po odebraniu ktoś od razu się rozłączył. Była sobota. Wydawało mi się, że jestem wyspana, mimo krótkiego czasu snu. Było ledwo po szóstej rano, ale zdecydowałam że im szybciej wyruszę tym szybciej dowiem się co jest moją pokutą. Ubrałam luźne ciuchy oraz zdarte trampki, bo w tym najwygodniej mi się chodzi. Zabrałam trochę gotówki, jaką chowałam na czarną godzinę i parasol na wszelki wypadek. Dotarłam do dworca i po odczekaniu na pociąg pojechałam. Dostałam się do miasta – celu wyprawy. Była już ósma. Kupiłam sobie kanapki i jedząc patrzałam na plan miasta stojący przed dworcem kolejowym. Wyszukałam połączenie autobusowe, bo nie chciałam już ryzykować jazdy taksówką po ostatnim razie. Po niedługim czasie stałam przed wskazanym adresem. Był to piętrowy dom o płaskim dachu oraz sporym ogrodzie. Nie widząc dzwonka przy furtce wkroczyłam na podwórze. Przywitał mnie mały zabawny piesek, który szczekał i skakał mi na spodnie. Zauważyłam, że na parterze ktoś patrzy przez szybę i nagle znika pozostawiając pogniecioną firanę. Drzwi otworzyły się zanim zdążyłam zapukać. Stał tam facet, może o kilka lat starszy ode mnie i zapytał o co chodzi. Podeszłam na schodek i pokazując fotografię, zapytałam czy ktoś taki tutaj mieszka. On spojrzał na mnie, prosto w moje oczy i powiedział
Tak, proszę wejść. Jeszcze śpi. Zaraz ją obudzę.
Facet zaproponował mi abym usiadła na przedpokoju i poczekała. Po prawie dziesięciu minutach słyszałam jak ktoś z trudem schodzi po schodach i już widziałam młodą dziewczynę ze zdjęcia. Obie spojrzałyśmy sobie w oczy i nie zdążyłam wypowiedzieć słowa a ona powiedziała
Ja cię skądś znam! No tak, to ty jesteś autorką tych książek anty-teologicznych.
Bałam się, że może ona jest jakąś fanatyczką, ale uśmiechnęła się i podała mi rękę na powitanie. Wyraźnie było widać, że jest zadowolona z mojej wizyty. Zaczęła opowiadać o tym, że czytała wszystkie moje książki, i tak bardzo się rozgadała, że pozwoliłam jej skończyć. Na szczęście nie trwało do bardzo długo. Pokazałam jej fotografię, ale napis który widniał z tyłu znikł. Powiedziałam jej, że znalazłam ją i cieszę się, że się poznaliśmy. Na koniec powiedziałam jej, że potrzebowała bym dowiedzieć się coś o jej życiu. Zaprosiła mnie do swojego pokoju. Byłam zachwycona jej pokojem, bo miała bardzo estetycznie poukładane rzeczy i ogólny porządek, o którym ja zawsze marzyłam. Zniknęła na chwilę i wniosła czajniczek z herbatą. Nalała nam obu i wyjęła z szafki parę teczek. Na szerokiej niebieskiej półce widniały wszystkie moje książki ułożone chronologicznie. I gdyby nie kilka żywych plakatów na ścianach, był by to mój wymarzony pokój. Była tak podniecona, że opowiadała mi o swoich pracach teologicznych i badaniach, które właśnie prowadzi na drugim roku studiów jakby otwierała przede mną całe swoje życie. Pomogłam jej trzymać teczkę, gdy ona otwierała inną i wyjmowała z zachwytem prace pisemne oraz wykresy. Opowiadała bez końca. Odwracając się potrąciła mnie niechcący i aby nie wylać herbaty przytrzymałam stolik, a teczka którą trzymałam na kolanach spadła i wszystko co w niej było wysypało się. Ona się roześmiała, i zaproponowała, że zacznie od początku. Siadając zauważyłam kilka zdjęć oraz rysunków z jej dzieciństwa oraz ładnie powycinanych kawałków z gazet. Odstawiałam herbatę i w tym momencie rzucił mi się w oczy wycinek z gazety z zagłówkiem „Cudem uratowane dziecko pozostawione przez szaloną matkę”. Złapałam to w rękę, aby przeczytać. Ona z lekko krzywą miną zauważyła to i zaczęła mówić
No widzi pani, tak to jest w życiu. Z tego co opowiadała mi macocha – jeszcze przed jej śmiercią, to znalazła mnie jako niemowlę, gdy sprzątała mieszkania do wynajęcia. Teraz żyje już tylko z ojczymem. Nigdy nie znałam swojej matki, a zresztą po tym co zrobiła, chyba nie chciała bym jej znać.

Powiedziałam
To ja jestem twoją matką
Rozpłakałam się..

c.d.n. (ciąg dalszy nastąpi)
30.01.2012 o godz. 22:07
Wyszłam z sceny i zauważyłam grupkę ludzi trzymających książki mojego autorstwa, gotujących się do ataku, który powszechnie nazywa się zdobyciem autografu. Nawet na scenie, odbierając nagrodę, nie czułam się tak usatysfakcjonowana jak teraz gdy w wielkich emocjach bazgrolę pierwsze w życiu autografy dla fanów. Zawsze myślałam, że napisanie książki udowadniającej, że bóg nie istnieje będzie wiązało się z wielką pogardą z strony kościoła lub obaleniem opisanych w niej mitów przez grupkę jakiś wielkich umysłów. Tak naprawdę nie wierzyłam do końca, gdy tydzień temu konkurs na książkę roku wygrała właśnie ta moja cienka gmatwanina futurystycznej psychologii i teologii. Po tych wszystkich błyskach z aparatów fotograficznych, odgarnianiu tłumu zombie pragnącego chociaż raz dotknąć kawałka mojej zasmarkanej chusteczki, która przez przypadek wypadła mi z torebki, chciałam po prostu odpocząć w własnym domu. Ze względu na szybki wzrost popularności oraz dopływ gotówki zaoferowano mi limuzynę. Wielki szef wydawnictwa o mały włos nie zgubił by swojego tupeciku, gdy zobaczył jak podjeżdża po mnie najzwyczajniejsza taksówka, bez żadnej ochrony ani przyciemnianych szyb. Z drugiej strony trochę żałowałam, że nie zgodziłam się na ten luksusowy przywilej, bo podczas mojego powrotu do domu prócz przebijania się przez uliczne korki natrafiłam na tłumienie demonstracji przeciwnej twierdzeniom z mojej książki. Patrzałam jak grupa ludzi trzymająca różne symbole religijne obrzuca policjantów kamieniami oraz zniszczone wystawy księgarni promujących moją książkę. Nie wiedziałam co robić więc siedziałam cicho na tylnim siedzeniu trzymając małą statuetkę, która z wyglądu przypominała ludzkie oko leżące na otwartej książce. Gdy taksówka zatrzymała się pod moim domem, kierowca odwrócił się, ja dałam mu pieniądze z napiwkiem za bezpiecznie przewiezienie. Już wyciągałam klucz do frontowych drzwi, gdy usłyszałam głos wołającego kierowcy. Podeszłam do samochodu i zapytałam:
-Pewnie chce pan autograf?
a on powiedział:
-Nie, nie chcę autografu. Chciałem się tylko pani zapytać: Czy wierzy pani w boga?
Całkowicie mnie zaskoczył i widząc moją głupią minę machnął ręką na pożegnanie i odjechał w dalszą trasę. Ja stałam bezmyślnie, jak posąg z całkowicie głupim wyrazem twarzy jeszcze przez chwilę się nie ruszałam, ale parę kropli zapowiadających deszcz obudziło mój instynkt samozachowawczy i ruszyłam z myślą o ciepłym kaloryferze, wiszącym pod parapetem w kuchni. Tak, lubię ciepło – a dopiero połowa jesieni. Musiałam to przetrwać. Kolejne parę dni niosły za sobą uciążliwe spotkania z czytelnikami oraz grupami uczonych. Wiedziałam, że to mnie wykończy fizycznie, ale starałam się być twarda. Jak to powiedział mi ojciec „Sławnym można być tylko raz i tylko przez moment. Reszta jest jak fala uderzeniowa i upadki odłamków sławy”.

Dopiero trzeciego dnia podczas porannego prysznica przypomniało mi się pytanie taksówkarza i jednocześnie myjąc włosy zaczęłam zastanawiać się dlaczego zadał mi takie pytanie i czy był jednym z tych, którzy odprawili by egzorcyzmy aby wygonić z mojego opętanego ciała złe duchy. Podczas wycierania i czesania włosów pomyślałam o mojej jedynej siostrze, która leży w szpitalu i czeka na operację. Życie nie było dla niej tak pomyślne jak dla mnie i jakieś cztery miesiące temu podczas wypadku samochodowego nabawiła się jakichś problemów z płucami. Pewnie jeszcze w tym tygodniu odwiedzę ją parę razy, ale mimo wszystko potrzeba mi czekać z dobrą nadzieją. Życzyłam jej w myślach udanej operacji i szybkiego powrotu do męża i córki.. i właśnie wtedy zrozumiałam, że mogłam się mylić. Zrobiło się ciemno przed oczami i upadłam na podłogę. Przez ciemność widziałam błyski w nieznanej oddali otchłani. Nagle zobaczyłam płonącą istotę lecącą wprost na mnie. Poczułam ciepło na brzuchu gdy przenikała przeze mnie. Ocknęłam się i zobaczyłam jak głowa mojego psa unosi się z mojego brzucha. Ten mały przyjaciel zawsze był dla mnie jak członek rodziny. Uśmiechnęłam się i jeszcze leżąc przytuliłam go. Wstając z podłogi dopiero zauważyłam, że przez cały czas spoczywałam na wznak, a jestem prawie pewna, że upadłam na podłogę całkowicie chaotycznie. Wróciła do mnie ta osłabiająca myśl. Skoro nie wierzę w boga, to gdzie trafiają wszystkie moje życzenia, prośby i modlitwy innych ludzi. Zrobiło mi się ciepło na sercu i pomyślałam, że może jakaś wyższa forma w wszechświecie przyjmuje to wszystko, ale czy można było by ją porównać do stwórcy świata. Po paru kolejnych przemyśleniach zegarek na ręce uświadomi mnie, że zemdlałam na trzy godziny i już dawno jestem spóźniona na spotkanie. Wstałam i czując dziwne oszołomienie podtrzymując się ściany zadzwoniłam po taksówkę. Byłam trochę zdziwiona, bo podjechał znów ten sam taksówkarz, który wprowadził mnie w zakłopotanie. Tym razem obeszło się bez słowa i przewiózł mnie w całkowitej ciszy. Weszłam do umówionego lokalu tylnym wejściem i gdy natrafiłam na mojego menagera wyprzedziłam go o słowo i błyskawicznie złapałam się za brzuch mówiąc lekko ironicznie:
-Byłam w łazience, wiesz chyba o co chodzi, z tego co wiem, to masz żonę.
Nie wiedziałam co dalej powiedzieć, za to on po krótkim zastanowieniu, bez słowa, szybko złapał mnie pod ramię i zaprowadził na salę spotkania. Zostałam przywitana gromkimi brawami oraz bukietem kwiatów. Znów poczułam lekką adrenalinę, ale tym razem towarzyszył jej także lekki ból głowy. Powiedziałam sobie w myślach, że dam radę i zaczęłam improwizować krótką przemowę. Na szczęście pamiętałam ulubione cytaty czytelników i potrafiłam odpowiedzieć bez wahania na większość zadanych mi pytań. Na sam koniec podczas pożegnania znów przypomniało mi się pytanie „czy wierzę w boga?” i na zastygłam milcząc. Tłum czekał aż dokończę mowę, a ja nie mogłam przecisnąć żadnego słowa przez krtań. Poczułam jak kropla potu spływa mi po plecach i czułam strach. Wnet ktoś z pod drzwi zaczął klaskać po czym cała sala jakby zrozumiała moją stresową sytuację i także zaczęła klaskać. Zanim ktoś z organizatorów pomógł mi zejść z podestu ujrzałam, że pod drzwiami stoi tamten kierowca taksówki. Resztę drogi przebyłam z menagerem. Czekała mnie jeszcze kolacja z organizatorami spotkania, ale myślałam tylko jak by odpocząć już od tego wszystkiego. Na całe szczęście ból głowy ustał, a po wszystkim menager zaproponował, że odwiezie mnie pod sam dom oraz jutro zawiezie mnie na lotnisko jako, że kolejne spotkanie odbędzie się w innym większym mieście. Na koniec dnia, zaraz po wejściu do domu położyłam się spać. To było coś o czym marzyłam.

Obudził mnie zaprogramowany budzik w telefonie i chociaż cisnęłam nim o ścianę, to nadal wydawał z siebie odgłosy melodyjki, która powinna nie dać spać mi dalej. Idąc pod prysznic zauważyłam, że wieczorem nie wsypałam karmy i nie wyprowadziłam psa i teraz patrząc na mnie z smutną miną dał mi do zrozumienia, że o nim zapomniałam. Wygrał i w pierwszej kolejności przed odwiedzeniem łazienki wypadłam z domu go wyprowadzić. Wróciłam plany potoczyły się dalej. Schodząc po schodach z psem na jednej ręce i z walizką w drugiej ręce zrozumiałam, że już nie chcę chodzić w obcasach i miałam nadzieję, że naprawią windę w naszym pionie lub nie będę musiała ubierać się w takie eleganckie ciuchy. Samochód stał już na dole. Wchodząc do środka przekazałam mojego psa menagerowi i z uśmiechem poprosiłam, żeby się nim zajął. Na co on powiedział, że liczy na to, że jestem silna i sobie poradzę na pierwszym spotkaniu bez jego obecności. Przejazd na lotnisko wydawał się czymś cudownym, biorąc pod uwagę, że musiałam podczas odprawy przejść przez wykrywacz metali i spinka trzymająca moje włosy oraz pasek do spódnicy musiały mnie opuścić. Z złością wsiadłam na pokład samolotu i przebyłam trzygodzinną podróż bez problemów. Problem przybył sam. Czekając na kogoś kto miał mnie odebrać otrzymałam wiadomość na telefon informującą mnie, o tym że osoba mająca mnie odebrać stoi w korku spowodowanym przez jakiś wypadek i mam dostać się jak najszybciej pod wskazany adres i to o własnych siłach. Przed terminalem stało parę taksówek, więc wsiadłam i podając adres, zażądałam jak najszybszego przejazdu. Po ominięciu paru ulic, gdy już stanęliśmy w małym korku spojrzałam w lusterko aby poprawić włosy i ku mojemu zdziwieniu zobaczyłam oczy kogoś kogo już poznałam. To był ten sam taksówkarz, który zadał wtedy pytanie o boga. Wrzasnęłam, a on się odwrócił. Już byłam pewna, że to on i jak najszybciej zaczęłam zabierać rzeczy krzycząc, że mnie śledzi. Gdy wychodziłam on powiedział tylko:
-Jak chcesz.
Stanęłam na chodniku i gdy samochody ruszyły starałam się złapać inną taksówkę. Widziałam już jakąś bez pasażera zbliżającą się do mnie. Nie zdążyłam wsiąść i jakaś ręka łapiąc mnie za bark ściągnęła mnie do poziomu płyt chodnika. Leżąc widziałam dwóch mężczyzn z wytatuowanymi symbolami religii na twarzy oraz ubraniami podobnymi do szat średniowiecznych zakonników. Zdążyłam zawołać tylko „Ratunku Fanatycy” gdzie w tym samym czasie jeden powiedział „Tak, to ona” i zaczął się modlić trzymając mnie mocno za szyję, a drugi wyjął z pod płaszcza spory żelazny łom i ciosem skierowany w moją głowę roztrzaskał ją o podłoże.

Śmierć nie jest mi obca..
Nie czułam już bólu..

Nie czułam już niczego, a jednak otworzyłam oczy. Byłam cała i zdrowa, a nawet naga. Stałam na środku skrzyżowania w całkowitej głuszy. Byłam zdezorientowana i przestraszona, a jednocześnie strach mnie nie paraliżował, a dawał mi siły aby iść. Nie miałam pojęcia dlaczego wybrałam taki a nie inny kierunek i wyruszyłam. Idąc mijałam porzucone samochody otwarte sklepy i zakłady. W każdym z nich działało wszystko jakby właśnie ktoś z tego korzystał. Po jakimś czasie z daleka zobaczyłam wysoki, szary mur w oddali. Skierowałam się w tamtą stronę i podchodząc zobaczyłam napisy namalowane krwią. Głosiły, że bóg umarł, że świat nie ma stwórcy i że cierpienie nie jest odkupieniem. Im bliżej muru stałam tym bardziej moje ciało odżywało, czując zimną temperaturę i dokuczający wiatr. Wyruszyłam wzdłuż dziwnej przeszkody i natrafiałam na inne napisy mówiące o utracie bliskich, o zbrodniach oraz kłamstwie. Dotarłam do bramy z olbrzymimi drewnianymi drzwiami od których emanowało miłe ciepło. Problemem był brak jakiejkolwiek klamki, więc spróbowałam popchnąć je aby otworzyły się do przodu. Nie dawało to skutku i postanowiłam zapukać. Głuche trzy puknięcia w drewno wysłuchały moich próśb i drzwi uchyliły się. Stał w nich tamten człowiek. Ten taksówkarz od którego uciekłam w ostatnich chwilach mojego życia. Jąkając się próbowałam złożyć jakieś zdanie i ostatecznie zapytałam:
-Gdzie jestem?
Na co on odpowiedział:
-W piekielnej otchłani, a jednocześnie przy drzwiach do czyśćca dusz..

c.d.n. (ciąg dalszy nastąpi)
08.11.2011 o godz. 23:19
Bo życie prowadzi przez kręte i nieznane korytarze. I nie ważne czy stoisz na ziemi, czy lecisz samolotem, czy może płyniesz statkiem to i tak w jakimś miejscu w wszechświecie się narodziłeś, i prawdopodobnie możesz tam jeszcze wrócić..
chyba że.. chcesz poznać coś więcej niż dotąd widziałeś

Mam na imię Marcus. Trzy dni temu pochowałem moją matkę i teraz pozostałem sam na tej planecie. To miejsce, w które przeszło dwa wieki temu przybyła dwudziesto osobowa ekspedycja pozostało tylko dla mnie. Wiem z opowiadań rodziców, że około stu lat temu dwa małżeństwa z pięciu mieszkających tutaj zdradzały się nawzajem i ostatecznie wymordowały się wzajemnie. Pozostałe trzy, przez trzy pokolenia trafiły tylko na dwie kobiety, przy czym tylko jedna z nich była zdolna urodzić dziecko. I to ja jestem tym dzieckiem. Patrząc na tabliczkę – tą którą wbił tutaj mój dziadek sprzed czterech pokoleń – stwierdzam że, to najdalszy zakątek wszechświata. Stoję sam żyjący, bo przecież wszystko co mnie otacza to przestrzeń pełna całkowicie zmechanizowanych pól uprawnych, urządzeń tworzących chmury deszczowe, połaci elektrowni solarnych, filtrów powietrza i wody oraz wielkiej przeźroczystej kopuły wznoszącej się nad tą małą planetą. Tłumaczono mi już od najmłodszych lat, że gdyby nie ta kopuła to nic by tutaj nie przeżyło i że to spadek po naszej niewielkiej rodzinie, która poświęciła połowę swojego życia, aby stworzyć tutaj ten mały ekosystem.

Tak więc przez trzy dni jeszcze opłakiwałem matkę. Ale potem zastanawiałem się co dalej, co mnie czeka. Na szczęście matka pozostawiła mi parę wskazówek. Pierwszą z nich, z tego co napisała, trzymała w naszej kuchni w szafce z pustymi pojemnikami po żywności. I tak oto znalazłem drewniany pojemnik w kształcie długiej tuby. Napis na nim, już trochę wyblakły, głosił „Otworzyć tylko w razie niebezpieczeństwa”. Tak naprawdę to chyba nie wiedziałem przez te dwadzieścia parę lat co to niebezpieczeństwo, bo rodzice troszczyli się o mnie jak o jedyny i największy skarb – bo pewnie nim byłem. Naturalnie wiedziałem co to ciekawość, także szybko wyjąłem zawartość znaleziska i wtedy moim oczom ukazała się spora mapa wszechświata zapisana na papierze świetlnym. Prócz tego zawierała ona zaznaczoną drogę do miejsca wylotu całej naszej ekspedycji sprzed przeszło pięciuset lat. Moja wyobraźnia pracowała całą możliwą mocą i przetwarzała punkty, linie i krzywe umieszczone na wyświetlanej w trzech wymiarach miniaturce odkrytego świata. Ale przecież to nie wszystko. Pozostały jeszcze dwie wskazówki. Według instrukcji matki miałem skierować się do piwniczki w składziku obok domu. Z tego co pamiętam to chodziłem tam tylko po to aby przynieść warzywa przeznaczone na obiad, ale według instrukcji matki miałem poszukać przełącznika ukrytego za szafką. Wybiegłem z domu jak poparzony i wleciałem do składziku. Po zapaleniu światła mój wzrok przykuła jedyna szafka zawierająca stare narzędzia zapakowane w pojemniki przyśpieszające degradację materii. Moja ręka wyczuła ukryty za półką przełącznik i już po chwili uruchomiłem jakiś mechanizm. Teraz dopiero zrozumiałem dlaczego od małego ojciec tłumaczył abym nie zbliżał się do szybu wentylacyjnego. Nie stało by się mi nic prócz tego, że odkrył bym sekret. Przez uchyloną kratę wylotu wentylacyjnego zamrugało do mnie światełko i po chwili podążyłem niedługim tunelem prowadzącym przez mechanizmy filtrujące powietrze, aż doszedłem do drzwi kryjące drugą tajemnicę. Było to małe zatęchłe pomieszczenie pełne szkiców i wykresów wywieszanych na ścianach. Natomiast moim celem, jak się domyśliłem było stojące w rogu biurko z dwoma szufladami. W pierwszej znalazłem coś – jak mówiła mi matka – niepotrzebnego. Była to broń palna. W drugiej szufladzie wśród książek przygodowych natknąłem się na dziennik ojca. I to miał być mój cel. Przeszukałem pomieszczenie i po zabraniu paru drobiazgów skierowałem się na powierzchnię, aby w spokoju przeczytać cały dziennik ojca oraz parę notesów z poprzednich pokoleń. Zrobiłem sobie coś do zjedzenia i zasiadłem w jadalni łasy na jedzenie oraz nowe informacje. Czytałem dziennik aż do rana i notowałem wszystkie najważniejsze fakty i informacje w moim notesie. Były tam wskazówki dotyczące działań naukowych mojej rodziny oraz wspomnienia z rodzinnej planety moich już nie żyjących krewnych. Największym zaskoczeniem była dla mnie informacja na temat pierwszej podróży na tą planetę, która trwała prawie siedemset lat. Pisano tam o hibernacjach podczas podróży z prędkością światła oraz o miliardowych populacjach planety. Ponownie obudziłem się siedząc przy stole z głową obok notesu i zaraz powróciłem do mojej wielkiej tajemnicy. Zacząłem przeglądać notesy i z informacji o planecie wynikało, że jest ona częściowo pusta i w samym jej centrum umieszczono jakiś rodzaj rdzenia utrzymujący ją na orbicie najbliższego „samotnego słońca”. Nazwano je tak ponieważ posiadało ono tylko jedną małą planetę.
Mijały dni, a ja wciąż nie mogłem znaleźć ostatniej wskazówki od matki. Aż po prawie całym miesiącu po wertowaniu papierów i książek dotarło do mnie ostatnie i niezrozumiałe zdanie testamentu matki które głosiło „Zadbaj o szklarnie ojca”. Przecież wiedziałem już od lat dzieciństwa, że szklarnia ojca jest prawie pusta i posiada czerwonawy rodzaj szkła. Raczej nigdy nie ciągnęło mnie aby tam iść, ale tym razem trafiłem do opuszczonego i przyciemnionego szklanego domku. Były tam atrapy kwiatów, które z gorąca powysychały i zmarniały jakby były prawdziwie na wpół martwe, oraz na środku pomieszczenia stał solidny zegar słoneczny z wyciągniętym elementem do wyznaczania godzin. Podparłem się i czytałem trudne i niezrozumiałe napisy, które prawdopodobnie oznaczały pory dnia. Złapałem za brakujący element i włożyłem go na miejsce wyznaczone w środku. Nagle coś huknęło. Wszystkie szyby pękły pod wpływem jakiegoś zatrzęsienia ziemi ja znalazłem się pod deszczem z czerwonego szkła. Poczułem, że parę szkieł wbiło się w moje ciało, ale po chwili ból nie robił na mnie wrażenia, gdyż przed moimi oczami powoli otwierał się ogromny okrągły właz prowadzący pod ziemię. Musiałem jeszcze chwilę poczekać, gdyż podmuch kurzu zasłonił widok w całej okolicy. Po paru minutach gdy pył opadł moim oczom ukazał się podziemny hangar zawierający jakiś rodzaj statku międzygwiezdnego. Nigdy w życiu nie pomyślałem, że idąc przez ogród deptam po wielkim pomieszczeniu zawierającym tajemnicę sprzed przeszło wieku. Na brzegu leju znajdowała się drabinka, którą dostałem się na dno wyłożone grubą kratą. Tam natomiast w wnęce stała szafa z kombinezonami dla kosmonautów oraz szczegółowe instrukcje obsługi statku. To co znalazłem to tylko pierwszy człon całej olbrzymiej rakiety, która kiedyś przybyła tutaj z kompleksem mieszkalnym oraz hangarami roboczymi pełnymi maszyn do formowania klimatu, aby zapoczątkować nowe życie gdzieś w odległym zakątku wszechświata.

To była moja jedyna szansa. Zapoznałem się z instrukcjami oraz metodą poruszania się w kosmosie. Udało mi się uruchomić statek, ale nie mogłem wylecieć bez zapasów oraz potrzebnego paliwa. Na całe szczęście zrozumiałem nad czym pracował mój ojciec z moim dziadkiem i wiedziałem, że ich pomysł na alternatywne paliwo wodorowe powinien zdać egzamin. Przygotowałem się do odlotu, poszedłem raz jeszcze na polanę gdzie chowaliśmy wszystkich, którzy odeszli na tej małej plancie i po zapakowaniu wszystkich potrzebnych rzeczy ostatni raz spojrzałem na mój dom, po czym wszedłem do rakiety. Jedynym celem który znałem była planeta, z której dawno temu przybyto do tego zapomnianego zakątka świata. Wytarłem łzy i ustawiłem cel lotu. Instrukcja wyznaczyła mi około siedmiuset trzydziestu lat podróży przy czym nie będę spał tylko sześciu dni z całego lotu. Silniki potrzebowały paru godzin rozruchu, więc raz jeszcze bacznie posprawdzałem wszystkie ekrany i wskaźniki w kabinie. Wtedy uświadomiłem sobie, że jest w niej sześć miejsc. Cztery dla dorosłych osób oraz dwa boczne dla dzieci. Pomyślałem „To będzie długa podróż”. Nareszcie ukazał się komunikat oznajmiający gotowość do lotu. Wszystko działało poprawnie, więc włączyłem procedurę startową. Statek w momencie oderwania się od powierzchni wypalił otwór prowadzący wprost do jądra planety, a w chwili gdy przebił się przez kopułę zobaczyłem na ekranie z tylniej kamery jak mój dom oraz wszystko wokół ginie w płomieniach i po chwili zapada się z całą planetą ulegając implozji. Leciałem dwa dni. To były dwa najsmutniejsze dni w moim życiu, bo czułem świadomość, że już nie mam gdzie wrócić. Na początku trzeciego dnia ustawiłem czas hibernacji i położyłem się na bardzo długie spanie.

Mijały setki lat, a ja śniłem o przeszłości. Miewałem koszmary i z ogromną niemocą oraz świadomością żyłem w snach pełnych wspomnień oraz bólu. Naturalnie tak jak zaprogramowałem to urządzenie, tak i obudziło mnie łagodnie. Czułem się jakbym był zrobiony z waty i do tego nic nie widziałem przez parę godzin. Gdy zobaczyłem piękno kosmosu, takie jakiego nie dało się zobaczyć na obrzeżu galaktyki przesiedziałem sporo czasu przy małym okienku, aż do akomodacji oczu do panujących warunków. Ostatecznie po prawie dwunastu godzinach powoli zacząłem pierwszy posiłek po setkach lat. Wpierw bezsmak, a po paru kęsach jedzenie przypominające różnokolorowy budyń okazało się najlepszą rzeczą którą jadłem w moim życiu. Przede mną jeszcze trzy dni i dotrę do celu. Ze względu na luki w pamięci i czas jaki pozostał raz jeszcze przestudiowałem wszystkie notatki. Drugi raz w życiu zasnąłem podczas czytania dziennika ojca lecz tym razem nie obudziłem się sam, a obudził mnie sygnał komputera. Na ekranie radaru ukazał się widok kilkunastu maszyn lecących w kierunku z którego lecę. Po paru minutach na zbliżeniu z kamery zaobserwowałem dwanaście czarnych statków. Według pomiarów wszystkie były uszkodzone, a skaner oznajmił, że brak w nich jakiegokolwiek życia i zasilania. Do końca tego dnia zastanawiałem się co się z nimi stało. Zasnąłem.

To była najgłośniejsza pobudka w moim życiu. Wyleciałem z łóżka do komputera. Po drodze widziałem na wyświetlaczu, że statek gwałtownie zwolnił i chciałem dowiedzieć się co się dlaczego tak się dzieje. Ale zobaczyłem to przez szybę kokpitu. Planeta oznaczona jako cel mojej podróży była oddalona, mój statek wisiał prawie, że nie ruchomo. Na moich oczach sfera oznaczona przez radar jako „Ziemia” była pochłaniana przez ogromną gwiazdę podpisaną na radarze jako „Pierwsze słońce”.
Komputer wyświetlił napis „Cel nieosiągalny” i statek zatrzymał się w próżni kosmosu.
22.08.2011 o godz. 00:09
Podobno ciekawość to pierwszy stopień do piekła, ale jak sądzę ludzka ciekawość dawno przerosła oczekiwania samego diabła..

Jak przystało na naukowca, miałem wielkie plany na przyszłość. Zawsze chciałem wylecieć poza tę małą planetę. Wzbić się ponad chmury, zobaczyć te wszystkie gwiazdy i spojrzeć na wszystkich z góry. W poprzednim miesiącu nasze badania przyniosły nieoczekiwane wyniki. Odkryliśmy nowy pierwiastek o ogromnej mocy. Co prawda było to zaledwie kilkanaście sekund, ale zmieniły one myśl techniczną na tyle, że za parę godzin od tej chwili wyruszam z większą częścią naszej grupy badawczej w podróż na orbitę. Odbędzie się ona w pojeździe napędzanym przez eksperymentalne paliwo, które udało się wytworzyć na podstawie naszego odkrycia. Przez ostatnie dwadzieścia dni każda część tego statku kosmicznego przebyła drogę przez wszystkie laboratoria testowe w naszym ośrodku badawczym i w wyniku celujących wyników zostanie dziś oddana po raz pierwszy do użytku maszyna latająca. Zostaniemy wysłani na orbitę planety. Stałem przez chwilę z Sarą i naszym synkiem, opowiadałem im o tym cudownym odkryciu. Jak się domyślam przez ostatni miesiąc mówiłem tylko o tym, ale jak pewnie gdyby nie zafascynowanie małego Karola to Sara chodziła by już z zatyczkami w uszach. Dobrze wiem, że ona boi się o mnie za każdym razem gdy wymyślam w pracy jakieś nowe odkrycie. Dla niej to jak magia, a ona boi się magii. Wystarczy jej naciśnięcie przycisku pilota od klimatyzacji i już zastanawia się jak to się dzieje, że na odległość kontroluje przepływem ciepłego i chłodnego powietrza, a dopiero co oderwanie się od ziemi przy pomocy czegoś zupełnie jej nieznanego i niezrozumiałego. Ostatnie piętnaście minut przed przygotowaniami. Pozostawiam całusa na czole syna i ściskam mu rękę, żonie daje porządnego całusa w usta, a ona wtulając się we mnie zaczyna płakać. Zostaję parę minut za długo, ale jak się okazało nie tylko nam przedłużyło się pożegnanie. W sterylnej kabinie zaczynamy się przebierać w kombinezony przeznaczone na podróż. Widzę przez okienko jak do wnętrza rakiety chowają małą spiżarkę z jedzeniem dla astronautów i już czuję ten mdły smak, do którego musiałem się przyzwyczajać przez ostatnie dwa tygodnie, trzy posiłki dziennie. Stoję ubrany po szyję w śmiesznie wyglądający strój w kolorze fioletowym i zwalczam ostatnie smutki poprzez rozwiązywanie łamigłówek matematycznych. Udajemy się z załogą do windy i po wjechaniu na poziom wejścia. Spoglądamy wszyscy wypatrując swoich bliskich wśród oddalonego tłumu. Ostatnie spojrzenie w niebo z poziomu ziemi i już zasiadam przed konsolą bezpieczeństwa w drugim module statku. Konsola jest już włączona i wszystko wygląda wręcz idealnie – jak na symulatorze. Wszyscy już siedzą, a kapitan, tak jak obiecał, włącza nam nasz ulubiony utwór z pracowni, który towarzyszył nam od samego początku wspólnej pracy. W Momocie gdy muzyka ucichła, kapitan powiedział przez głośnik:
-Niech bóg ma nas w swojej opiece.

Silniki napędzane przez nowe paliwo pracowały niesamowicie cicho i od momentu zakończenia odliczania pierwszy i jedyny taki mały wstrząs poczułem gdy przebijaliśmy się przez atmosferę. Po paru minutach na ułamek sekundy zgasły wszystkie światła łącznie z awaryjnymi i jak myślę wszystkich serca zamarły na tą chwilę. Zaraz wszystko działało poprawnie. Badania stabilności nie wykraczały nawet poza najmniejsze odchylenia. Zrobiliśmy 3/4 obrotu na orbicie i pomyślałem, że za dwie godziny będę musiał się zdrzemnąć. Ale jednak ku mojemu zdziwieniu na drugim ekranie ukazał się komunikat SKAŻENIE i po wciśnięciu przycisku zaakceptowania informacji na ekranie ukazały się dwie wiadomości. Pierwszą było określenie miejsca skażenia – był to zbiornik paliwa, druga informacja była dla mnie zaskoczeniem – typ skażenia komputer określił jako „skażenie umysłu”. Po chwili stał przy mnie kapitan i mój najbliższy współpracownik - Jack. Ich miny wyglądały na bardziej zaskoczone, niż zaniepokojone. Nie zdążyłem wybrać możliwości rozwiązania problemu, a już pokazała się kolejna wiadomość – WYCIEK PALIWA. W jednej chwili cała przednia szyba pokryła się z zewnątrz zielonkawą warstwą żyjącą niczym roślina. Z głośnika było słychać krzyki pochodzące z laboratorium położonego najbliżej zbiornika z paliwem. Kapitan rozkazał odizolować tamtą część statku i po trzech sekundach komputer zamknął wszystkie drzwi prowadzące do wskazanych pomieszczeń. Krzyki z głośnika ustały, ale tym razem światła zgasły permanentnie i zaświeciło się jedynie dziesięć z możliwych dwustu lamp awaryjnych. Komputery przestały częściowo działać lub spowolniły swoją prędkość do prawie równiej zeru. Ja, kapitan, nawigator i Jack pozostaliśmy sami w sterowni. Wyszliśmy na korytarz i poczuliśmy smród palonego mięsa. W krótkim momencie drzwi z odizolowanego pomieszczenia zostały wypchnięte w naszą stronę. Jack na moich oczach roztrzaskał się między ścianą, a napierającymi na niego z ogromną siłą drzwiami, podczas gdy nawigator krzyczał w panice, kapitan po zbliżeniu się do otworze po drzwiach pokrył się purpurową warstwą pół-płynnej żywej tkanki czegoś co wypełzło naprzeciw niemu. Nie patrząc do końca jak trawi go ta „istota” szybko odwróciłem się i wołając nawigatora wszedłem do kabiny obok. Ten stał jak sparaliżowany więc ze względu na zbyt duże zagrożenie zamknąłem drzwi. Na moje szczęście znalazłem się w pomieszczeniu zawierającym przejście do jednej z kapsuł ratunkowych. Wsiadłem bez wahania i włączyłem panel startowy, który na szczęście sam zaprojektowałem. Po chwili silnik odpalił, a ja zwróciłem mój wzrok na małą zieloną plamkę pokrywającą zewnętrzną stronę kokpitu kapsuły. Modliłem się, aby to coś nie było tym co zabiło przed chwilą całość naszej załogi. Komputer przedstawił czas lotu i przewidziane miejsce lądowania. To będzie jakieś dwanaście kilometrów od bazy z której startowaliśmy. Wszystko szło po mojej myśli, aż do chwili gdy komputer automatycznie włączył osłonę wysuwaną na czas przelotu przez górne warstwy atmosfery. Widziałem jak płomienie tańczą wokół maszyny. Plamka na szybie wydawała się naciskać coraz mocniej i dopiero gdy przebiła dziurę do wnętrza poczułem jak w ciągu kilku sekund spalam się żywcem. Cała kapsuła stanęła w ogniu i gwałtownie przyśpieszała spadając w stronę ziemi.

Spadała rozżarzona, pozostawiała po sobie lśniący ślad.
Było popołudnie Sara stojąc na ganku zawołała do bawiącego się w ogrodzie syna:
-To spadająca gwiazda, zamknij oczy i pomyśl życzenie, to na pewno się spełni.
Mały Karol zatrzymał się i pomyślał:
Niech tata wróci jak najszybciej.
21.06.2011 o godz. 00:17
Jedni lubią zapach ryby, inni mają gorącą krew, a jeszcze inna grupa ludzi zapętliła się w życiu. No cóż, ja należę do tej trzeciej grupy. Wszystko wygląda dość dobrze, prócz tego że obchodzimy dzisiaj wigilię bożego narodzenia. Jak co roku w dzień tego chrześcijańskiego święta, spotykam się z rodziną, wspólnie śpiewamy kolędy i obdarowujemy się prezentami. To naprawdę cudowny dzień w roku.. tylko ja przez ostatnie dwa lata powtarzam to dzień w dzień.

To było tak.. Rano wziąłem prysznic, po tym wspólne śniadanko z rodziną, na chwilę wyskoczyłem do pracy – bo to jedyne miejsce gdzie najpewniej mogłem schować prezenty dla żony i dzieci , po przyjeździe stroiliśmy wspólnie drzewko. Do tego momentu wszystko było dobrze. Po tym poczułem parę ukłuć w okolicy serca, ale po paru minutach minęły i zignorowałem je. Pod wieczór moja najukochańsza zabierała dzieci na podwórze, gdzie wypatrywali pierwszej gwiazdki, a ja w tym czasie miałem za zadanie podłożyć wszystkie prezenty pod choinkę. Następnie dzieciaki po zaśpiewaniu piosenek otrzymywały zapakowane w kolorowy papier, wymarzone zabawki. Wtedy znów zaczynałem czuć kłucie w sercu i opuszczałem ten świat umierając na zawał.

Nagle się budzę i wszystko wygląda tak samo, jakby czas się cofnął. Mimo tego, że wiem co mnie czeka, prawie co dzień równo o 19:32 umieram na zawał. Sam przez te masę dni próbowałem popełnić samobójstwo, okaleczałem się, podpalałem się, zabijałem w obłędzie własną rodzinę i wciąż wiedziałem, że i tak obudzę się następnego dnia rano i nikt prócz mnie nie będzie nic pamiętał. Namawiałem i wylatywałem z rodziną do najbliższych krajów, pierw wydawałem całe nasze oszczędności na prezenty i zachcianki rodziny, po stu pięćdziesięciu dniach znudziło mi się to wszystko i kolejne dni spędzałem w kasynach oraz domach publicznych, rabowałem świąteczne skarbonki, oraz włamywałem się do sklepów i banków..
..i zawsze, ale to zawsze najpóźniej o 19:32 umierałem na zawał.

Przez niecałe pięćdziesiąt ostatnich dni staram się pozbyć obłędu, który prawie całkowicie mnie pochłonął. Gdy pomyślę, że jutro znów mam spojrzeć w twarz własnej żony oraz patrzeć na uśmiechy naszych dzieci to robi mi się niedobrze. Gdy tylko widzę ją, to przypomina mi się te kilkanaście dni w których dzień w dzień zdradzałem lub okłamywałem, zabijałem lub kradłem..

No tak, ale to już czas.. spojrzałem na zegarek i wiem że już 19:30, jeszcze dwie minuty i będę martwy..
Umieram leżąc na plaży..

Budzę się, u siebie w domu..
..ale mamy dziś pierwszy dzień świąt.

Wyskakuję z łóżka i tak jakby pierwszy raz się to zdarzyło, budzę żonę pocałunkiem i mówię:
„Wesołych Świąt Kochanie”
29.05.2011 o godz. 22:46
Otworzył się właz, a ja pomyślałem – ah, to już dzisiaj. Bo dziś mój podopieczny otrzymał zezwolenie na wyjście. Po niecałych trzydziestu sześciu latach siedzenia w podziemnym bunkrze mały czujnik wystający kilkanaście centymetrów nad ziemią przekazał informacje, że skażenie i promieniowanie w swoich dawkach spadły do dopuszczalnego. Tak , to już tyle czasu, od błyskawicznej wojny. Została ona tak nazwana z powodu wyniszczenia siedemdziesięciu ośmiu procent ludzkości w ciągu zaledwie pięciu godzin. Generalnie przetrwały tylko jednostki, które nie miały żadnej styczności z wirusem wypuszczonym z orbity na rozkaz przywódcy grupy terrorystycznej zwanej jako „Unia czystości”. To było coś niesamowitego, jako że wojna toczyła się między zachodem, a wschodem i unia wtargnęła w bronią masowej zagłady jako trzecia i zwycięska strona. A wracając do mojego podopiecznego – Maksa – to właśnie jako pierwszy człowiek w tej erze pozna nowy zewnętrzny świat. Nie tylko ja tutaj jestem - nad włazem są i inni ciekawscy, którzy zlecieli się zobaczyć tego śmiałka. Ja osobiście wierzę w niego i wiem, że może dzięki niemu uda mi się odkupić. Chociaż z ostatnio słyszanych plotek podobno stwórca przyszykował na „pierwszego” jakąś próbę i przyznam, że jednak ciut się o to wszystko martwię.

Właz opadł z hukiem na fioletową trawę, a z tunelu wyłoniła się ubrana na żółto postać. Zauważyłem jego niepewność i dałem mu mały znak. Na całe szczęście zadarł głowę do góry dość szybko, bo zebrani już zaczynali narzekać na jego powolne ruchy. Ten mały ruch głowy napełnił wszystkich sporą dawką emocji. W tym momencie Maks ujrzał białe słońce, które promieniami przebijało ciemne niebiesko-brązowe obłoczki. To jego uśmiech zasiał w nas ziarna nadziei. Zleciałem powoli i przystanąłem przed nim. Z świadomością, że mnie nie widzi kroczyłem obok niego, a zaraz na nami leciała grupa gapiów. On po przejściu kilkudziesięciu metrów wyciągnął jakieś urządzenie i dla pewności badał skład atmosfery. Na słowa „nie ma” cała nasza gromadka ujrzała kolejny uśmiech i wszyscy wiedzieliśmy, że moje szanse są coraz większe. Przesłałem mu troszkę pewności siebie i już za chwilę patrzyliśmy jak z lekkim strachem odpina gumowe zaczepy płaszcza i zdejmuje kaptur oraz maskę ochronną. Pierwszy wdech tym powietrzem troszkę go osłabił. Pobladł na twarzy, ale jego organizm po paru kolejnych dawkach tlenu przystosował się do czystszego powietrza.

Jego wędrówka trwała prawie pół ziemskiej doby, ale dotarł do miasta które kiedyś było jego domem. Na pierwszym rozwidleniu ulic zobaczył zapuszczony i zarośnięty bluszczem sklep z słodyczami. Zauważyliśmy łzę spływającą mu po policzku. Teraz przypominam sobie, to było dziesięć lat po przydzieleniu mi jego duszy. Tam on, wtedy dziesięcioletni chłopiec ostatni raz przed wyniszczeniem zajadał się watą cukrową. To był ten dzień, w którym jego rodzice będący w mieszkaniu znajdującym się o przecznice dalej, pojechali do schronu drugim podstawionym autobusem. Mały Maks jechał pierwszym – jedynym który dość szybko dotarł na miejsce. Wtedy grupa dwudziestu osób dostała się do schronu, ale do dziś przeżyło tylko siedemnaścioro z nich.

Jego kolejnym celem było mieszkanie jego rodziców. Mijaliśmy po drodze wrak autobusu, którym kiedyś jechali jego rodzice, ale nawet po mojej zaczepce i jego spojrzeniu, on nie był świadomy, że to właśnie ten pojazd nie zdążył i to wtedy został osierocony. Jeszcze przed dotarciem do domu, jego uczucia wydusiły parę łez na widok placu zabaw dla dzieci. Dotarł wreszcie do blokowiska i znalazł to o czym marzył od czasu zamknięcia w bunkrze. Wygrzebał wyblakły breloczek z przypiętymi kluczami i otworzył drzwi, które dawno temu pomagał montować własnemu ojcu. Cały czas było to jednak mało dla ludzkiego umysłu, bo największą barierą do przejścia było przekroczenie progu własnego mieszkania. Razem z tą grupą gapiów obserwowaliśmy jak opierając się lub siedząc przez parę godzin płakał i coś w jego wnętrzu nie pozwalało mu przekroczyć tej bariery. Po wejściu jego oddech zwolnił, i przechodząc przez mieszkanie wszedł do swojego pokoju. Mimo grubej warstwy kurzu i małego życia, które zamieszkało wnętrza wszystkich domowisk wyglądało tutaj prawie identycznie gdy był tu ostatnio. Jako, że przez szyby nie było za dużo widać, otworzył okno prowadzące na mały balkonik. Zatęchłe powietrze zmieszało się z świeżym, a Maks oparł się o barierkę balkonu. W tym samy momencie pękła ona, jako że tylko z zewnątrz drewno wyglądało dobrze. Trzask przestraszył go i w panice spadałby już z dziesiątego piętra budynku, ale wyciągnąłem dłoń i w tej samej chwili zamieniliśmy się miejscami. Widziałem w ostatnich chwilach jak Maks z zdziwieniem cofa się w głąb pokoju, a ja sam czułem jak grawitacja zaczęła na mnie działać. Spadałem po raz drugi. Nie uderzyłem o ziemię, ale zniknąłem w błysku światła..

Bóg dał mi szansę.. Udało się!

A było to tak:
Na początku poprzedniej ery, ja w wieku czterdziestu lat ze względu na, jak się później dowiedziałem, fałszywą informację o śmierci żony i córki w wypadku samochodowym, osiwiałem oraz dostałem ciężkiej depresji w ciągu trzech godzin – tyle czasu po otrzymaniu tej informacji. Kolejnym krokiem, który okazał się dość drastyczną informacją dla jednak żyjącej rodziny, było moje samobójstwo. Skoczyłem z siódmego piętra bloku..

Nie przeżyłem.. i udało się otrzymać kolejne życie.
Stając przed obliczem boga usłyszałem zarzut nie do przebicia, ale jednak dano mi szansę w postaci opiekuna. Wtedy w chwili poczęcia chłopca otrzymałem pierwszy znak na rozpoczęcie mojej pokuty.

Minęło trochę czasu i udało mi się wkupić w łaski nieba.

Gapie stojący obok – to anioły które zawiodły..
..pozostały na wieczność w czyśćcu – na ziemi.
07.05.2011 o godz. 14:49
Mam dwadzieścia sześć lat i pół godziny temu przypadkowo uderzyłem się o drzwi w toalecie. W tamtej chwili nieświadomy wszystkiego zapomniałem części zdarzeń, faktów oraz rzeczy. Wiem tylko, że w tym momencie siedzę w poczekalni na lotnisku i wpatruję się w kobietę siedzącą naprzeciw mnie. Dokładnie oglądam jej bordowe włosy, szlachetnie wyniesiony nos, rubinowe kolczyki, smukłe usta oraz założone pod kolor sukni krągłe zielone korale. To moja Wenus. Jednak czemu tu siedzę? Mój samolot odleciał jakieś dziesięć minut temu, a ja po prostu o tym zapomniałem. Ona zauważa moje spojrzenia i po chwili zalewa swoje policzki rumieńcami. Teraz patrzymy sobie w oczy i zamieramy w bezdechu. Wszystko wokół staje się obojętne. Zwracam uwagę na wystający z jej torebki grzbiet atlasu świata. W moich marzeniach jest ona samotną podróżniczką. Kimś kto szuka swojego przeznaczenia. Ja nie pamiętam, że za trzy tygodnie mój ślub, więc w jednej chwili klękam przed tą kobietą i oświadczam się jej. Ona wygląda na zadowoloną i wcale nie okazuje zaskoczenia. Nie rozumiem dlaczego wtedy spłynęła mi łza po policzku. Nie znam swojego wcześniejszego życia. Ona nie odpowiada, ale kiwa twierdząco głową. Moja narzeczona jest w trzecim miesiącu ciąży, a dom który czekał na mnie odszedł właśnie w niepamięć. To co mam w głowie jest zupełnym chaosem. Po chwili ona wstaje i łapie mnie za rękę ciągnąc do kasy. Zaślepiony czymś – jakby brakiem trosk.. kupujemy bilety na jedną z tych egzotycznych wysp i po godzinie siedzę już w samolocie przy niej. Nie myślałem tak jak ja, tak więc zapomniałem zabrać moich bagaży. Ten samolot ulega awarii i jako pierwsi wyskakujemy przez wyjście ewakuacyjne. Maszyna jeszcze przez sześć minut wznosi się w powietrzu i eksploduje. My dryfując na pontonie docieramy do dzikiej wysepki, gdzie zamieszkaliśmy nad strumieniem i razem spędzamy resztę życia..

Po sześciu latach zapytałem jak ona ma na imię..
Minte
20.03.2011 o godz. 22:07
Byłem wyspany jak nigdy w życiu. Śniło mi się, że moja fundacja uzbierała dwukrotnie więcej pieniędzy i będzie można zakupić aż sześć maszyn do transfuzji krwi. Na dodatek, nie spóźniłem się na autobus oraz nie zapomniałem śniadania do pracy. Ten dzień wydawał się być taki cudowny. Ale to nie wszystko, dodatkowo zaraz po pracy śpieszący się samochód o mały włos mnie nie potrącił lecz podczas gwałtownego hamowania na zakręcie minął mnie o centymetry i nie zauważył, że z bagażnika wypadła mu spora skórzana walizka. Jako, że, nikogo innego w pobliżu nie było, zabrałem ją i otwierając ją w domu znalazłem w wnętrzu ogromną sumę pieniędzy oraz list, w którym napisano, że każdy kto znajdzie się w posiadaniu jakiejkolwiek części spadku Santiniego, pozostanie przeklęty na wieki. Przeanalizowałem to na podstawie mojej wiary i uczciwości, w skutku czego przeznaczyłem dziewięćdziesiąt pięć procent tego znaleziska jako dotację na fundację. Jeszcze tego samego dnia wieczorem podpisaliśmy wszystkie dokumenty i złożyliśmy zamówienie na maszyny do transfuzji. Ja sam kolejnego dnia kupiłem sobie nową komodę oraz egzotyczny kwiat ogrodowy. Wszystko wyglądało pięknie – zamówione maszyny zaraz po dostawie do szpitala zaczęły pracę na wysokich obrotach, a ja cieszyłem się z nowych nabytków.

Dopiero jakieś trzy miesiące później stało się coś dziwnego. Wszystkie osoby po transfuzji z nowych maszyn zapadły w śpiączkę, przez co ja nie mogłem spać. Z początku myślałem, że to z zdenerwowania lecz po dwóch dniach bez snu poczułem jak mój organizm w zupełności odmawia współpracy. Po tygodniu wyglądałem jak chodzący trup i mimo to, że odpoczywałem nie śpiąc, a leżąc, to wciąż czułem jak potrzebuję normalnego zaśnięcia.
Przez kolejne dni moja praca wyglądała okropnie. Brałem ogromne dawki witamin, aby ciało nie dało odczuć po sobie, że jest jednak zmęczone. Po miesiącu przyzwyczaiłem się do bólów będących efektem ogólnego wyczerpania i osłabienia. Jednak nie to było najgorsze, bo prócz tych wiecznych boleści lekarz u którego robiłem cotygodniowy przegląd stwierdził, iż moje ciało zaczęło gnić od środka. Dokładnie to moja wątroba chciała zupełnie wykończyć moje niewyspane ciało. Codzienne naświetlania i regeneracje komórek trwały przez długie miesiące. Ja sam o mało nie wpadłem w obłęd, leżąc przez prawie siedem miesięcy bez snu przykuty wycięczeniem do łóżka. To były najgorsze dni mojego życia.

Trwało to niedługo, względem tego czasu w którym uciekałem od cywilizacji. Bo jeszcze parę dni temu uciekłem w nocy ze szpitala. Wyglądając jak chodzący trup wyślizgnąłem się schodami ewakuacyjnymi i opierając się o wszystko po drodze wyprowadziłem moje ciało poza miasto. Ta droga była cierpieniem, którego już nie czułem. Przez ból nie czułem prawie wcale mojego ciała. Tylko czasami lekkie pulsowanie i kłucie w wątrobie. Słońce wstające około szóstej rano powitało mnie – leżącego na polanie parę kilometrów za miastem. Zdawało by się, że to cud, i jak w ogóle dotarłem tak daleko. Ale nie miałem na to wytłumaczenia. Nie obchodziło mnie już nic, prócz nasilającego się bólu wątroby. Wtedy przestałem się czołgać i z trudem obróciłem się na plecy. Spojrzałem na siebie. Na skórze w miejscu gdzie znajduje się wątroba ujrzałem czarną i półpłynną plamę, która już żyła własnym życiem. Po paru minutach gdy doszło to do mojego umysłu, świadomie umarłem..

Dlatego będę czcił ten sen i dziękował bogu. Bo to on wyrwał mnie z czteroletniej śpiączki, a po przebudzeniu się zrozumiałem, że to cud. Zapadłem w tę czteroletnią wędrówkę mając raka wątroby.. obudziłem się bez raka, na pół godziny przed dokonaniem kontrolowanej śmierci mojej osoby. Otwierając oczy zobaczyłem trzech lekarzy – specjalistów, którzy ze względu na postęp mojego raka oraz śpiączkę dostali od mojej rodziny zgodę na zatrzymanie moich czynności życiowych. Ale ja wciąż żyję!

..tylko zastanawiam się czy to nie kolejny sen..
20.03.2011 o godz. 22:06
Jak każdego siódmego dnia tygodnia, wróciłam z świątyni i przed przygotowywaniem obiadu dla mnie i mojego kota, konsumuje małe słodkości zakupione podczas drogi powrotnej w osiedlowym sklepie. Tym razem to mały marcepanowy batonik oblany czekoladą oraz butelka soku wiśniowego. Siedzę sobie w kuchni i odrywam kawałek batonika aby podzielić się nim z jedynym współlokatorem. Kot niechętnie obwąchał i szturchnął łapką leżący na podłodze smakołyk. Futrzak odchodząc z dumą od nietkniętego kawałka uniósł ogon i powędrował na przedpokój, a ja niechętnie nachylam się aby zrobić coś z nieprzyjętym podarunkiem. W momencie gdy już prawie miałam go wyrzucić zauważyłam błysk światła z przedpokoju. Wystraszony czymś kot wleciał do kuchni, a ja opuszczonym wzrokiem ruszyłam sprawdzić co ten mały szkodnik znów zbroił. Mimo to, że po paru już latach przyzwyczaiłam się do jego żartów, ale i tak muszę sprawdzić co tym razem na mnie czeka. Jak nigdy stanęłam w progu przedpokoju, a przede mną stała nieznana mi kobieta, ubrana w płócienną sukienkę i zdawało się, że wręcz na mnie czeka. Byłam pewna, że zamknęłam drzwi na dwa zamki, i że ten dzień będzie spokojny. Myliłam się. Niewiedzą co zrobić zapytałam „Jesteś złodziejem?” i poczułam ogarniający mnie strach. Ona przymrużyła oczy i odpowiedziała „Nie jestem złodziejem, jestem bogiem” – na co ja parsknęłam śmiechem, przytrzymując dłoń na własnych ustach. Po krótkiej wymianie zdań na temat mojego mieszkania, gdy byłam już zdenerwowana zbyt celnymi i prostymi odpowiedziami na moje pytania, nadal stałam rozkojarzona, a ona zadała mi pytanie, które wręcz mnie zaskoczyło. „Czy mi pomożesz?” ..a ja na to „O boże!” , ale kiwnęłam głową na tak..

Tak więc po kilkunastu minutach wymyślania zażądałam „Jako, że jesteś bogiem to spełnij moje marzenie”. Machnęła ręką mówiąc „I tak dobrze, że we mnie wierzysz” i po wypowiedzeniu ostatniej sylaby obie stałyśmy na plaży w tropikach. Jak to się potocznie mówi – szczęka mi opadła. Zaczęłam dotykać piasku i pluskać się w wodzie. To było tak wspaniałe, że zapomniałam o tym, że wciąż mam na sobie jeansy i koronkowy podkoszulek. Po paru minutach spojrzałam, a ona stała i patrząc się na moje szczęście, czekała aż jej pomogę. Westchnęłam i nagle stałam w mojej kuchni, nadal brudna od plażowego piasku oraz pachnąca słoną wodą. Spojrzała na moje tęskniące spojrzenie i powiedziała tak „To było by zbyt proste, abym dawała ludziom to czego by chcieli. Właśnie zrobiłam jedyny raz wyjątek, gdzie podczas całego, jak dotąd, czasu gdy ludzie władają ziemią, nie musiałam, a nawet nie chciałam tego robić. Sęk w tym, że po pięciu tysiącach lat życia ludzkości, gdzie dla ciebie mamy właśnie 2865 rok nowej ery, ja schodzę po przemyśleniach akurat do twojego domu i proszę cię o pomoc.” Zamurowało mnie i siadłam na krześle, ale nie zdążyłam nic powiedzieć bo ona znów zaczęła. „Ten świat jest wręcz dedykowany wam, ludziom. Tyle, że jeszcze pięćset lat temu wiara dawała mi siłę i sama wierzyłam w ludzi. Przez wasze technologie i ułatwienia macie wszystko co byście chcieli. Pozbyliście się głodu, chorób i biedy. Ale Ty wciąż masz zwierze domowe bez nadajnika, ostatni na świecie koc zrobiony przez człowieka i wiarę we mnie.. co prawda na dnie serca.. ale wciąż we mnie wierzysz”. Zasugerowałam od razu „Przecież byłam dziś w świątyni i było tam ze trzysta osób”, ale ona tłumaczyła dalej „Myślisz o ludziach chodzących tam dla siebie, dla innych ludzi lub z przymusu. I wiem, że to smutne, ale jesteś ostatnią osobą, która dziś była tam z mojego powodu. I teraz ja jestem tutaj, przy tobie i proszę cię o pomoc. Jak widzisz, mogę dać ludziom wszystko, ale nie mogę kazać im wierzyć na siłę i tu zaczyna się moja propozycja”.

Zaczęła mi opowiadać o osobach, które w przeszłości posyłała jako swoje dzieci, aby były mesjaszami dla ludzkości. O tym jak krzyżowano, zabijano, okłamywano oraz kuszono ich ciała oraz dusze. O tym, że ostatni, którego posłała zawiódł przez nadużycie narkotyków i o tym, że ja mam być następnym i oby nie ostatnim. Moje myśli krążyły szybko i po chwili zorientowałam się, że mam zostać zbawicielem świata i nawrócić ludzi do boga. Ona dotykając mnie za ramię powiedziała, że nie potrafi myśleć jak człowiek, bo jest bogiem, że pozostawia mi szczyptę boskiej mocy oraz sama wierzy, że mi się powiedzie. Zniknęła w błysku..

Bo zaraz po tym jak przestudiowałam w internecie wszystkie dostępne pisma nazwane świętymi lub po prostu opowiadające o naszej religii, siadłam z zamysłem zaplanowania jakiegoś logicznego i zarazem boskiego planu nawrócenia ludzkości. Nagle na stół wskoczył kot i powiedział „Może zacznij od prostych ludzi, na przykład kogoś kto kieruje maszynami w fabryce samochodów”. Moje zdumienie po chwili zamieniło się w odpowiedź na mój problem i nie myśląc o tym, że powiedział to kot skupiłam się na jakimś cudzie lub czymś co pomoże mi przenieść się do jakiejś fabryki. Zamknęłam oczy i pomyślałam. I gdy już je otworzyłam stałam w fabryce samochodów, a kilkanaście metrów ode mnie stał nieogolony facet – potencjalny kandydat na pierwszego nawróconego. Podeszłam parę metrów, a ten słysząc moje kroki odwrócił się i powiedział „Co pani tu robi?” , po czym krzyknął „Uważaj!” ale było już za późno. Automatycznie zaprogramowana maszyna poruszyła olbrzymim tłokiem miażdżąc moją czaszkę i pozostawiła na ścianie tylko krwawy ślad po moim umyśle. Poczułam, że jestem unoszącą się duszą. Stałam w tym samym miejscu. Tamten facet wymiotował, a stojący obok demon pod postacią mojego kota powiedział
„Tak umiera bóg”.
27.02.2011 o godz. 23:09
Zginęłam z ukochanym w wypadku z przypadku, ale jednocześnie osierociłam mojego syna. Wszystko było by dobrze gdyby tam przy bramie do raju nie było wiadomo całej prawdy o każdym z nas. Bo jak to w opowiadaniach bywa, po śmierci znaleźliśmy się w tunelu i szliśmy sobie w stronę światła.. ale tylko mój ukochany z łzą na policzku przeszedł przez bramę prowadzącą w zaświaty. Strażnik przez wejściem przypomniał mi, że dziecko które urodziłam zostało poczęte przez innego mężczyznę, niedługo po zawarciu przysięgi temu, z którym tu trafiłam – czyli tak zwanie „dałam dupy” – dwuznacznie. Strażnik podsumował mnie wtedy bardzo prosto – nadał mi status „potępiona”..

..ale chciała bym opowiedzieć wam moją historię. Opowiedzieć o moim życiu.. o moim życiu po śmierci. O tym jak stałam się kimś ważnym. O tym, że zaraz po nadaniu mi tego statusu, trafiłam do innego świata. O tym gdzie trafiają ludzie potępieni. Możecie to nazwać piekłem chociaż jak dla mnie dużo nie różni się od tego świata, w którym spędziłam życie w worku mięsa i kości – zwanym potocznie ciałem ludzkim. Po odesłaniu mnie do tego pośmiertnego życia znalazłam się w jakiejś krypcie w momencie odnalezienia jej przez poziemną cywilizację..

Ściana runęła, a w otworze ukazały się trzy mordki spoglądające z ciekawością na nowe odkrycie. Jeden z odkrywców popatrzał na sufit i z podnieceniem na twarzy wpadł do środka oglądając wszystkie ściany. Dwoje pozostałych nie wyglądało na zaskoczonych i spokojnie wkroczyło do wnętrza. Trafili wreszcie na wyrzeźbioną w skale twarz nieznanego stworzenia. To byłam ja i jak na razie zorientowałam się, że zostałam zaklęta w kamień, i że nie mogę się ruszyć. Czułam się okropnie bo mimo takiego stanu, jakimś cudem odczuwałam ich łapki obmacujące mój nos. I dopiero w chwili gdy chciano ułamać mi kawałek skalnego nosa i pomyślałam z złością „więc to jest moja kara” cała trójka odskoczyła przestraszona. Tak , słyszą mnie – jestem w stanie przemówić przez kamienne usta, ale gdy chciałam zacząć zasypywać ich gradem pytań, było już za późno. Uciekali w tunelu tak szybko i głośno, że zrezygnowałam z wołania.

Przez pewien czas nie myślałem wcale, ale stwierdziłam że bezterminowo jestem zamknięta w kawałku skały i pozostaje mi tylko myślenie i mówienie do siebie. Rozglądałam się dość długo i zrozumiałam moje położenie. To jakiś prastary grobowiec, ściany mają kolor brudnej cegły, a stworzone na nich malowidła przedstawiają jakieś bóstwo. Najbardziej drażniło mnie tutaj, że wciąż panuje półmrok i nie wiadomo, która godzina, ani czy mamy dzień czy noc. Po długim jak dla mnie czasie podczas gdy przypominałam sobie piosenki i nuciłam w głuchą komnatę zauważyłam zielonkawe światło w wykopanym tunelu. Po chwili słyszałam uderzanie w bębny i ujrzałam w wejściu grupkę stworków. Na przedzie stał najwyższy i trzymał klejnot, z którego wydobywały się promienie zielonego światła. Nagle zatrzymali się niosący ciało jakiegoś innego stworzenia, a bębnijże zamilkli i ustawili się przy ścianach od wejścia do połowy długości komnaty. Zapanowała cisza, a ja oglądałam przedstawienie. Położyli martwe ciało zaraz przed moją kamienną postacią i wbili w nie świecący kamień, który nie przebijając skóry po prostu wchłonął się do gnijącego mięsa. W tym momencie zabłysło całe ciało, a ja mogłabym przysiąc, że poczułam jak mrugam oczyma. Światło zaczęło pulsować i ogarniać całe moje pole widzenia. Poczułam, że coś jest nie tak, ale było już za późno..

To było jak sen, bo mogła bym przysiąc, że śniłam. Gdy poczułam, że otwieram oczy skalne powieki częściowo się skruszyły i przybrały złożoną, ale półpłynną formę. Siedział przede mną tylko ten stworek, który ostatnim razem przypominał kupę mięsa i tlił się zielonym światłem, a ja chcąc zapytać „co tu robi” poczułam jak otwieram skalne usta. On na to odpowiedział tak „Sprowadzono mnie bym cię zabił, ale szczerze mówiąc jedynym wyjściem jakie biorę pod uwagę jest zamiana”. Nie ogarniając umysłem tego zdania bez zastanawiania zgodziłam się i ostatnią literę wyrażenia „zgadzam się” powiedziałam już jako naga i brudna kobieta siedząca naprzeciw wyrzeźbionej postaci śmiejącej się tak bardzo, że kamienna twarz kruszyła się i jednocześnie jej półpłynne elementy twardniały tak szybko, że po ostatnim zaśmianiu zobaczyłam i usłyszałam jak kamienny nos odpada i rozbija się o podłoże. Po chwili milczenia i zrozumienia mojej nowej postaci, stojąc w grobowcu ledwo co wyższym ode mnie usłyszałam słowa od kamiennej twarzy „Teraz ty masz w sobie klejnot życia i władzę nad tym ludem, ale wiedz, że starczy ci on na krótko. Mi się nie udało z wiedźmą pustyni, ale ty masz świeże ciało i za bardzo nie masz wyjścia.. tak więc życzę powodzenia, bo w tej postaci nie mam siły utrzymać się za długo” i w tej chwili cała kamienna twarz obróciła się w gruz i z ogromnym hałasem runęła i rozprysła się po podłodze.

Co prawda, raczej nie w tamtym czasie i na pewno nie w miejscu, w którym żyłam, ale już byłam świadoma, że wróciłam duszą do nowego ciała. Dopiero wtedy poczułam chłód tego pomieszczenia. Teraz półmrok przyprawiał mnie o dreszcze, a do tego jeszcze świadomość, że te małe, owłosione i dziwaczne stworki pewnie wrócą zobaczyć co tu zaszło nie przestawała mnie stresować. Na moje nieszczęście gdy się odwróciłam jeden z nich obwąchiwał moją dłoń i to tym razem ja odskoczyłam panicznie. Był to przywódca tej gromadki, najwyższy – czyli sięgał mi do pasa. Zaczął mówić dziwnie i niezrozumiale, ale zaczęłam wyłapywać pojedyncze słowa i przyjęłam, że to co wymawia pomiędzy tymi słowami to nic innego jak nabieranie powietrza w celu wydobycia z siebie czegoś zrozumiałego. Powiedział mi, że teraz jestem tutaj władcą skoro pokonałam poprzedniego boga to na pewno zdołam sobie poradzić z olbrzymami. Po krótkiej wymianie słów nachylona szłam w tunelu prowadzącym do ich leży. Mogła bym nazwać to miasteczkiem wydrążonym w skałach, bo w moich oczach właśnie tak to wyglądało. Przeszliśmy obok części leży i dotarliśmy do olbrzymiej wnęki z górą na środku. Skalny sufit był pokryty małymi żółtymi kryształkami, które delikatnie pulsowały ciepłym światłem. Ale najbardziej zaciekawiła mnie kamienna drabinka która lekko wystawała z wąskiego przejścia umieszczonego centralnie nad szczytem wzniesienia. Było widać tam stałe czerwonawe światło padające na umieszczoną na szczycie stertę kości.

Wokół zebrały się wszystkie stworzonka, niektóre miały proste dłutka lub młoteczki, inne kawałki skał powiązane korzeniami służące za zabawki, a co poniektóre ubrania stworzone z płatów żywicznych. Ja stałam na środku wraz z przywódcą, który oświadczał wszystkim zgromadzonym, że jestem wybrańcem i otworzę wyjście na powierzchnię. Opowiadał coś o tym, że przysłał mnie sam bóg, i że jestem ostatnim wysłańcem, który przyniesie dobrobyt oraz wprowadzi równowagę, o tym jak olbrzym chwycił jego brata i cisnął w stronę gwiazdy podczas pierwszej próby wydostania się na powierzchnie. Wtedy ostatni raz go widział i tamtego dnia płakał bardzo długo. Jako, że nie miałam zamiaru i tak zostawać w tej norze jeszcze zanim skończył mówić jak w transie, ja stałam już na szczycie wzniesienia i spoglądałam w tunel, Zanim tam wlazłam obwinęłam się dużym płatem żywicznym, który był czyimiś drzwiami, związałam go na końcach sznurem z korzeni. Machnęłam im jeszcze ręką i część chyba wiedziała co to ma znaczyć bo zauważyłam kilkanaście łapek machających mi na pożegnanie. Czerwone światło lekko parzyło moją skórę, ale nie przeszkadzało mi to w wspinaniu się po drabinie prowadzącej wprost do włazu z czerwoną lampką działającą jak te świecące się kryształy. W tym momencie byłam bardziej zaszokowana niż kiedy zaklęto mnie w skałę. Pchnęłam ręką drewnianą klapę i znalazłam się w pomieszczeniu normalnej wysokości. Wyglądało to na spiżarnie. Pod ścianą stały worki pełne jakiś owoców, a pod sufitem suszyło się coś co wyglądało jak grzyby położone na podwieszanych siatkach. Powoli wydostałam się z okrągłej wnęki w podłodze i przez nieuwagę zahaczyłam nogą o klapę, która spadła łamiąc się w pół. A co najgorsze chyba ktoś to usłyszał, bo po chwili usłyszałam wysoki kobiecy głos „znów te szkodniki”. Nie zdążyłam przesunąć połamanych części, aby w panice zleźć do tej nory i otworzyły się drzwi. Stała w nich kobieta ubrana podobnie do mnie i trzymająca w ręku książkę. Nie zdążyłam nic powiedzieć bo gdy powiedziała jedno słowo ja upadłam jakbym zasnęła w bardzo krótkiej chwili.

Obudziłam się z bólem głowy. Leżałam na podłodze, a dokładniej na książkach. Jeden kryształ podwieszony na suficie dawał dość silne światło. Tamta kobieta stała nade mną i czytała. Gdy zaczęłam się podnosić ona spojrzała na mnie i poczułam jak unoszę się bezwładnie nad powierzchnią. Chciałam coś zrobić, ale zrozumiałam że nie mogę poruszyć rękoma, ani nogami. Rzuciła krótkie zdanie rozpoczynając dialog
-Jeśli jesteś kolejnym bogiem, to po prostu cię zabiję
Ja odpowiedziałam jej na to
-Jestem potępiona, daj mi szansę
Ona wzruszyła ramionami i powiedziała
-Zdam ci zagadkę; wyglądasz na człowieka, także będzie to ludzka zagadka. Jeśli odpowiesz prawidłowo zabiorę kryształ z twojego ciała i pozwolę ci istnieć, jednak jeśli nie zgadniesz zabiję cię i zamknę twoją duszę w jednym z moich kryształów abyś po wieczność oświetlała moją bibliotekę.
Skinęłam głową i wytężyłam słuch.
Ona uśmiechnęła się i zaczęła mówić
-Co to takiego, nie zamoczysz go wodą, nie spalisz ogniem, jeśli uderzysz to go nie zaboli, podepczesz to nie zwróci na ciebie uwagi, a i sam bóg nie jest w stanie go podnieść?
Podniosłam głowę i zaczęłam myśleć. Myślałam jak nigdy wcześniej, no bo jednak od tego zależy moja przyszłość, a nie chcę być lampką tej cwanej wiedźmy. Opuściłam głowę, pojrzałam na podłoże i odpowiedziałam: CIEŃ ..i w tej samej chwili poczułam ogromny ból w klatce piersiowej. Wydobył się z niej czysty kryształ i przeleciał wprost w dłoń kobiety. Tak jak mi obiecała, pozostałam przy życiu.. może nie przy życiu. Bo kryształ dawał mi życie. Ja istniałam już tylko jako martwa i wygnana z raju. Nagle usłyszałam wycie z bólu, a ona powiedziała tak „Pozwalam ci istnieć i właśnie zamieniłam twój lud w nieumarłych, abyś nie czuła się inna, zaraz cię odeślę do grobowca i już nigdy tu nie wrócisz”.

Ona otworzyła książkę i napisała
„Usychała łagodnie i z gracją,
jak przystało na królową umarłych”
Pokazała mi to i powiedziała
-to o tobie, czuj się dumna

Światło zabłysnęło i oślepiło mnie.
Nagle znalazłam się w grobowcu otoczona przez armię martwych, ale nadal chodzących karłów. I tak oto dostałam życie wieczne.. życie?
14.02.2011 o godz. 02:37
Luiza już od młodych lat interesowała się parapsychologią i zjawiskami paranormalnymi. Człowiek którego poślubiła i z którym zamieszkała był kiedyś znachorem, jednak po niefortunnym wypadku w górach, wybudzony w szpitalu, zamiast magicznej świadomości okazał się odrodzić na nowo jako prawnik. Mimo tego że nadal spali w tym samym łóżku, Luiza nie potrafiła zbliżyć się do śpiącego po prawej stronie męża, a bała się pokochać tego nowego człowieka - biurokratę i snoba. Nie wierzyła, że to było jej pisane i wydawała olbrzymie sumy pieniędzy na sprzedajnych szamanów i wizjonerów aby dowiedzieć się gdzie jest tamten mąż, którego kocha. Mijały lata, a ona niezbyt szczęśliwa nie chcąc krzywdzić bliskiego jej człowieka podróżowała z nim po całym globie z nadzieją, że wróci tamten znachor do którego wciąż czuła bliskość.

Dopiero pewnego dnia gdy mąż nie wrócił na noc i zasypiała sama, nieświadomie usnęła na drugiej stronie posłania. Chwilę po przeniesieniu się w krainę snów ujrzała, że leży na tym samym łóżku lecz w miejscu gdzie w realnym świecie usnęła spoczywał jej maż, a ona wtulona czuła, że to człowiek, którego kochała i wreszcie odnalazła. Od tamtej pory sypiała tylko w czasie gdy jej mąż nie leżał na łóżku. Stało się to obsesją jej duszy i uzależnieniem dla ciała. Po zdarzeniu, gdy po raz pierwszy przebudziła się widząc, że mąż leży przy niej, zrodziła się w niej niechęć do tego człowieka. Przeszła wewnętrznie ogromne zmiany, jej psychika zatracała się dla snu, a ciało marniało z każdą bezsenną chwilą.

Po paru miesiącach odmawiania jakiejkolwiek pomocy lub ukrywania słabości jej życiowy partner wydawał się dla niej tylko niechcianym zwierzęciem towarzyszącym jej w bezsenne dni. Właśnie wtedy podczas nieobecności zapracowanego męża przy pomocy paru robotników z sklepu meblowego, wniesiono nowe łóżko, a stare przeniesiono na strych. Tego samego dnia Luiza udała się do apteki i nie płacąc wyniosła osiem opakowań tabletek usypiających oraz woreczek do kroplówki. Gdy wróciła mąż zatelefonował z wiadomością dłuższego pozostania w firmie, a jej umysł knuł już plan odejścia w świat snów.

Rozrobiła pół litra witamin podawanych dożylnie z ukradzionymi tabletkami i leżąc na poddaszu, na tamtym starym łóżku podłączyła mieszankę przez cienką rurkę kroplówki.
Przez pierwsze dziesięć minut nie czuła żadnej różnicy, ale po tym czasie odpłynęła w sen w ogromnym bólu głowy.

30minut
– wymioty przez sen

40minut
– chwilowe zatrzymanie akcji serca

55minut
– śpiączka

110minut
– zaczęłam śnić

290minut
– śmierć

2lata 3mieśiące 6dni 7godzin 13minut
– nowi właściciele domu odkrywają ciało martwej Luizy na poddaszu
24.12.2010 o godz. 14:45
..tak, wiem że chciałeś dobrze. Namówiłeś mnie wtedy na kupno kubka z napisem „Najukochańszej Mamie”. No cóż, stało się.. wy ludzie i tak nie pojmiecie tej różnicy.. a zresztą nie dziwię się, że ona się obraziła. Nie dość, że nie jest moją matką, to do tego nie może zajść w ciąże. A jak już ci opowiadałam, na naszej planecie to wygląda trochę inaczej.. każdy mężczyzna z naszej cywilizacji umiera podczas zapłodnienia kobiety. Ona natomiast po sześćdziesięciu dniach rodzi bliźniaki – dziewczynkę i chłopca – po czym po niecałych jedenastu godzinach umiera. U nas nie ma matek, ani ojców, babć, ani dziadków. My oddajemy życie, aby je tworzyć. Ja za to nie czuję się ani obywatelką ziemi – skąd pochodzi mój ojciec, ani rodowitą parilijanką, skąd pochodziła i gdzie zmarła moja matka – aby wydać mnie na świat jako jedynaka. Bycie takim odmieńcem – pierwszym w historii naszych planet jest bardzo dziwne.. a ta przybrana, bezpłodna „matka” , która jest ziemianką chociaż się stara, to chyba nie potrafi mnie przytulić jakbym była jej córką – cokolwiek to znaczy.
..tylko zastanawiam się, czy w przyszłości, sama będę mogła być matką dłużej niż te kilkanaście godzin.
14.11.2010 o godz. 21:55
Młoda Anna, tak długo jak żyje nie pamięta by niedowład nóg bardzo jej przeszkadzał. Był czwarty dzień października, a jej matka pracowała właśnie ciężko, aby cała rodzina miała co jeść. Ojciec stał naprzeciw dziewczynki i prowadził indywidualny tryb nauczania dla córki. Lekcja ojczystego języka dla ośmioletniej Anny była ogromnym przeżyciem ponieważ co dzień poznawała kilkanaście nowych słów. Ze względu na niezbyt częste spotkania z nielicznym gronem takich przyjaciół „od serca”, rzadko kiedy wyrzucała z siebie smutek i żal. Wychowana w świadomości, że bóg wysłucha wszystkich jej smutków spowiadała się do niego dokładnie co tydzień.. lecz on jej nie słuchał. Zagnieżdżone w niej zło, gromadzone przez dziecięcy umysł rosło w siłę. Mimo wszczepionego w nią dobra, co jakiś czas miewała noce pełne strasznych snów.. jednak były one tak niezwykłe, jako że czuła, że uczestnicząc w nich czuje swoje nogi, potrafi chodzić, jakby za sprawą jakichś upiorów.

Jej życie toczyło się w zwykłym ciągu wydarzeń nawiedzanych co jakiś czas przez nocne demony. Dopiero w wieku dwudziestu-dwóch lat gdy tragiczna śmierć jej ojca szarpnęła jej życiem odczuła złość i siłę. Gniew skierowany był ku bogu, któremu nie mogła wybaczyć odebrania jednego z rodziców. Siła w niej potęgowała się narastającym gniewem. Wtedy to on ujrzał duszę potępioną, pełną żalu i smutku. Ze względu na jej zaufanie do boga z dziecięcych lat i wiele wiary w marzenia zesłał Annie pocieszyciela. Był to mężczyzna, w którym młoda kobieta zakochała się z wzajemnością i smutki ukryły się za powłoką miłości. Jednak posłaniec ten był tylko człowiekiem i co jakiś czas popełniał błędy – jako że nie ma istot nieomylnych i nawet sam bóg mógł się mylić.

Kolejne pięć lat dało parze ludzi szansę na lepsze życie i cudem Anna zrodziła im córkę, której dała na imię Marta. Bóg w swym zachwycie i zadowoleniu po pewnym czasie wniknął w swojego posłańca, aby na skórze człowieka odczuć zmienioną nienawiść Anny jako żyjącą aktualnie miłość. W jednym momencie uśpił duszę i umysł mężczyzny i przeniknął w jego ciało. Na jego nieszczęście nie wziął pod uwagę, że ukochany Anny właśnie prowadził samochód w którym młodzi rodzice z dzieckiem oraz matką Anny wybierali się na wakacje. Nieznajomość obsługi pojazdu sprawiła iż bóg jako kierowca spowodował wypadek, którego nikt z podróżnych nie przeżył. Mimo tego że umarł sam bóg, na pogrzeb nikt nie przyszedł.
14.11.2010 o godz. 21:52
michau
W ilu słowach zmieścisz swoje marzenia?
Skąd: przyleciałem z końca świata
O mnie: marzyciel..